Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Od zawsze miałam gęste i grube włosy, nie wiedzieć więc czemu rodzice postanowili hodować je na mojej głowie długie do granic możliwości - tak, jakby nie domyślali się, że może mi to przeszkadzać i ciążyć.
Warkocz i niby-zamsz
Zobacz oryginał śr., 15/07/2015 - 09:17"Warkocz" to dla mnie słowo, po usłyszeniu którego dostaję drgawek. Ten nieszczęsny warkocz bowiem prześladował mnie przez całe moje dzieciństwo.Każdego ranka trefiła mi go na głowie mama - ku mojemu niezadowoleniu i wydawanym przeze mnie wówczas krzykom rozpaczy.
Od zawsze miałam gęste i grube włosy, nie wiedzieć więc czemu rodzice postanowili hodować je na mojej głowie długie do granic możliwości - tak, jakby nie domyślali się, że może mi to przeszkadzać i ciążyć.
Kilka razy sięgały nawet za moją pupę - nigdy jednak nie wolno było mi wyjść z domu z włosiem rozpuszczonym, smaganym wiatrem, powiewającym na nim.
Takie próby zawsze kończyły się ganieniem mnie i ostrzeganiem, że się potargam, że chodź, chodź, Martysiu, popleciemy, kokardkę zawiążemy - będzie ładnie...
Takie próby zawsze kończyły się ganieniem mnie i ostrzeganiem, że się potargam, że chodź, chodź, Martysiu, popleciemy, kokardkę zawiążemy - będzie ładnie...
Czasami udało mi się wybłagać zwykłego "kucyka", ale to zdarzało się naprawdę rzadko ;)
A ja tak chciałam pobiegać sobie po przyblokowej łące z fryzurą rodem z tych wszystkich baśni, do których ilustracje przeglądałam wówczas z wypiekami na twarzy (czytać jeszcze wtedy nie umiałam)...
Nie było mi więc dane się nimi nacieszyć...
Kobieta zmienną jest i zaczyna nią być już w wieku kilku lat, nic zatem dziwnego, że w okolicach zerówki łażenie z warkoczem mi się znudziło.
Chciałam się go pozbyć, mieć krótkie włosy przepasane opaską (najmodniejsza dziewczęca fryzura okolic roku '95) ale to wcale nie było takie łatwe - rodzice bronili tego mojego warkocza, jakby był ze złota.
Na początku podstawówki mówiono mi, że mam zapuszczać włosy do dnia Pierwszej Komunii, że potem mi się je obetnie.
Kobieta zmienną jest i zaczyna nią być już w wieku kilku lat, nic zatem dziwnego, że w okolicach zerówki łażenie z warkoczem mi się znudziło.
Chciałam się go pozbyć, mieć krótkie włosy przepasane opaską (najmodniejsza dziewczęca fryzura okolic roku '95) ale to wcale nie było takie łatwe - rodzice bronili tego mojego warkocza, jakby był ze złota.
Na początku podstawówki mówiono mi, że mam zapuszczać włosy do dnia Pierwszej Komunii, że potem mi się je obetnie.
Guzik!
Nie dość, że wcale mi ich nie obcięto, to jeszcze nawet w dniu uroczystości nie pozwolono mi ich rozpleść.
Były plany zakręcenia na nich loków.
Mama sprowadziła wtedy do domu nawet jakąś fryzjerkę, która to miała się podjąć misji zalokowania małej Mar - misja się nie powiodła, loki rozkręciły się po piętnastu minutach (nic dziwnego, kto to widział grube, sztywne i długie włosy, na których to się udało?).
Mama sprowadziła wtedy do domu nawet jakąś fryzjerkę, która to miała się podjąć misji zalokowania małej Mar - misja się nie powiodła, loki rozkręciły się po piętnastu minutach (nic dziwnego, kto to widział grube, sztywne i długie włosy, na których to się udało?).
Mama się zdenerwowała, fryzjerkę pogoniła i dawaj - jęła pleść warkocz.
Byłam wściekła, bo wszystkie dziewczynki (z wyjątkiem tych krótko obciętych - farciary...) przystąpiły do komunii z burzą puszczonych luzem włosów.
