Lista blogów » Try To Save It

Top 5: Filmy biograficzne o muzykach, które warto znać

Zobacz oryginał

 Witajcie!

Paskudna pogoda i wizja kolejnego lockdownu skutecznie zatrzymują nas w domach, gdzie obecnie spędzamy większość czasu. Oprócz pracy, zakupów i prozy codzienności, warto niekiedy ubarwić sobie dzień czymś kolorowym, miłym dla oka i ucha. Także dziś nadszedł czas na szybkie recenzje filmów muzycznych, które oglądałam na przestrzeni ostatnich miesięcy i mogę Wam polecić dla przełamania sztampowych pozycji serialowych (ktoś jeszcze nie widział ,,Gambitu Królowej" czy ,,The Crown"?).

Kilka propozycji łagodnych, jedna nieoczywista i jedna mniej przyjemna. Ale wszystkie wciągające i warte zobaczenia. 

1. Bohemian Rhapsody

bohemian-rhapsody-banner.jpg

Filmy oparte na prawdziwych postaciach i wydarzeniach, żądzą się swoimi prawami. Dla fanów Queen i Freddy'ego Mercurego to może nie pozycja obowiązkowa, ale na pewno przyjemna w odbiorze. Film nie jest rzetelną biografią zespołu (bo nie miał taką być), to raczej wizja oparta w sporej mierze na przypuszczeniach, prawdopodobieństwach i pewnej symbolice. Moim zdaniem wizja udana, wzruszająca, nieco patetyczna i bardzo przyjemna dla ucha - aż chce się wspomnieć, że za krótka! Gdy w filmie trwa Live AID, czyli popisu umiejętności Queen na scenie, każdy widz jest już rozgrzany do czerwoności i śledzi każdy ruch sceniczny, każde wiernie odtworzone z oryginałem minuty pamiętnego koncertu, chociaż trochę skróconego. Wszystko to wbija fotel, ale niestety właśnie w tym kulminacyjnym momencie film się kończy. Nie zostały pokazane ostatnie lata walki Freddiego z chorobą, ani praca na planie teledysków mimo bólu i zmęczenia. Aż człowiekowi żal takiego zakończenia, chętnie pobyłby z zespołem i ich nieśmiertelną muzyką trochę dłużej. Ale może to i lepiej - dzięki wspaniałej roli Maleka pozostaje nam w pamięci obraz Freddiego w najlepszej krasie. Mimo skoków w chronologii i małych zmian faktów, nie psują całości filmu. Pozostali aktorzy całkiem nieźle wywiązują się ze swoich ról, a muzyka broni się sama. Dzięki temu możemy wracać do filmu co jakiś czas i oglądać go ponownie. I ponownie.

Tak, przedstawienie musi trwać, a Queen jest przecież wieczny! I film jest ich dobrym pomnikiem. 

2. The Dirt 

mortleycrue-thedirt-netflix-926x1024.jpg

Moje ostatnie odkrycie, które zdążyłam już obejrzeć kilka razy. Chociaż wielką fanką Motley Crue nigdy nie byłam, to gdzieś tam znałam ich utwory i kojarzyłam raczej z wybrykami i natapirowanymi fryzurami. Muszę przyznać, że film o zespole został nakręcony z należytym rozmachem, humorem i bezkompromisowo, naprawdę zadowoli niejednego wiernego fana. Oparty na podstawie bestsellerowej biografii Motley Crue, pokazuje niemal wszystko - wzloty i upadki zespołu, osobiste tragedie, kontrowersyjne zachowania, szalone narkotykowo-alkoholowe ekscesy i powstanie świetnej muzyki. Po prostu czysty, brudny i ostry, jak prawdziwy rock'n'roll lat 80-tych, bez ugrzecznienia i wybielania. Do tego świetnie obsadzeni aktorzy (MGK i Iwan Rheon potrafią skraść show, nawet jeśli pojawiają się tylko na chwilkę). Jedyny minus? Niedosyt! Nie wiadomo kiedy zlatuje nam ta pokręcona historia i chciałoby się więcej. To opowieść o sławie i cenie, jaką się płaci za życie pełne skandali, w bardzo dobrym wydaniu. Jeden z lepszych filmów, jakie w ostatnich miesiącach dodał Netflix. Zdecydowanie wart polecenia.

I zdecydowanie nie dla dzieci. 

