Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar

Szaro i buro (ale nie ponuro!)

Zobacz oryginał

Lubię szarości.Chociaż przyznaję - kiedyś lubiłam je bardziej.


Im jestem starsza tym mniejszy mam do nich sentyment.

Ale jeszcze kilka lat temu szary był jednym z podstawowych kolorów w mojej garderobie.
W sensie, że oprócz czerni i musztardowości wszelkich to właśnie szarych rzeczy miałam najwięcej.
Po tej fazie fascynacji szarościami zostało mi w szafie kilka fajnych "szaraków".
Tak pośród ubrań, jak i dodatków :)

1.jpg

Z takich kupionych w "dawnych" czasach rzeczy złożony został ten zestaw.

"Gwizdany" - tak mój ojciec mówi na obiad, który przyrządza się ze wszystkiego co się znalazło w lodówce i co jeszcze jest w miarę jadalne.
I to też określenie kołatało mi się po głowie, gdy ciuchy te na siebie zakładałam pewnego sobotniego poranka.

7.jpg

Był to czas, gdy jesień sprawiała wrażenie jakby jesienią wcale być nie chciała i jej największym marzeniem było szybkie zamienienie się w przedzimie.

Zimno i wietrznie było wtedy.
Tak zimno, że ledwiem uszła kilka kroków z klatki schodowej na przystanek autobusowy/tramwajowy, to już cała się trzęsłam jak osika.

Zawsze kiedy na zewnątrz panuje taka paskudna aura cierpię na brak weny w kwestii ubioru.

Ale musiałam, no po prostu musiałam się jakoś w miarę sensownie ubrać - nie szłam bowiem po chleb, masło i jajka do pobliskiego dyskontu a do pracy.
A że w pracy mieli mnie i Moją Szefową odwiedzić jedni ze współpracujących z butikiem projektantów, to wstydu być nie mogło.

Wypowiedzenia nie dostałam - wnioskuję więc, że misja "nie ośmieszyć pracodawcy" zakończyła się sukcesem ;P

12.jpg
Ponieważ nie dzianiny (które główną rolę grają w tym zestawie) rzucają się na zdjęciach w oczy najbardziej a dodatki, to i od dodatków zacznę opisywanie "stylizacji" (tak, nadal mnie mierzi to słowo ;P okropnie ;P).

6.jpg

Chusta - chustę kupiłam pięć lat temu nie gdzie indziej, jak we wspomnianym tu już razy wiele zgierskim butiku Nashe.
Ona była docelowo kupiona z myślą o tego typu połączeniach - o noszeniu jej do luźnych swetrów/narzutek spinanych lub wiązanych paskiem.
Miała być duża, miała mieć frędzle i miała być szara.
Idąc do butiku nie spodziewałam się, że spodoba mi się ten model - Mar za kwiatkami nie przepada.
Ale po przymierzeniu jej okazało się, że te fioletowe i niebieskie akcenty pięknie grają z moimi włosami, moją karnacją i moimi oczami.
Nie namyślałam się długo nad jej zakupem ;)

16.jpg
Tego samego dnia w którym kupiłam chustę nabyłam też - także w Nashe ;) - pasek.
Dziś już szerokie paski w talii noszone nie kręcą mnie aż tak bardzo.
Owszem, sporadycznie je zakładam, ale wtedy nie wyobrażałam sobie wyjść bez jednego z nich z domu!
Fakt - te kilka lat temu trwała moda na "grube" paski.
W każdym - nawet najmniejszym - butiku można było dostać mnóstwo ich modeli.
Dziś znowu (tak jak przed tamtą manią) dorwanie fajnego, szerokachnego paska graniczy z cudem ;)
Cieszę się więc, że w razie gdyby to szaleństwo powróciło ja mam takich pasków pokaźną kolekcję ;)
Gdyby brakło mi gotówki mogę nawet otworzyć ich wypożyczalnię ;P

Nad kupnem tego paska zastanawiałam się znacznie dłużej, niż nad zakupem chusty.
No bo te ćwieki...
I sama szarość!

Szukałam czegoś gładkiego i czarnego.
Jedynym "okuciowym" elementem mojego wymarzonego wówczas paska miała być klamra.

O tyle, o ile za szarość na ubraniach dałabym się wtedy pokroić, to szarość na dodatku takim jak buty, pasek czy torba budziła we mnie (i budzi do dziś ;)) mieszane uczucia.