A ja - choć naprawdę miałam włosy najdłuższe i najmocniejsze i wszystkie Agniesie z Dominikami oraz Kasiami mogłyby mi ich zazdrościć - stałam w tej na biało przybranej ławce z moim nieszczęsnym, ciężkim jak wszyscy diabli (hehe, trochę to porównanie nie na miejscu ;)) warkoczem i zgrzytałam zębami.
Właściwie nie wiem, skąd w mojej mamie ten lęk przed pozwalaniem mi na chodzenie w swobodnie puszczonych włosach.
Bała się, że ktoś mi je zauroczy? Że coś mi się w nie wplecie (nietoperzy w łódzkiem nie ma, a poza tym one wcale się wplatać we włosy nie lubią)? Że oślepnę (moja ówczesna wychowawczyni wygadywała takie bzdury - że jak dziecku włosy wchodzą do oczu, to wzrok mu się od tego psuje... przecież jak coś człowiekowi do oka włazi, to bierze i to odgarnia... tak, no - uroki wychowywania się i edukacji na prowincji, musicie to zrozumieć -.-)?
Do dziś tego nie pojęłam.
Mama zapytana o to mówi zawsze coś w stylu: "Oj tam, ładnie ci przecież było w warkoczu".
Nie - nie było.
Może w czasach przedszkola, kiedy byłam małym pulpetem, miałam pucołowate policzki i rumieńce.
Wtedy wyglądałam z tym warkoczem (albo dwoma!) przeuroczo, zwłaszcza jak mi się go przewiązało kokardką.
Potem schudłam i związywanie mi włosów połączone z wysokim ich upinaniem tylko wywoływało we mnie kompleksy.
Bardzo nie lubiłam siebie w takiej fryzurze, nie wyglądałam w niej dziewczęco.
W dodatku dość wcześnie zaczęłam chorować na trądzik i jedyne na co miałam ochotę, to zasłonienie mojej facjaty przed światem - najlepiej workiem, ale włosy też by dały radę.
W dodatku dość wcześnie zaczęłam chorować na trądzik i jedyne na co miałam ochotę, to zasłonienie mojej facjaty przed światem - najlepiej workiem, ale włosy też by dały radę.
No i rzecz najważniejsza: miałam najserdeczniej w świecie dość tych wszystkich zabiegów pielęgnacyjnych, jakich wymagały moje włosy - mycie zajmowało pół godziny, suszenie półtorej, a codzienne zaplatanie warkocza zmuszało mnie do wstawania przed szóstą rano.
Nigdy też nie umiałam sama go na sobie wykonać, więc jeśli mama musiała wyjść z domu bardzo wcześnie, to i ja musiałam zerwać się na nogi o świcie.
Nie jestem bez winy - nigdy nie wyrażałam zainteresowania ogarnięciem tej trudnej sztuki "warkoczowania".
Stwierdziłam, że sama na siebie bata kręcić nie będę i własnoręcznie oszpecać się nie zamierzam!
Włosy obcięto mi (do ramion! jaka ja byłam szczęśliwa!) w wakacje przed moim pójściem do piątej klasy szkoły podstawowej, kiedy to po raz pierwszy jechałam na kolonie - mama i babcia jednogłośnie stwierdziły, że nie będę ich na pewno umiała nawet sama dobrze rozczesać i wreszcie pozbyłam się mojego zatyłkowego balastu.
Później zapuściłam je na nowo, jednak nigdy już nie wyhodowałam ich tak długich.
No i nikt już nie był w stanie zmusić mnie do związywania ich ;P
Okresami miewałam też krótką czuprynę - a nawet bardzo krótką.
Ale to już w czasie pierwszych studiów.
Najbardziej lubię siebie w półdługich włosach sięgających za ramiona, takich które zasłaniają mi policzki.
Czuję się bezpiecznie, kiedy wiem, że mogę się nimi zakryć ;)
Zwłaszcza, kiedy wychodzę do ludzi bez makijażu.
Jak powszechnie wiadomo - warkocz tego nie ułatwia ;P
Długi to wywód, wiem, ale czasami pytacie mnie, dlaczego zawsze mam taką samą "fryzurę".
