Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
W stylu boho: zielona maksi i frędzle
Zobacz oryginał ndz., 24/07/2016 - 12:26Żaden inny styl nie pasuje mi tak bardzo do lata, jak styl boho.
Te wszystkie ciągle modne, rozkloszowane lub zdobione uroczymi nadrukami groszków spódnice kojarzące się z modą pin-up, te postrzępione i kuse szorty albo wreszcie bandażowe sukienki nie są dla mnie tak "letnie", jak boho - jego kapelusze, długie spódnice, zwiewności i urok beztroski.
Dlatego - konsekwentnie - nie rozstaję się z moim ulubionym stylem i w lipcowe dni.
Co to, to nie!
Spódnice i sukienki to u mnie rzadkość - mam ich parę, kłamać nie będę (ale tak naprawdę parę - maksymalnie pięć sztuk, serio!), jednak rzadko kiedy je zakładam.
Nawet latem, choć latem spódnica lub sukienka to przecież najwygodniejsze rozwiązanie (zimą to człowiek marznie, walczy ze zsuwającymi się po kostkach rajstopami i zaciągającymi je suwakami przy cholewkach kozaków - latem te wszystkie problemy odchodzą w zapomnienie!).
Ale że przy okazji ubiegłotygodniowego przeglądu mojej szafy w domu rodzinnym (pod kątem kompletowania garderoby na wyjazd urlopowy) odnalazłam tę zieloną sukienkę, to postanowiłam przełamać swoją niechęć do kiecek wszelakich ;)
Kupiłam ją w wakacje po skończeniu pierwszej klasy liceum.
Miałam wtedy chłopaka w Tychach, mieście Ryśka Riedla - wszyscy znajomi G. słuchali Dżemu (a czego można słuchać, jak się mieszka w Tychach ;P?) i w większości stylizowali się na hipisów.
Przy takim towarzystwie i ja powoli wyrastałam wtedy z miłości do punka, agrafek w spodniach i uwalonych błotem glanów - nie było rady, trzeba było sobie sprawić jakieś nieco odpowiedniejsze ciuchy.
O Boże, jakie to stare dzieje...
Znalazłam ją w jednym ze zgierskich lumpeksów - takim z gatunku tych, po których dzisiaj już nie ma nawet śladu.
Małym, ciasnym, w którym pachniało stęchlizną i który w najmniejszym nawet stopniu nie przypominał żadnego z dzisiejszych vintage store'ów.
Kosztowała jakieś śmieszne pieniądze (wydaje mi się, że 5 złotych, ale nie mam już dziś pewności, czy aby na pewno tyle) i wyglądała na nową (w sensie, że widać było, że nikt przede mną jej nie nosił, bo tak ogólnie, to ewidentnie miała już swoje lata).
Polubiłam ją, bo pasowała mi do wszystkich butów, jakie wtedy nosiłam (nawet do takich naprawdę wysoko sznurowanych rzymianek - tak, do takich, jakie w tym roku uważane są za najmodniejsze buty lata ;> miałam takie, tylko że bez pomponów ;P o pomponach na takich butach wtedy nikt nie słyszał ;P).
Sukience nie stało się nic przez te wszystkie miesiące jej noszenia i wiele prań - co jakiś czas przypominam sobie więc o niej i wyciągam ją z szafy.
Zdarzały się co prawda takie lata, w których w ogóle jej nie zakładałam, ale że tegoroczne upływa mi pod znakiem wielu, naprawdę wielu powrotów do tego, co było (i to nie jest tak, że czegoś mi brakuje i dlatego wspominam, taplając się w jakiś swoim nieszczęściu - wręcz przeciwnie, chyba nigdy nie miałam tak poukładanego życia... ot, człowiek wspomina i uświadamia sobie upływ czasu, bawi go to, czym zajmował się lata temu i to, że niektóre z tych rzeczy ciągle mogą sprawiać mu radość... ale o tym więcej będzie na końcu wpisu, cierpliwości :>), to obnaszam ją po łódzkich ulicach i parkach z dużą przyjemnością.
Największym sukcesem jest chyba nie to, że ciągle jest w dobrym stanie, a to, że wciąż się w nią mieszczę ;)
W dniu, w którym robiliśmy zdjęcia postanowiłam połączyć moją zieloną maksi z tą ozdobioną frędzlami kurtką.
Kurtka miała być marynarką, ale okazała się czymś bliższym katanie, niż żakietowi.
Jej historię opisywałam rok temu - w poście z warkoczem.