Bo - jak też już Wam o tym kilka razy wspominałam - ja z tej starej, nudnej i niemodnej szkoły, według której jak pasek w jakimś kolorze, to i buty/torebka także.
Wszelkie odstępstwa od tej zasady budzą we mnie sprzeciw - ale tylko jeśli tyczy to się mnie samej.
Na kimś innym wszelkie kombinacje kolorystyczne w połączeniu obuwie - torba - but są przeze mnie bardzo mile widziane.

Ponieważ w dniu zakupu nie miałam na stanie żadnej szarej torby ani nawet połowy szarego buta, to dość długo gryzłam się nad tym, czy ja na pewno wyjdę w tym pasku do ludzi.
W końcu - postanowiłam zaryzykować.

I dobrze zrobiłam, bo kilka dni później nabyłam bardzo fajną torbę ozdobioną łatami w odcieniach brązu, szarości, czerni i beżu.
Torbę nosiłam z upodobaniem przez bodajże rok - po tym czasie zniszczyła się dość potężnie (tak naprawdę to była jedna z dwóch toreb, jakie w ogóle mi się kiedykolwiek zniszczyły - zwykle torebki po prostu mi się nudzą lub przestają podobać i wtedy zostają oddane mamie), nad czym ubolewam wielce.
Była jedną z ciekawszych toreb, jakie kiedykolwiek miałam.

15.jpg
Ten właśnie pasek był w czasach posiadania jej dodatkiem, bez którego przy zabieraniu torby ze sobą nie ruszałam się z domu ;)

Tamtego sobotniego poranka gdy kompletowałam prezentowany Wam tu zestaw pasek wyturlał mi się z szafy wprost pod nogi.
To on (i chusta, o której zobaczywszy go przypomniałam sobie) był tym elementem całego looku, od którego wówczas dobieranie poszczególnych rzeczy się rozpoczęło ;)

13.jpg

Czarna, "kamizelkowa" narzutka - też ma już kilka lat.
Kupiłam ją tej samej jesieni, co pasek i chustę.

18.jpg

Lubiłam wtedy takie rzeczy, fajnie mi w nich było - bo miałam w tym okresie zupełnie inną fryzurę niż dziś.
Krótkie włosy ścięte na boba i półokrągłą grzywkę (Lechu mówi, że miałam wtedy na głowie kask - jak patrzę na swoje z tamtego czasu zdjęcia, to coś w tym jest ;P).
Jakoś mi takie rzeczy do mnie z taką fryzurą pasowały ;)

17.jpg

Tę narzutkę upolowałam w H&M'ie.
Pamiętam, że byłam w niej bez pamięci zakochana - ale i... żal mi było ją nosić ;P

Narzutka ma bowiem całkiem dużą domieszkę akrylu, który lubi się dość szybko mechacić i mało ładnie wyglądać.
Oszczędzałam ją więc.
Tak oszczędzałam, że założyłam ją raptem parę razy.

Znalazłam ją w szafie w ubiegłym roku, ale nie widziała mi się wtedy jakoś.
Byłam niemal pewna, że takie ciuchy już nie dla mnie - że bez grzywki, to ja w takich cudach straszę.
No cóż - nie miałam wtedy jeszcze melonika ;)

Tegoroczną jesienią przekonałam się, że po dodaniu melonika wyglądam w niej bardzo, bardzo fajnie ;)

3.jpg

Szary sweter z bufkami to rzecz, którą (też kilka lat temu) moi rodzice przywieźli mi znad morza.
Było to w czasie, gdy na bufiaste ramiona była moda prawie tak wielka, jak rok czy dwa wcześniej na te wspomniane gdzieś tam u góry posta szerokie paski.
Wszystkie baby w bufkach latały.

8.jpg

Ja - nie.
Owszem - miałam jeden "bufiasty" sweterek.
Dostałam go od mamy mojego ówczesnego narzeczonego - był z Camaieu (sweterek, narzeczony był z Ozorkowa i studiował w Krakowie ;P), był wykonany z bardzo dobrej jakościowo bawełnianej mieszanki i mógł się prezentować całkiem stylowo... ale na kimś innym.
Ja w bufkach wyglądam źle.
Poszerzają mi ramiona, a że ramiona mam już i tak z natury dość szerokie (a w dodatku mam wąskie biodra - koszmar absolutny przy bufek w ramionach dodaniu)... no to nie. Nie i nie.

Moi rodzice jednak o moim do bufek stosunku nie wiedzieli.
A że oni mają prawdziwego fioła na punkcie obkupiania się w porozstawianych w nadmorskich kurortach stoiskach z odzieżą (tą bardziej i tą mniej markową) i że chcieli uchodzić - najpewniej - za kochających rodzicieli, to obdarowali mnie tym właśnie sweterkiem.