Teraz już wiecie, dlaczego ;)
Nigdy więc nie sądziłam, że kiedykolwiek jakaś siła (albo człowiek jakiś) zmusi mnie do ponownego związania moich włosów w warkocz.
Zmusiłam się sama.
Łatwiej poszło, niż mogłam przypuszczać.
No i nikt już nie był w stanie zmusić mnie do związywania ich ;P
Okresami miewałam też krótką czuprynę - a nawet bardzo krótką.
Ale to już w czasie pierwszych studiów.
Najbardziej lubię siebie w półdługich włosach sięgających za ramiona, takich które zasłaniają mi policzki.
Czuję się bezpiecznie, kiedy wiem, że mogę się nimi zakryć ;)
Zwłaszcza, kiedy wychodzę do ludzi bez makijażu.
Jak powszechnie wiadomo - warkocz tego nie ułatwia ;P
Długi to wywód, wiem, ale czasami pytacie mnie, dlaczego zawsze mam taką samą "fryzurę".
Teraz już wiecie, dlaczego ;)
Nigdy więc nie sądziłam, że kiedykolwiek jakaś siła (albo człowiek jakiś) zmusi mnie do ponownego związania moich włosów w warkocz.
Zmusiłam się sama.
Łatwiej poszło, niż mogłam przypuszczać.
Ostatnie miesiące to apogeum mojej od czasu do czasu tylko ujawniającej się dotąd miłości do stylu boho i wszelkich wokół niego kombinacji.
Sporo kojarzących się z nim atrybutów chętnie dość przygarnęłam do swojej szafy i równie też chętnie zaczęłam je na siebie przywdziewać.
A to mi się zaczęły podobać kapelusze z dużym rondem, a to z kwiatami się polubiłam...
Któregoś dnia na jakimś lookbook'u albo innej chictopii trafiłam na profil użytkowniczki, która w swoim albumie z inspiracjami umieściła około dwustu zdjęć przedstawiających dziewczyny ubrane w stylu folk/boho... i z warkoczem na głowie :)
O, rany!
Jakże mi się te zdjęcia podobały!
Pomyślałam sobie, że dobra, no - masz przecież plan skrócenia włosów, Mar, wkrótce już nawet związanie ich w koński ogon będzie problematyczne.
Uczesz się w ten warkocz choć raz, może fajnie będzie, a w każdym razie - inaczej jakoś.
Jak zaplanowałam, tak zrobiłam - efekt był tak ciekawy i tak się w lustrze poznać nie mogłam, że z miejsca wykonałam szybki telefon do Lecha.
Stwierdziłam, że nie ma opcji: idziemy na zdjęcia!
Teraz, zaraz - niech po powrocie z pracy bierze aparat i focimy, focimy!
Bo jak tak pochodzę z tym warkoczem za długo, to jeszcze dojdę do wniosku, że mi się nie podoba, rozmyślę się i przepadnie okazja do wprowadzenia pewnej odmiany wizerunkowej na blogu ;)
No i jest warkocz, proszę Państwa ;)
Jak już warkoczu utrefionym został, to trzeba było dobrać do niego jakieś ciuchy, które fajnie by się z nim prezentowały.
Warkocze kojarzyły mi się zawsze z takim nieco bardziej kowbojskim stylem, a że w mojej szafie niewiele tego typu ciuchów jest, to postawiłam na improwizację.
Najbardziej "w klimacie" wydawała się być marynarka, o której zakupie donosiłam Wam jakiś już czas temu na facebook'u.
Tak, to jest MARYNARKA.
A przynajmniej tak nazywał się ten ciuch na Zalando, gdzie go dojrzałam.
Marynarka z frędzlami - z poliuretanu.
Tak było napisane.
Marynarki z frędzlami jeszcze u nikogo nie widziałam - bez namysłu zatem zamówiłam, a co!
Kto bogatemu zabroni!
Maturę zdałam jakiś już czas temu, z chemią za wiele kontaktu od ukończenia edukacji licealnej nie miałam... ale najwidoczniej mam spore w niej braki, skoro nie spodziewałam się, że materiał poliuretanowy okaże się być czymś udającym zamsz.
No i że ciuch będzie bardziej kurtkę, niż marynarkę przypominać ;)
Po odpakowaniu przesyłki bardzo się więc zdziwiłam.
