Na fali mody na ciężkie buty wracam do korzeni.
Bo ja takie obuwie nosiłam już wiele lat temu - w gimnazjum, w liceum, a sporadycznie jeszcze na studiach (kiedy śniegu napadało tak wiele, że przebić się przez te zaspy w jakichkolwiek innych butach nie było sposobu, a mnie czekała dwugodzinna prawie podróż z mojej rodzinnej miejscowości do Łodzi i z powrotem - glany były wtedy niezawodne i chociaż palce marzły w nich jak diabli, to żadne inne obuwie nie wracało z takich eskapad w stanie nienaruszonym).
Potem uznałam, że co było to było i że w pewnym wieku zakładanie takich butów to jednak już trochę obciach.
Całe szczęście, że moja mama przezornie wyniosła je do piwnicy, chroniąc je przede mną i moją ówczesną manią wyrzucania wszystkiego, co "stare" - ja wiele razy uważałam, że powinny wylądować na śmietniku.
Dziś "prawdziwe" glany przestały być butami zbuntowanych nastolatków i noszą je wszystkie fashionistki, w związku z czym cena tych obrzydliwych dawniej dla ogółu buciorów znacznie przekracza ich ceny ówczesne.
Gdybym chciała sprawić sobie jakąś nową ich parę, to trochę bym za nią zapłaciła ;)
Zatem - prawdzie glany gdzieś mam.
Odpowiednio vintage, choć w żadnym razie nie zniszczone.
Ja o moje glany dbałam bardzo - jak na którymś Woodstocku wdepnęłam nimi w czyjeś odchody (do dziś mam nadzieję, że nie były ludzkie... na Woodstocku to wszystko możliwe, a przynajmniej możliwe było wtedy, bo dziś ten festiwal w zasadzie niczym się chyba nie różni w kwestiach organizacyjnych od innych, bardziej grzecznych festiwali...), to zamiast na jeden z koncertów poszłam z nimi do tego kranu ze śmierdzącą, zimną wodą i tak długo je myłam, aż ich podeszwy znowu były czyściutkie a cholewki błyszczące.
Ostatnio rzadko bywam u rodziców, ale jak tylko tam następnym razem pojadę, to pójdę ich poszukać - daję słowo!
Póki co mogę za to pochwalić się Wam moim substytutem glanów - wiązanymi trzewikami na masywnej podeszwie, które na początku września dorwałam w H&M'ie.
Dla kogoś, kto glany oglądał tylko na zdjęciach albo na nogach koleżanki z licealnej ławki w zasadzie mogą być nie do odróżnienia od glanów ;)
Buty takie sprawić sobie chciałam już jakiś czas temu, tyle że krótsze - od przynajmniej roku mam przecież słabość do wszystkich butów na grubszych i traktorowych podeszwach.
Bardzo podobały mi się jako dodatek do stylizacji boho i tych utrzymanych w klimatach grunge'u.
A już szczególnie zachwycały mnie tam, gdzie zestawiano je z jakąś zwiewną sukienką albo spódnicą!
Nie zdecydowałam się na ich wcześniejszy zakup tylko dlatego, że wydawały mi się dość niepraktyczne na ciepłe dni.
Na jesień jednak będą jak znalazł ;)
Mam na nie kilka innych pomysłów - o, na przykład taki: krótka, trapezowa spódnica, szelki, koszula w kratę.
Albo boyfriendy (jeśli sobie takie spodnie kupię, bo póki co - żadnych nie mam) i gruby sweter.
I kaszkiet, kaszkiet do tego!
Będzie fajnie - czuję to ;)
W dzisiejszym poście pokazuję je Wam w takim towarzystwie, jakie sobie umyśliłam dla tych butów jeszcze wtedy, gdy nie byłam w ich posiadaniu - kurtka z frędzlami (widzieliście ją latem - w stylizacji z zieloną sukienką boho - i rok temu, w poście z warkoczem), tak samo ofrędzlony worek, sukienka z etnicznym zdobieniem, kapelusz i lenonki.
Jest trochę boho, trochę może nawet grunge'owo - w stu procentach po mojemu.
Taką siebie lubię najbardziej.
Tak ubrana zawsze czuję się sobą!
Sukienka na pewno o wiele bardziej przydałaby mi się latem, teraz za wiele okazji do jej ponoszenia mieć już nie będę.
To fason cold shoulder - ale nie przekonacie się, że nie zalewam, bo w dniu robienia tych zdjęć było już zbyt chłodno na to, żebym oprócz paradowania z gołymi nogami mogła jeszcze pozwolić sobie na odkryte ramiona.
Chociaż... jesień bywa zdradliwa i ostatnie dni były dość ciepłe.
Może mi się to jeszcze uda w tym roku :)
Oprócz fajnego, rozkloszowanego dołu i wybitnie "mojego" koloru (rudości górą!) podoba mi się w niej to wiązanie - i haft na wstawce z przodu.
Mogłaby się jeszcze mniej gnieść - wtedy byłaby pełnia szczęścia ;>
Kapelusz - H&M
Lenonki - SinSay
Kurtka z frędzlami - ONLY (Zalando)
Sukienka - C&A
Torebka - no name (Allegro)
Trzewiki na masywnej podeszwie - H&M
Muszę Wam powiedzieć, że wcale nie planowaliśmy robić tych zdjęć na modłę jesiennych kadrów - ja raczej miałam nadzieję, że wyjdą nam takie słoneczne, typowo letnie...
Dlatego tak bardzo chciało mi się płakać, kiedy w ubiegły weekend lunął deszcz a temperatury spadły do kilku stopni powyżej zera.
Nawet poczyniłam jakąś próbę wyszykowania się na te zdjęcia (nasi częstochowscy przyjaciele u których tydzień temu wraz z Leszkiem stacjonowaliśmy z grzeczności jedynie nie pukali się w głowy, kiedy oznajmiłam, że nie ma, że pada, Lechu - idziemy focić!), ale po wyjściu w tym stroju na balkon szybko zmieniłam zdanie.
Na szczęście w poniedziałek znowu wyszło słońce i wtedy udało nam się cyknąć kilka fot.
Letnie czy jesienne - jestem z nich bardzo zadowolona!
Moim zdaniem są przepiękne :)
W sumie to dobrze, że jesienne zdjęcia mam już z głowy - jeśli prawdziwa złota jesień miałaby nie nadejść (przegoniona przez pluchy i zimność), to ja już swoją blogową, jesienną lekcję odwaliłam ;)
Miłego popołudnia Wam życzę - trzymajcie się ciepło.
Pozdrawiam, Wasza Mar!
P.S. W piątek przysiadłam trochę przy szablonie bloga i pozmieniałam mu kolumnę boczną.
Wreszcie to jako tako wygląda.
I wreszcie ten mój blog w miarę przypomina "nowoczesne" blogi ;P
Szkoda, że Lechowi się nie podoba - twierdzi, że okrągłe zdjęcie to rozwiązanie rodem z nagrobków.