Za prezent - oczywiście - podziękowałam.
A potem wrzuciłam go do szafy.
Nigdy go nie założyłam.

Do dnia, w którym ten zestaw skompletować musiałam ;)

9.jpg

Sweterek wpadł mi w ręce przypadkiem, pomyliłam go z innym.
Zorientowałam się, że nie jest tym o który mi chodziło dopiero gdy go na siebie wdziałam.

Ale wtedy doszłam do wniosku, że nie wyglądam w tych bufkach aż tak koszmarnie.
Może dlatego, że proporcje ciała równoważy mi ta czarna, kloszująca się nieco u dołu narzutka.
Zbluzowałam rękawy i pomyślałam, że nie jest źle - można tak wyjść do ludzi chyba.

Po obejrzeniu zdjęć utwierdzam się w przekonaniu, że to nie była zła decyzja ;)

Bufki mogę czasem ponosić.
Byle w dobrym towarzystwie ;)

19.jpg
Tregginsy, torbę i rękawiczki już znacie - pomijam je zatem ;)

Nie znacie natomiast botków.
Botki to nowość w mojej szafie, jeszcze większa nowość niż sztyblety z posta z Behemotem ;)

Kupiłam je w czasie robienia zakupów w Carrefourze.
Trwała tam jakaś promocja na obuwie.
Kosztowały niewiele, a że miały szeroką cholewkę (uwielbiam szerokie cholewki, tylko w nich tak naprawdę moje łydki nie straszą), to się zbyt długo nad sensem wrzucenia ich do wózka nie zastanawiałam.
Nie powalają jakością, ale mają solidną podeszwę i są ocieplane - na jesienne bieganie po mieście nadają się znakomicie.

5.jpg

A - no i kurtka ;)

W poprzednim poście (tak, znowu mi chodzi o ten post z Behemotem) obiecałam Wam o niej wspomnieć - kurtka też jest stara.
Zakupiona w początkach mody na płaszcze i wszystkie płaszczopodobne okrycia wierzchnie.

(To się zaczęło kilka lat temu.
Dopóki ta moda nie nadeszła, to płaszcze nosiły tylko starsze panie i kobiety biznesu ;)
Wszystko co młode wskakiwało w kurtki, kurteczki i kurtałki.
Aż przyszedł ten trend i każdy, faceci też, chciał mieć płaszcz - a najlepiej od razu dwurzędowy płaszcz!
Jak ktoś kupował kurtkę na jesień, to koniecznie też flauszową/wełnianą i na płaszcz stylizowaną.

Ja też chciałam - a co, Mar gorsza ;P?)

4.jpg

Kurtka jest już powycierana, spłowiała (nic dziwnego, skoro z lenistwa uprałam ją ostatnio w pralce zamiast oddać do pralni chemicznej ;P) i nieco skurczona, ale i tak ją kocham.
Jesienią i wiosną to jest najczęściej noszony przeze mnie zewnętrzniak ;)

14.jpg

Kurtka - H&M
Narzutka - H&M
Sweter z bufkami - no name
Tregginsy - H&M
Chusta - butik Nashe: Zgierz, ul. Parzęczewska
Pasek - butik Nashe: Zgierz, ul. Parzęczewska
Melonik - H&M
Rękawiczki - butik Nashe: Zgierz, ul. Parzęczewska
Botki - no name
Torba - Fason (Allegro)

10.jpg

Podobam się sobie taka :)
Chociaż niebo na zdjęciach szare i bure, to ja - pomimo tego, że też "szara" jestem - wyglądam jakoś tak radośnie :)
Szaro - owszem. Buro - też.
Ale nie ponuro ;)

A Wam jak się to widzi?

11.jpg

Tak ubrana polazłam na FashionWeek'a, co to się niedawno w mojej Łodzi odbywał.


Nie miałam pójścia tam w planach - nigdy mnie w takie miejsca zbytnio nie ciągnęło.
Ale że Szefowa mnie wejściówką do Showroom'u obdarowała, no to myślę sobie - a co mi tam, a pójdę.

Pokazy nie są dla mnie - na diabła mam oglądać modelki odziane w ciuchy na które mnie nie stać, a gdyby mnie nawet stać na nie było, to wolałabym sobie, jak Aschaa, na Bali polecieć (no dobra, może nie na Bali i nie polecieć, bo ani upałów ani latania samolotem nie lubię, ale na przykład to takiego Paryża czy innej Prowansji wyjechać na więcej dni niż dwa?)?