Ale że zamsz jest teraz ponoć "w trendach" i że mój zakup bez względu na jego przynależność gatunkową i tak podobał mi się bardzo... to mimo niezgodności zostawionym i nieodesłanym został ;)
Dumna z niego jestem, bo rożne już tej wiosny i lata frędzlowe okrycia wierzchnie widziałam, ale takiego - nie.
Takiego jeszcze u nikogo nie wypatrzyłam ;)
Lubię tę moją niby-zamszową ni kurtkę, ni marynarkę - za to między innymi, że ciężko ją pognieść.
Nawet zwinięta w kulkę i upchnięta w torbie po wyjęciu z niej prezentuje się jak prosto z wieszaka ;)
Do kurtki dobrałam kolejną z moich względnych nowości - naszyjnik, który upolowałam ostatnio w Stradivariusie.
Ciężko namówić mnie na zakup biżuterii, częściej traktuję ją jako zbędny dodatek, niż ozdobę... ale to cudo zauroczyło mnie z miejsca ;)
Torbę już znacie - podobnie jak kurtka wykonana jest (w niektórych miejscach) z czegoś, co ma zamsz przypominać.
Pomyślałam więc, że będzie do niej pasować.
Jest fedora - no bo jakby to było, gdybym miała kapelusza nie założyć ;)?
Melonik mi się tu słabo dość widział.
Są wreszcie szorty - coś, co zdaje się być ciuchem u mnie niespotykanym.
Wszak cały niemal rok łażę zwykle w długich spodniach.
Cieńszych, grubszych.... ale w długich ;)
Czasami jednak wybieram krótsze - co widać na załączonych obrazkach ;)
W zasadzie, to wypadałoby uzupełnić te moje szortowe zapasy.
Oprócz tych ze zdjęć mam tylko ich bliźniaczą parę - granatową.
Rozważałam zakup jakichś innych - docelowo miały mi posłużyć na wkrótce rozpoczynanym przeze mnie urlopie.
Ale że prognozy nań układane jakieś takie mało upalne się wydają... to odpuściłam.
Stwierdziłam, że pewnie i tak będą się kurzyć w szafie albo gnieść w torbie.
Może będę żałować - w razie czego za rok będę już mądrzejsza.
Fedora - H&M
Okulary - SinSay
Kurtka/Marynarka - Only (Zalando)
Naszyjnik - Stradivarius
Top - H&M
Szorty - H&M
Listonoszka - H&M
Sandały - Catwalk (Deichmann)
Powiem Wam, że nie mogę się już doczekać mojego sobotniego wyjazdu.
Kilka ostatnich dni spędziłam na kończeniu pracy licencjackiej, więc jestem już bardzo, ale to bardzo zmęczona.
Chcę odpocząć, popodziwiać zachód słońca nad Bałtykiem, porozczulać się nad fokami w helskim fokarium, zdobyć kolejną latarnię morską i objeść się do bólu brzucha goframi z bitą śmietaną.
Albo wędzoną rybą.
Może być nawet i tym i tym naraz - wszystko jedno, szpitale tam jakieś mają, ja po prostu chcę już wyjechać z Łodzi!
W ogóle najbliższe dni zapowiadają się super, bo po powrocie znad morza wybieramy się z Lechem do Krakowa.
Parę już razy wspominałam Wam o tym, że swego czasu pomieszkiwałam w tym mieście - nic więc dziwnego, że przez trzy lata nieobecności w nim zdążyłam się za Krakowem stęsknić.
Także tego - jeśli wśród moich czytelników jest jakaś krakowska dusza, która chciałaby się ze mną spotkać, to zapraszam do kontaktu.
Chętnie się z Wami zobaczę :)
Ściskam bardzo i pozdrawiam ciepło,
Wasza Mar!
P.S. Dobra, już wiem, skąd ten warkocz! Mama sobie przypomniała!