3. Rocketman

elton-johns-biopic-rocketman-to-premiere

Jak już zahaczyłam o ,,Bohemian Rhapsody" to szkoda by nie wspomnieć o innej filmowej biografii muzyka, która pojawiła się kilka miesięcy później. Twórcy filmu już od samego początku oswajają nas z poetycką narracją, formalna brawurą i niezwykłym ukazaniem historii narodzin prawdziwej gwiazdy. Najlepiej podejść do niej na surowo, bez żadnych oczekiwań i liczenia na przyjemną i sztampową chronologię życia Eltona Johna, okraszoną jego kolorową muzyką i wizerunkiem. ,,Rocketman" to najbardziej uczciwy z ostatnich muzycznych obrazów filmowych, gdzie używki, rozpusta i orientacja seksualna nie są tylko upchane gdzieś z brzegu kadru, ale otwarcie dzierżą batutę i dyrygują całą orkiestrą. To na nich opiera się oś filmowej biografii Eltona - bardzo prostej i przewidywalnej opowiastki o wychodzeniu z nałogów, odkrywaniu własnej tożsamości i godzeniu się z przeszłością. Chociaż liczyłam na mniej brokatu i kalifornijskiego przepychu, a więcej realizmu, to biografię ogląda się całkiem przyjemnie. Z drugiej strony, to właśnie ten obiecywany blichtr i brak cenzury są największym magnesem przyciągającym do filmu. Pełno tu estetyki na granicy kiczu, wielobarwności i pawich piórek - wszystkiego co posiada sam główny bohater. No i Taron Egerton w tytułowej roli - prawdziwe chapeau bas! 

Ale jeśli liczyliście na więcej skandali, brudów i kontrowersji (jak szumnie obiecywał reżyser) to obejrzyjcie pozycję nr 2 z listy. Albo przejdźcie do kolejnych. 

4. Control

2000x1500_p1mtwe.jpg

Może niewielu z Was kojarzy zespół Joy Divison, ale gdyby ktoś obok puścił ,,Love Will Tear Us Apart" to zapaliłaby się niejedna lampka. Jak opisać ten film? Ponury i ekscentryczny, jak sam wokalista genialnej grupy. Ian Curtis to postać nietuzinkowa, która zmieniła oblicze muzyki rockowej i przeszła do historii (chociaż sam muzyk nie zdawał sobie z tego kompletnie sprawy). Niezwykle utalentowany i wrażliwy, zmagający się z epilepsją, miał w sobie charyzmę i marzył o sławie, ale nie radził sobie z własnymi emocjami. Był rozdarty pomiędzy dwoma kobietami: żoną i kochanką. W końcu nie wytrzymał presji i w młodym wieku popełnił samobójstwo, w przeddzień pierwszej trasy koncertowej Joy Division po USA. Reżyser filmu stara się odmitologizować postać lidera kapeli i pokazać człowieka uwikłanego w świat, niedoskonałego, który nie daje sobie rady i którego przerosła popularność. Czuł, że stracił kontrolę, stąd w tekstach utworu mówił o poszukiwaniu sensu, samotności i odrzuceniu. Film napawa smutkiem, skłania do refleksji i zostaje w pamięci na długo. Do tego jest zobrazowany pięknymi czarno-białymi zdjęciami oraz oryginalną muzyką, co idealnie oddaje charakter historii i nadaje swoistego smaczku. 

5. Władcy Chaosu

1388x2048_pmxa8k.jpg

W końcu ktoś odważył się nakręcić historię dość niszowego gatunku muzycznego jakim jest black metal. Twórcy filmu próbowali przedstawić, w jaki sposób w umysłach nastolatków z Norwegii narodziły się pomysły na jeden z najmroczniejszych nurtów muzycznych w historii. Produkcja opowiada o początkach dwóch najważniejszych kapel tamtego okresu - Mayhem oraz Burzum, narodzinach subkultury, ale także o norweskiej młodzieży i zasłanianiu się sztuką, by przekraczać kolejne granice. Wbrew pozorom to nie jest film dla ,,prawdziwych" black metalowców, raczej dla ciekawskich, by zrozumieć skąd wzięły się pewne ideologie i działania (ktoś jeszcze nie słyszał o płonących kościołach w Skandynawii?), wczuć się w mroczny, brutalny i czasem wręcz groteskowy klimat. To wejście do grona przeintelektualizowanych introwertyków, którzy inaczej postrzegają świat, są zbuntowani, ale też często niezrównoważeni. I do tego bardzo młodzi. To naprawdę mieszanka wybuchowa, momentami absurdalna, zakrawająca o śmieszność. Ale nie sposób opowiedzieć o muzyce i tworzących ją dzieciakach bez pewnej dozy humoru. Bywa wesoło, ale zdecydowanie nie jest to komedia. Warto do niej podejść z otwartym umysłem, wtedy mniej rażą pewne spłycenia czy przeinaczenia faktów. Dla niektórych może to być podróż sentymentalna, dla innych - mocne, trudne kino ukazujące kawał mało znanej historii muzyki. Przez ten twór przewijają się najróżniejsze nastroje -  miejscami straszne, ale też hipnotyzujące. Scena metalowa nie została pokazana w nim korzystnie, a na pewno nie ukazano, co sprawiło, że była fenomenem i inspiracją dla tysięcy ludzi na całym świecie. Po seansie pewne obrazy zostają w pamięci na dłużej, dlatego lepiej nie podchodzić do tej pozycji, gdy ma się gorszy dzień. 

Zaloguj się, żeby dodać komentarz.