Sama bytność na pokazie, sama atmosfera towarzysząca "wielkiej" modzie, Ci znani ludzie dokoła, te wszystkie "topowe" blogerki, możliwość uśmiechnięcia się do nich i pocałowania ich w czubek szpilki... to wszystko mnie nigdy nie kręciło i kręcić zapewne nie będzie.
Taka już jestem - trudno.
Nie zamierzam tego zmieniać.
Może gdybym była blogerką modową a nie szafiarką, to czułabym jakąś presję cisnącą mnie i zmuszającą do zmiany mojego podejścia.
Ale że nie jestem - no to presji nie czuję ;)

Zdjęcia robiliśmy w bliskim sąsiedztwie hali Expo, w której to całe feszynłikowe wydarzenie się odbywało.
W Parku Poniatowskiego ;)

Zaraz po zdjęciach Lechu mnie podwiózł do tego siedliska modowej rozpusty.
I zostawił.
Sam iść ze mną nie chciał - twierdził, że kontakt z blogosferą wystarcza mu za całość kontaktów z modą jako taką ;P

Stanęłam sobie więc pod halą, rozejrzałam się: bilboardy są, ludzi dużo, myślę sobie więc - no dobra, to na pewno tu, nic mi się nie pomyliło.
Poczynam więc wydobywanie z czeluści torby mojego hipsterskiego etui po szczoteczce do zębów, ażeby nikotyną się poinhalować trochę (bo w tym etui mojego e - papierosa noszę ;))... a tu idą!

Idą blogerzy!
Kroczy dziewczyna odziana w kostium kąpielowy (jednoczęściowy, spokojnie) z podobizną Marilyn Monroe.
Pod kostiumem ma białe rajty - grubości 5 DEN.
Obowiązkowo - podarte.
Na to wszystko wdziane dżinsowe, także podarte szorty.
Na stopach - plastikowe kalosze.
Przezroczyste.

Na nosie - okulary w drewnianych oprawkach.
I czapę z lisa na głowie.
Przez ramię przerzucone futro. Pewnie karakuły.

Na licu - dwie plamy czerwone, niby wzory na ścianie farbą akrylową malowane.

Towarzyszy jej chłopak - w muszce z gazety zrobionej!
W kapeluszu - takim letnim, co to na plażę go się założyć da spokojnie.
Na nogach ma trampki - skarpet brak (temperatura wynosiła jakieś pięć stopni Celsjusza).
A pod pachą damską kopertówkę z ćwiekami.
Kurtki, płaszcza, pelisy - nie odnotowałam.

Po czym poznałam, że blogerzy?
Bo za nimi truchtał kroczkiem żwawym facet z aparatem i foty pstrykał pospiesznie.

Facet był jedynym z tego orszaku adekwatnie do pogody ubranym, bo miał oprócz czegoś na głowie także szal na szyi, kurtkę normalną na grzbiecie i porządne, nie na plażę przeznaczone buty.

Pomyślałam sobie: "Jeny, Mar... teraz tak się chyba ubierać trzeba... po co Ty tam leziesz... wstydu sobie tylko narobisz..."
No ale słowo się rzekło - decyzja powzięta, nie wypada się cofnąć.

Sama strefa Showroom - sympatyczna.
Dużo fajnych ubrań, tylko z jakością i cenami tychże trochę gorzej.
Jedna z wystawiających się projektantek myślała chyba, że nikt się nie zorientuje że wystawione przez nią ciuchy są w cenach o 30% wyższych niż normalnie ;)

Może nikt, kto ją zna "normalnie" nie miał się tam pojawić.
Ja znałam, haczyk dostrzegłam.
Uśmiechnęłam się pod nosem ;)

Inna - sympatyczna kobitka, usiadła sobie przy swoich torebkach i sukienkach i uśmiechała się.
Podchodzę do stoiska, znajduję kopertówkę.
Zielona, cholera.