Ponoć gdzieś w okolicach początków mojej edukacji przedszkolnej, kiedy to na imieninach dziadka pozwolono pohasać mi w rozpuszczonych włosach, wpadłam na genialny pomysł przytulenia się do wentylatora - w który, oczywiście, te moje długie kłaki się wkręciły.... ^^
Nic więc dziwnego, że potem rodzice bali się puszczać mnie do ludzi bez zabezpieczenia w postaci warkocza ;P
Co jak co, tulenie się do wiatraka to idea prawie tak genialna, jak huśtanie na huśtawce jarzębiny - to chyba mniej więcej w tym samym czasie było.
Huśtałam kilka kiści jarzębiny, jedna mi spadła, schyliłam się po nią.... a huśtawka była w ruchu ;)
Finał historii jest prosty do przewidzenia ;)
Dobrze, że skończyło się na rozciętym uchu.
Tak, byłam dzieckiem bardziej kreatywnym, niż można przypuszczać ;)
Sporo kojarzących się z nim atrybutów chętnie dość przygarnęłam do swojej szafy i równie też chętnie zaczęłam je na siebie przywdziewać.
A to mi się zaczęły podobać kapelusze z dużym rondem, a to z kwiatami się polubiłam...
Któregoś dnia na jakimś lookbook'u albo innej chictopii trafiłam na profil użytkowniczki, która w swoim albumie z inspiracjami umieściła około dwustu zdjęć przedstawiających dziewczyny ubrane w stylu folk/boho... i z warkoczem na głowie :)
O, rany!
Jakże mi się te zdjęcia podobały!
Pomyślałam sobie, że dobra, no - masz przecież plan skrócenia włosów, Mar, wkrótce już nawet związanie ich w koński ogon będzie problematyczne.
Uczesz się w ten warkocz choć raz, może fajnie będzie, a w każdym razie - inaczej jakoś.
Jak zaplanowałam, tak zrobiłam - efekt był tak ciekawy i tak się w lustrze poznać nie mogłam, że z miejsca wykonałam szybki telefon do Lecha.
Stwierdziłam, że nie ma opcji: idziemy na zdjęcia!
Teraz, zaraz - niech po powrocie z pracy bierze aparat i focimy, focimy!
Bo jak tak pochodzę z tym warkoczem za długo, to jeszcze dojdę do wniosku, że mi się nie podoba, rozmyślę się i przepadnie okazja do wprowadzenia pewnej odmiany wizerunkowej na blogu ;)
No i jest warkocz, proszę Państwa ;)
Jak już warkoczu utrefionym został, to trzeba było dobrać do niego jakieś ciuchy, które fajnie by się z nim prezentowały.
Warkocze kojarzyły mi się zawsze z takim nieco bardziej kowbojskim stylem, a że w mojej szafie niewiele tego typu ciuchów jest, to postawiłam na improwizację.
Najbardziej "w klimacie" wydawała się być marynarka, o której zakupie donosiłam Wam jakiś już czas temu na facebook'u.
Tak, to jest MARYNARKA.
A przynajmniej tak nazywał się ten ciuch na Zalando, gdzie go dojrzałam.
Marynarka z frędzlami - z poliuretanu.
Tak było napisane.
Marynarki z frędzlami jeszcze u nikogo nie widziałam - bez namysłu zatem zamówiłam, a co!
Kto bogatemu zabroni!
Maturę zdałam jakiś już czas temu, z chemią za wiele kontaktu od ukończenia edukacji licealnej nie miałam... ale najwidoczniej mam spore w niej braki, skoro nie spodziewałam się, że materiał poliuretanowy okaże się być czymś udającym zamsz.
No i że ciuch będzie bardziej kurtkę, niż marynarkę przypominać ;)
Po odpakowaniu przesyłki bardzo się więc zdziwiłam.
Ale że zamsz jest teraz ponoć "w trendach" i że mój zakup bez względu na jego przynależność gatunkową i tak podobał mi się bardzo... to mimo niezgodności zostawionym i nieodesłanym został ;)
Dumna z niego jestem, bo rożne już tej wiosny i lata frędzlowe okrycia wierzchnie widziałam, ale takiego - nie.
Takiego jeszcze u nikogo nie wypatrzyłam ;)
Lubię tę moją niby-zamszową ni kurtkę, ni marynarkę - za to między innymi, że ciężko ją pognieść.
