Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
W stylu boho: bluzka z haftem w gdańskim plenerze
Zobacz oryginał ndz., 14/08/2016 - 10:15Trochę się boję, że lato już odeszło.
Nie dlatego, że jestem jakąś wielką fanką upałów (wręcz przeciwnie! upały mnie męczą!), ale dlatego, że wielu fajnych, letnich ciuchów nie zdążyłam jeszcze nigdzie założyć.
Na przykład dwóch par szortów, które sprawiłam sobie z początkiem lata.
Takich zwiewnych, z materiału w podobie szyfonu.
W szortach pokazuję się rzadko - i na blogu i w "realu".
Zawsze wstydzę się odkrywać swoje nogi - nawet nie dlatego, że mi się nie podobają (chociaż mogłyby być ładniejsze i ja sama mogłabym im w tym trochę pomóc), ale dlatego, że zwykle są białe (albo - co gorsza - sine).
A trend na opaleniznę ma się dobrze, więc głupio mi odstawać od reszty ;)
Choć opalać się nie znoszę - i na plaży i w solarium.
Dlatego zwykle zaczynam pokazywać moje kończyny dolne światu dopiero wtedy, kiedy dzięki kilkunastu spacerom i dłuższemu lub krótszemu urlopowi uda im się przestać być śnieżnobiałymi, a zaczynają być po prostu blade ;P
Na to potrzeba czasu.
Szkoda, że w tym roku zaczęłam go wygospodarowywać zbyt późno ;)
Przynajmniej takim dowodem dysponuję w razie gdybyście próbowały i próbowali zarzucić mi, że wcale tych swoich nóg nie pokazuję ;P
Szorty co prawda znacie już dobrze (bo gościły na blogu choćby rok temu, o - w poście z warkoczem), ale co poradzę na to, że to właśnie je spośród wszystkich moich kusych ciuchów lubię najbardziej?
Pasują do wszystkiego, nie trzeba ich prasować i są czarne.
Tak, c z a r n e.
Ja czerń noszę przez cały rok i wcale nie jest mi w niej latem jakoś bardziej gorąco, niż w jasnych ubraniach.
Chyba, że próbuję założyć na tyłek grube i sztywne dżinsy - wtedy to i owszem.
Gotuję się po przejściu kilkunastu metrów.
Ale w szortach? Bluzce? Koszuli?
Nigdy!
Także - gdyby ktoś z Was wpadł na pomysł zapytania mnie, czy mi czasem nie było za ciepło, to odpowiadam: nie było :)
Zdjęcia z dzisiejszego posta to druga, zapowiadana Wam już tydzień temu urlopowa "sesja", którą popełniliśmy w czasie naszego tegorocznego wakacyjnego wyjazdu.
Zrobiliśmy je w Gdańsku - w brzeźnieńskim parku im. Jana Jerzego Haffnera (te pod pergolą) i na molo w Brzeźnie.
O, mówię Wam - co ja bym oddała, żeby zawsze mieć takie fantastyczne plenery kilka kroków od domu!
Wiele ;P
Bluzka, która jak wiele moich pokazywanych Wam na blogu ciuchów może pochwalić się długą i obfitującą w dramatyczne zwroty akcji historią.
Podobnie jak obfotografowywana niedawno zielona maksi tak i ona kupiona została lata temu w jednym ze zgierskich lumpeksów.
Stoczyłam o nią prawdziwą bitwę - musiałam ją niemal wyrywać z rąk dwóm ciężarnym Paniom.
Bo znalazłam ją na dziale ciążowym - co Was zbytnio zapewne nie zdziwi, jeśli wziąć pod uwagę jej krój ;)
Panie przyszły do lumpeksu we dwie, mierzyły tę bluzkę przez pół godziny a potem porzuciły ją gdzieś pomiędzy innymi wieszakami i zapomniały o niej.
Ja jej nawet nie mierzyłam - z miejsca porwałam ją i pobiegłam z nią do kasy.
Wtedy Panie uświadomiły sobie, że jednak o niczym nie marzą tak mocno, jak o posiadaniu tej bluzki (na spółkę? może to były siostry albo przyjaciółki...).
No cóż - ja wiem, że stan błogosławiony rządzi się swoimi prawami i że komu jak komu, ale kobiecie w ciąży ustąpić należy, jednak nigdy nie twierdziłam, że jestem jakoś wyjątkowo dobrze wychowana ;P
Bluzkę przyniosłam do domu ja - nie one ;P
Potem wiele razy miałam wyrzuty sumienia - bo choć podobała mi się szalenie (to jeden z ładniejszych ciuchów, jakie mam), to nosiłam ją rzadko.
Rzadko, bo zawsze irytował mnie w niej ten dekolt.
Swego czasu byłam nieco tęższa i biust też miałam większy - trochę głupio było mi tak go wywalać ludziom przed nos.
W rezultacie jakieś dwa lata temu wyjęłam bluzkę z szafy i wrzuciłam ją do worka z ubraniami przeznaczonymi do utylizacji.