Pytam zatem - "A w czerni jest?".
Ona: "Nie ma..."
Ja: "A mogłaby być?"
Ona: <myśli> "Nie wiem..."
Ja: "A ma Pani sklep internetowy?"
Ona: <uśmiecha się pięknie> " Nie :D"
Ja: -.-'
Ona: "Ale mam fejsbuka! Znaczy się... dopiero się tworzy :D"
Ja: "A ma Pani wizytówkę?"
Ona: <uśmiecha się jeszcze piękniej> "Nie :D Skończyły się!"
Ja: <tracąc nadzieję> "A może sklep stacjonarny chociaż gdzieś Pani ma?"
Ona: "Tak :D"
Ja: "Gdzie?"
Ona: "W Pcimiu Dolnym :D"

(nie miała go w Pcimiu, miała go w innej równie małej miejscowości, ale nie chcę podawać tu nazwy, żeby Pani nie urazić ;)
chociaż sądzę, że powinna się poczuć urażoną - i w miejscu gdzie istnieje możliwość zdobycia potencjalnych klientów następnym razem nieco bardziej być na promocję swoich produktów gotową ;P)

No nic, spaceruję sobie, oglądam precjoza, nagle patrzę - kolega!
Znajomy bloger!
Macham, podchodzę.
Cześć, cześć, co tam, no tak, tak, fantastycznie, tak, też się napawam bliskością mody świata, no to buzi, dozo.
Już mam odchodzić (bo tyle kontaktu z drugim człowiekiem wystarcza mi absolutnie do szczęścia pełni), a za plecami słyszę szept teatralny, z ust towarzyszącego koledze memu kumpla:

"A co to za plebs był?"

Melonik mi się nieco z irytacji na policzek lewy zsunął, żyłka mi zadrgała na czole, soczyste słowo nazywające najstarszy zawód świata na usta się samo cisnęło - ale po chwili uśmiechnęłam się do siebie.

No bo w sumie to ja jestem urodzona, wychowana i zameldowana w mieście małym.
Acz dużej - stosunkowo - Łodzi bliskim.
Żadna tam ze mnie miasta wielkiego (co tu o świecie całym mówić!) rdzenna obywatelka.

Wiele się z prawdą nie minął ;)

W tym samym też momencie przed oczami znowu mignęła mi ujrzana przed wejściem na event para - dziewczyna w kostiumie i chłopak w gazetowej muszce.
Próbowali się dostać na ustawioną obok "ściankę" - ale do ścianki kolejka była, oj, kolejka.
Dziewczyna wyglądała, jakby się bardzo niecierpliwiła i musiała z jakiegoś powodu dostać się na tę ściankę w tym właśnie momencie.
Bo ściankę ktoś zaraz przyjdzie i zdemontuje.
Chłopak też na ściankę łypał, ale nie miał fizycznej możliwości być nią aż tak jak jego towarzyszka zaaferowany, bo właśnie starał się (bardzo się starał!) unieść cztery kieliszki wypełnione szampanem - biorąc pod uwagę, że ręce miał tylko dwie, to trochę kłopotów mu to sprawiało.

Ciepło Ubrany Pan Fotograf też tam był - z racji braku innego zajęcia polerował obiektyw swojego aparatu rąbkiem szalika i czasem tylko tęsknie spozierał na niesionego przez chłopaka szampana.

Pomyślałam sobie, że dobrze być plebsem - nie trzeba musieć w kostiumie przy temperaturach syberyjskich niemal łazić, bić się o zdjęcia na ścianek tle i szampanami żonglować.
Można po prostu przyjść, poobserwować, a potem poprawić melonik, zamotać chustkę pod szyją tak, żeby przed chłodem jak najlepiej izolowała i wyjść - do kogo się chce, do czego się chce, tą drogą, którą się obrało wcześniej już.

Ściskam Was bardzo, uśmiecham się do Was i dziękuję Wam za moc miłych słów, jakie mi pod poprzednim, urodzinowym postem zostawiliście.
Jeszcze raz powtarzam - chciałabym, żebyście byli i były ze mną (taką plebejską :>) jak najdłużej :)

Pozdrawiam Was serdecznie,

Wasza Mar!

2.jpg

P.S. Nie, nie mam nic przeciw temu, że ktoś chce ubrać się w kostium kąpielowy nawet przy niewyobrażalnym ziąbie za oknem panującym - ja tylko nie wierzę, że komuś może nie być w tym zimno ;)
Nie mam też nic przeciwko temu, że ktoś chce uczestniczyć w takich eventach "pełną gębą" i pozowanie "na ściankach" sprawia mu radość - wszystko jest dla ludzi.

Ja tego po prostu - po marowemu - nie rozumiem ;)
I wywołuje to we mnie coś w guście tego, co Witkacy nazwał odczuciem dziwności istnienia ;)

Co nie znaczy, że może i mnie się kiedyś tego nie zachce - tylko krowy nie zmieniają poglądów.

O!

Zaloguj się, żeby dodać komentarz.