Lista blogów » DEANERIS

Trying to be fit

Zobacz oryginał

Obiecałam post o mojej „drodze do bycia fit”. Najogólniej mówiąc trochę o odżywianiu, ćwiczeniach, dobrych i złych nawykach, moich błędach i małych sukcesach. Nie piszę tego po to, żeby czymkolwiek zaimponować, zwrócić czyjąś uwagę czy wywołać jakieś kontrowersje . Piszę to dlatego, że ktoś mnie o to poprosił, chcąc podobnie jak ja zmienić swoje życie. Wiem, jak ciężko jest zacząć, jak bardzo potrzeba motywacji, sama jej nieustannie potrzebuje i jestem niezwykle szczęśliwa, że ktoś uznał mnie za taką właśnie motywację.


tumblr_mb1wpesWDn1rfhv21o1_500.jpg

Nie uznawajcie tego co tu piszę, za schemat godny powielania. Powiem Wam szczerze, że niektórych rzeczy nigdy bym nie powtórzyła. Chcę Wam opisać moje doświadczenia i przestrzec przed niektórymi niezdrowymi krokami.
Przyznam na początek. Mam na punkcie wyglądu bzika. Trudno mi jest zaakceptować to jak wyglądam. Nigdy nie jestem wystarczająco zadowolona, zawsze wiem, że może być lepiej. Ogólnie nie pieszczę się ze sobą i jestem bardzo krytyczna.
Sięgam pamięcią do samego początku.  Na początku gimnazjum uznałam, że trzeba coś zmienić. Na początku odrzuciłam słodycze. CAŁKOWICIE WSZYSTKIE. Nie jem ich do dziś. 
A potem..

1.                  Głodówka zdecydowanie nie!
Może byłam za młoda, żeby zrozumieć co to znaczy zbilansowana dieta. Po prostu się głodziłam. Nie ma nic gorszego niż myśleć, że niejedzenie jest sposobem na zgubienie kilogramów. Owszem – może i jest ale nie daje długotrwałych efektów i jest to zwyczajnie głupie. Jadłam głównie jogurty light i płatki z mlekiem, nie miałam na nic siły, siedziałam cały dzień na kanapie i myślałam tylko kiedy by to zjeść ten właśnie jogurt. Chore! Schudłam, przyzwyczaiłam się do niejedzenia. Kiedy pewna mądra osoba próbowała sprowadzić mnie na ziemię, ja po prostu nie byłam w stanie zjeść więcej, mój organizm się przyzwyczaił. Jakby nie patrzeć, mogło skończyć się to chorobą.
Musiałam się z tego uwolnić. Zaczęłam jeść – zwyczajnie, normalnie jeść. Kilogramy wróciły i to dużo więcej.  Podsumowując – bezsens. 

2.                  Dieta dukana
Zapewne ktoś, kto interesuje się tymi tematami słyszał o diecie dukana. Zdecydowałam się. Nabrałam trochę ciała i najzwyczajniej źle się z tym czułam. Byłam naturalnie w pełni świadoma tego, że jest to jedna z najbardziej niezdrowych diet na świecie, ale jakoś przymykałam na to oko.
Dieta jest skuteczna tylko i wyłącznie wtedy, kiedy doprowadzi się ją do końca. Mój brat, stosujący ją tak, jak mu się podobało nigdy nie uzyskał długotrwałego efektu, nie utrzymał wagi. Jest to dieta dla upartych, z dużą dawką samodyscypliny, lubiących nabiał i mięso. Ja lubię więc nie stanowiła ona dla mnie większego problemu. Doprowadziłam dietę do końca, schudłam 8 kg – tyle ile chciałam.
Podczas tej diety niewskazany jest duży wysiłek fizyczny. Wydaje mi się, że jest ona dobra dla osób, które za pierwszorzędny cel stawiają sobie po prostu zgubienie kilogramów, pozostawiając wygląd sylwetki na dalszym planie.
Po dukanie jadłam bardzo ostrożnie, bałam się, żeby nie stracić tego co osiągnęłam. Bez słodyczy, białego pieczywa, unikałam makaronów itp., ogólnie uważałam na węglowodany.

3.                  Chodakowska

Gdybym miała okazję, z całej siły bym ją uściskała. Na początku zdecydowałam się na ćwiczenia przy moich starych nawykach żywieniowych. Ćwiczyłam cały miesiąc, codziennie - Skalpel na zmianę z Turbo. Początki są cholernie trudne. Miałam ochotę rzucać czymś w telewizor, kiedy pani Ewa, bez cienia zmęczenia na twarzy wykonywała kolejne ćwiczenia, a ja ledwo widziałam na oczy :D To po prostu trzeba przeżyć, znaleźć w sobie tę wewnętrzną siłę i uwierzyć, że będzie coraz lepiej, łatwiej i co najważniejsze – niedługo pojawią się efekty. Tak właśnie zrobiłam. Wiadomo, że efekty nie przychodzą z dnia na dzień. Niektórzy właśnie tak by sobie to wyobrażali, ale to wymaga czasu. Ja zaczęłam dostrzegać różnicę po dwóch tygodniach, co motywowało mnie do dalszego ćwiczenia. Tak minął mi maj.
W czerwcu sięgnęłam po książkę Ewy Chodakowskiej. Książka to program na 30 dni: 30 treningów i 30 jadłospisów. Jak dla mnie coś perfekcyjnego. Lubię mieć przy diecie jasno określone co mam jeść, nie lubię sama sobie tego wybierać. Książka jest przejrzysta, każdy kolejny dzień rozpoczyna się motywacją, potem mamy rozpisane menu, podany jeden kompletny przepis, omówiony trening, miejsce na notatki.
I to właśnie jest to. Ta książka nauczyła mnie, czym jest zdrowa, zbilansowana dieta, że nie trzeba odmawiać sobie naprawdę wiele. Do tego ćwiczenia i sukces mamy w kieszeni.

sdfs.jpg


Podsumowując: 

1. Nie głodźcie się!
2. Stosujcie  zbilansowaną, zdrową dietę.
3. Lepiej jeść częściej i mniej.
4. Zamiast słodyczy można zjeść np. suszone owoce – dla mnie coś wspaniałego :)
5.  Woda, woda i woda.
6.  Bieganie jest przyjemne.
7. Zamieńcie 45 minut siedzenia na facebook’u na ćwiczenia.
8. Dbajcie o siebie!


To by było na tyle, jeżeli chodzi o moją historię. Czuję, że wystukałam tutaj naprawdę wszystko, z dużą dawką szczerości.

A teraz się pomotywujcie ;)

g.jpg


ideal.jpg


tumblr_m9ooigUfL01rbfq17o1_500.png


tumblr_mku1yyEze21s6ugjwo1_1280.jpg


tumblr_ms550ecjLA1s3quizo1_1280.jpg


tumblr_msumz2ZkO11s099nmo1_500.jpg
 large.png


tumblr_msvziysPwK1s0fzano1_1280.jpg

Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca :)
 Trzymam za Was kciuki i do zobaczenia w poniedziałek, przy okazji urodzinowego posta mojego bloga :)

Zaloguj się, żeby dodać komentarz.