Co ciekawe - tamte zdjęcia zrobiliśmy w dokładnie tym samym miejscu :)
Sporo elementów tamtego prezentowanego Wam wtedy stroju powtarza się i tu - nic nie poradzę na to, że lubię tu pokazywać te same rzeczy w nieco innych konfiguracjach.
Tak już mam :)
I tak na przykład możecie zobaczyć tu te same sandały, które pokazywałam Wam w poprzednim wpisie, w ubiegłym tygodniu.
Pamiętacie? Zarzekałam się, że one w żadnym razie nie mogą wyglądać dobrze ze spódnicą albo sukienką.
Otóż teraz wiem, że jak najbardziej mogą - tyle, że sukienka musi być dłuższa ;)
Kapelusz - H&M
Lenonki - SinSay
Sukienka - no name (zgierski lumpeks)
Kurtka z frędzlami - Only (Zalando)
Listonoszka - H&M
Wiązane sandały - H&M
Wreszcie się doczekałam!
Jutro wyjeżdżam nad morze!
Urlopu wyczekiwałam z utęsknieniem, bo naprawdę - ostatnie tygodnie dały mi w kość.
Miałam na głowie sporo ważnych spraw i kilka poważnych problemów (aczkolwiek bardziej zgodne z prawdą będzie napisanie, że problemy te tylko wyglądały na poważne - po wnikliwym przyjrzeniu się im okazywało się, że jak zwykle punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i chęci widzenia wielu rzeczy przez niektóre osoby po swojemu).
Nie miałam za to praktycznie czasu na nic "swojego".
Całe szczęście, że teraz, kiedy wreszcie rozpoczęłam ten swój urlop, znalazłam sobie odstresowujące i przysparzające mi moc radości zajęcie.
Jakie?
Moi Drodzy, nie powinnam się do tego przyznawać!
Ale niech stracę, jakby co, to zwalicie to na karb mojego przemęczenia...
Od trzech dni nie robię nic innego, tylko oglądam anime o Pokemonach xD!
Cały świat oszalał na punkcie gry Pokemon Go - trochę to mnie zaskoczyło, bo pewną byłam, że ta "bajka" jest dziś już mocno zapomniana i Pokemony nikogo nie mogą już rajcować.
A to niespodzianka!
Też bym sobie w nie pograła - ale mój telefon jest tak bardzo archaiczny, że Pokemona będę mogła na nim oglądać tylko wtedy, jak pobiorę sobie jakiś obrazek przedstawiający jednego lub drugiego.
Całe szczęście, że moja mama jest bardziej na bieżąco z technologią i chociaż ona jedna ma taki telefon, na którym udało się to zainstalować ;P
Niestety, mama odmawia pożyczenia mi telefonu na eskapady po Zgierzu, także jedyne Pokemony na jakie jest mi dane polować to te, które dają się złapać w mieszkaniu rodziców ;P
Na otarcie łez mam jednak serial, który kochałam w dzieciństwie do prawdziwego szaleństwa!
Wierzcie lub nie - byłam największą psychofanką Pokemonów w całym województwie!
Do dziś mam pochowane w szafkach te wszystkie pluszaki, figurki i żetony z chipsów!
I nawet potrafię powiedzieć, jakie dźwięki który Pokemon z siebie wydawał ;P
Nie miałam pojęcia, że nakręcono tego tyle!
Ja się załapałam ledwie na dwa sezony (później chyba Polsat już tego nie puszczał, a ja zamiast Pokemonami zajęłam się słuchaniem ciężkiej muzyki i obalaniem tanich win - dziś zastanawiam się, czy gdybym na dłużej nie została przy Pokemonach, to i moja "kariera" i mój żołądek nie miałyby się lepiej... czasami lepiej nie dorastać zbyt szybko...), a teraz są tego setki odcinków i ciągle wychodzą nowe!
No więc siedzę przed komputerem i oglądam je całe dnie i całe noce!
I jestem tak szczęśliwa, jak dawno nie byłam!
Urlop to coś pięknego, mówię Wam ^^
Jak się tak człowiek porządnie dochami, to od razu żyć mu się bardziej chce!
Także tego - gdyby ktoś z Was spotkał mnie na którejś z plaż Gdańska chodzącą na czworakach i udającą Bulbasaura, to proszę się nie zdziwić ;P
Trzymajcie się - życzę Wam fajnej, beztroskiej niedzieli!
A Wy życzcie mnie i Lechowi fajnego wyjazdu :)
Ściskam - Wasza Mar!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.


