Misję wyniesienia worka na śmietnik powierzyłam mojemu bratu, a że ten jest bestią leniwą i mało chętną do jakiejkolwiek pomocy starszej siostrze, to stojącym w przedpokoju workiem zainteresowała się mama i coś tam z niego powyjmowała (złorzecząc pod nosem, że takie ładne ubrania, a ja je wyrzucam jakby były szmatami do podłogi przynajmniej).
Nie interesowałam się zbytnio tym, co ocalało z moich przegrzebków - to, czego mama nie wybrała wystawiłam pod osiedlowym koszem na śmieci.
Przypomniałam sobie o niej dopiero tegoroczną wiosną, kiedy wszelkiego rodzaju hafty znowu powróciły do łask.
Ile ja łez za nią wylałam, ile razy pisałam o niej na Waszych blogach, kiedy chwaliłyście się swoimi haftowanymi ciuchami!
Bo przecież takiej bluzki jaką ja miałam nie miał i mieć nie będzie nikt!
A ja ją wywaliłam - bez jakiegokolwiek pomyślunku i najmniejszej choćby refleksji.
W akcie desperacji kupiłam wyszywaną koszulę z czymś, co haft udaje - tę, którą pewnie dobrze pamiętacie, stylizowaną na ukraińską vyshyvankę.
A kiedy pokazałam ją mamie to zapłakałam, że ładna jest, to prawda - ale moja wiązana, "ciążowa" bluzka z haftem na piersi była o wiele od niej ładniejsza.
A wtedy mama zaśmiała się, otworzyła swoją szafę i wyciągnęła z niej bluzkę, o której sądziłam, że już dawno temu rozłożyła się na jakimś wysypisku.
Zmartwychwstanie!!! Cuda jednak czasem się zdarzają ;)
Historia bluzki jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że nie warto zbyt prędko pozbywać się ubrań - tak, wiem: minimalizm, wyzwanie dziesięciu ciuchów i inne takie, ale bez jaj!
Moda naprawdę zatacza koło i nie wierzę, że żadnej z Was nie było czasem żal ubrań, z którymi pożegnała się zbyt szybko ;)
Bluzka z haftem - no name (second-hand)
Szorty - H&M
Listonoszka - H&M
Sandały - C&A
Miałam Wam o nich opowiedzieć - obiecywałam Wam to w ostatnim poście.
Bardzo płaskie, na super cienkiej podeszwie.
Dla mnie takie buty są najwygodniejsze na świecie, choć chyba nie jest to najlepsze rozwiązanie jeśli chodzi o zdrowie i kondycję stóp.
W każdym razie - potrzebowałam takich, wymarzyłam je sobie i znalazłam je w C&A na początku lata.
Nie były najtańsze i tym bardziej żałuję, że nie poczekałam z ich zakupem kilku chociaż tygodni - przed moim wyjazdem nad morze kosztowały już 9,90.
Sandałów nie miałam za bardzo gdzie założyć - były przeznaczone właśnie na urlop.
Co się okazało?
Jeden spacer z Brzeźna do Sopotu, dwa wypady na plażę i na zdjęcia... i przody podeszew mają już tak zdarte, że nadają się tylko do wyjścia do sklepu :/
A przecież nie grałam w nich w piłkę nożną, nie przesadzałam też na tym urlopie z alkoholem i nie obijałam się o nic za bardzo...
Ja wiem, że takie są konsekwencje wybierania cienkiej podeszwy i że nie powinnam się spodziewać niczego więcej po butach z sieciówki, ale to nie jest moja pierwsza para z takiego modelu ani nie jest to mój debiut jeśli chodzi o buty z C&A.
Szkoda mi ich, bo były naprawdę idealne - proste, pozbawione zbędnych ozdób, uniwersalne i zwyczajnie ładne.
Dobrze, że chociaż na zdjęcia załapały się jeszcze w takim stanie, że nie wstyd tych zdjęć komukolwiek pokazać ;P
Bardzo żałuję, że nie będę mieć już więcej wolnych dni w najbliższym czasie - tak bardzo chciałabym wrócić do Gdańska...
Zawsze mam niedosyt morza, urlopu i podróży.
I zawsze mam poczucie, że nie wykorzystałam wakacji tak, jak wykorzystać powinnam.
Bo pewnie tak było - często nie potrafię się odpowiednio wyluzować, w czasie urlopu narzekam i marudzę i dopiero kiedy wracam do domu to uświadamiam sobie, jak fajnie było.
Może zimą, może zimą wrócę nad Bałtyk po raz kolejny.
To takie moje małe marzenie - pojechać nad morze zimą.
Trzymajcie kciuki, by udało mi się je zrealizować ;)
Miłej niedzieli dla Was (i poniedziałku - jutro też się lenimy!) - buziaki od Mar!
P.S. Na tych z kolei zdjęciach widać, że nie tylko skróciłam włosy, ale i że wreszcie zaczęłam nosić pierścionek zaręczynowy ;P
Tak, trudno było mi się przyzwyczaić (bo ja pierścionków niemal w ogóle nie noszę i nigdy raczej nie nosiłam) ale już powoli przywykam ;P
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.

