Nawet zwinięta w kulkę i upchnięta w torbie po wyjęciu z niej prezentuje się jak prosto z wieszaka ;)
Do kurtki dobrałam kolejną z moich względnych nowości - naszyjnik, który upolowałam ostatnio w Stradivariusie.
Ciężko namówić mnie na zakup biżuterii, częściej traktuję ją jako zbędny dodatek, niż ozdobę... ale to cudo zauroczyło mnie z miejsca ;)
Torbę już znacie - podobnie jak kurtka wykonana jest (w niektórych miejscach) z czegoś, co ma zamsz przypominać.
Pomyślałam więc, że będzie do niej pasować.
Jest fedora - no bo jakby to było, gdybym miała kapelusza nie założyć ;)?
Melonik mi się tu słabo dość widział.
Są wreszcie szorty - coś, co zdaje się być ciuchem u mnie niespotykanym.
Wszak cały niemal rok łażę zwykle w długich spodniach.
Cieńszych, grubszych.... ale w długich ;)
Czasami jednak wybieram krótsze - co widać na załączonych obrazkach ;)
W zasadzie, to wypadałoby uzupełnić te moje szortowe zapasy.
Oprócz tych ze zdjęć mam tylko ich bliźniaczą parę - granatową.
Rozważałam zakup jakichś innych - docelowo miały mi posłużyć na wkrótce rozpoczynanym przeze mnie urlopie.
Ale że prognozy nań układane jakieś takie mało upalne się wydają... to odpuściłam.
Stwierdziłam, że pewnie i tak będą się kurzyć w szafie albo gnieść w torbie.
Może będę żałować - w razie czego za rok będę już mądrzejsza.
Fedora - H&M
Okulary - SinSay
Kurtka/Marynarka - Only (Zalando)
Naszyjnik - Stradivarius
Top - H&M
Szorty - H&M
Listonoszka - H&M
Sandały - Catwalk (Deichmann)
Powiem Wam, że nie mogę się już doczekać mojego sobotniego wyjazdu.
Kilka ostatnich dni spędziłam na kończeniu pracy licencjackiej, więc jestem już bardzo, ale to bardzo zmęczona.
Chcę odpocząć, popodziwiać zachód słońca nad Bałtykiem, porozczulać się nad fokami w helskim fokarium, zdobyć kolejną latarnię morską i objeść się do bólu brzucha goframi z bitą śmietaną.
Albo wędzoną rybą.
Może być nawet i tym i tym naraz - wszystko jedno, szpitale tam jakieś mają, ja po prostu chcę już wyjechać z Łodzi!
W ogóle najbliższe dni zapowiadają się super, bo po powrocie znad morza wybieramy się z Lechem do Krakowa.
Parę już razy wspominałam Wam o tym, że swego czasu pomieszkiwałam w tym mieście - nic więc dziwnego, że przez trzy lata nieobecności w nim zdążyłam się za Krakowem stęsknić.
Także tego - jeśli wśród moich czytelników jest jakaś krakowska dusza, która chciałaby się ze mną spotkać, to zapraszam do kontaktu.
Chętnie się z Wami zobaczę :)
Ściskam bardzo i pozdrawiam ciepło,
Wasza Mar!
P.S. Dobra, już wiem, skąd ten warkocz! Mama sobie przypomniała!
Ponoć gdzieś w okolicach początków mojej edukacji przedszkolnej, kiedy to na imieninach dziadka pozwolono pohasać mi w rozpuszczonych włosach, wpadłam na genialny pomysł przytulenia się do wentylatora - w który, oczywiście, te moje długie kłaki się wkręciły.... ^^
Nic więc dziwnego, że potem rodzice bali się puszczać mnie do ludzi bez zabezpieczenia w postaci warkocza ;P
Co jak co, tulenie się do wiatraka to idea prawie tak genialna, jak huśtanie na huśtawce jarzębiny - to chyba mniej więcej w tym samym czasie było.
Huśtałam kilka kiści jarzębiny, jedna mi spadła, schyliłam się po nią.... a huśtawka była w ruchu ;)
Finał historii jest prosty do przewidzenia ;)
Dobrze, że skończyło się na rozciętym uchu.
Tak, byłam dzieckiem bardziej kreatywnym, niż można przypuszczać ;)
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




















