Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Tak, tegoroczny listopad jest dla nas łaskawy - choć dziś bardziej pasuje tu czas przeszły, bo patrząc przez okno wnioskuję, że jego łaskawość przeminęła.
Sweet November
Zobacz oryginał ndz., 08/11/2015 - 12:07Nie pamiętam takiego ładnego listopada, jak ten. Albo inaczej - pamiętam, że bywały takie lata, w których tylko pierwszy jego dzień był ciepły i słoneczny. I zawsze śmiałam się, że to słońce i ciepło, to taki prezent od zmarłych bliskich, zachęta do tego, by ich odwiedzić - jak tylko znicze na cmentarzach gasły, to nadciągały szarugi.
Tak, tegoroczny listopad jest dla nas łaskawy - choć dziś bardziej pasuje tu czas przeszły, bo patrząc przez okno wnioskuję, że jego łaskawość przeminęła.
Ale jakiekolwiek narzekania są teraz już mocno nie na miejscu - trzeba się cieszyć, że piękno jesieni było z nami aż tak długo.
Przecież wszyscy myśleliśmy, że poszła sobie precz już w połowie października.
Za to, że jednak postanowiła do nas wrócić i tak należą jej się gorące podziękowania ;)
Nikt chyba nie cieszy się tak z każdego słonecznego dnia, jak blogerka ciuchowa.
Szafiarska, czy modowa - bez różnicy.
(No dobra - jeszcze fotografowie się cieszą, zwłaszcza ci, którzy od fotografii studyjnej wolą plenerową ;>)
Bo choć każdy (chyba) człowiek po prostu lepiej się czuje, gdy za oknem widzi słońce i słyszy ćwierkające ptaszki (a nie ulewę i jej odgłosy), to właśnie blogerki dola i niedola zależna jest najbardziej od aury, jaką zastaje na zewnątrz swego domostwa.
Brak słońca oznacza więcej roboty ze zdjęciami, mniej fajne kadry i nierzadko konieczność robienia "sesji" w jakichś wnętrzach - a choć wiele wnętrz jest pięknych, to jakoś tak utarło się, że zdjęcia w plenerze są o wiele bardziej na miejscu na blogach, niż te w pomieszczeniach ;P
Wiedząc, że taka słoneczna aura nie będzie trwała wiecznie (bo jednak listopad to listopad - nie lipiec) postanowiliśmy wraz z Lechem wykorzystać te piękne, dopiero teraz (a nie jak zawsze we wrześniu i w październiku) jesienią kipiące aż plenery.
Fotografowanie Parku Julianowskiego nieco nam już zbrzydło - na nasze ostatnie zdjęcia wybraliśmy się więc do lasu.
Nie ma w tym niczego niezwykłego, powiecie - wszak w lesie jesieni jest najwięcej.
O, Moi Drodzy - ale ja się boję muchomorów!
Już Wam o tym kilka razy pisałam: jesienią nie zbliżam się do lasów.
Jak tylko gdzieś zobaczę muchomora, to koniec.
Mroczki przed oczami, ściśnięte gardło i padam sztywna.
Opcjonalnie drę się, jakby mnie ktoś obdzierał ze skóry - i uciekam przed siebie.
Co prawda Lechu zapewniał mnie, że w tym roku muchomora się w lesie nie uświadczy, ale ja i tak swoje wiem - wroga spotkasz zawsze wtedy, gdy się go nie spodziewasz.
Dlatego też uważam ten swój w lesie pobyt za wyczyn na miarę wejścia na któryś himalajski szczyt - pomimo potencjalnego zagrożenia odważyłam się na tę niebezpieczną wyprawę ;P
A że zanim weszłam w jakąś leśną alejkę, to Lechowi kazałam zbadać, czy czasem jakiś muchomor nie czai się na mnie pośród liści, to już inna sprawa ;)
(Nie, żadnego nie było - teren był czysty ;P)
Gwiazdą dzisiejszego posta jest piękna, kraciasta chusta - prezent od firmy Lokaah.
Razem z nią do mojej szafy trafiła jeszcze inna - z czerwonymi, beżowymi i zielonymi akcentami.
I szal - równie kraciasty.
W dodatku dwustronny! Z inną kratą z każdej strony!
We wszystkich trzech egzemplarzach zakochałam się bez pamięci i od pierwszego wejrzenia, wszystkie trzy zapragnęłam też od razu nosić - najlepiej jednocześnie ;P
Trudną więc była dla mnie decyzja odnośnie tego, który z nich pokazać Wam w pierwszej kolejności.
Ale że czerwone akcenty na kraciastej chuście były ostatnio (choć tamta nie jest moja, a jedynie pożyczoną mi została), a szal w końcu wydał mi się bardziej odpowiedni do jakiegoś zimowego zestawu, to ostatecznie wybrałam właśnie tę rudą (ale nie tylko, bo różne barwy ta chusta ma na sobie) piękność.
Kraciaste chusty to jeden z najgorętszych trendów sezonu - moja sympatia do kraty narodziła się jednak już jakiś czas temu, w okolicach stycznia, kiedy to sprawiłam sobie pierwszy taki otulacz.
Pamiętacie? O tej piszę.
I w sumie trochę dziwię się, że dopiero teraz każdy magazyn modowy rozpisuje się o kracie jako hicie - wszak od dawien dawna takie szale były modne.
A do sieciówek i butików rozlicznych (więc także na ulice i na blogi) trafiły na dobre już ubiegłej zimy, także nie do końca zgadzam się ze stwierdzeniem, że to taki ostatni krzyk mody ;)
Lepiej - moim zdaniem - pasuje tu stwierdzenie, że jest to krzyk mody, którego echo niesie się już jakiś czas po jego wybrzmieniu.
I nadal jest tak samo głośne.
Długo nie zastanawiałam się nad tym, co dobrać do tej chusty - gdy tylko ją zobaczyłam, to z miejsca pewną byłam, że najfajniej będzie prezentować się z tym właśnie ponczem (które bardziej niż ponczo przypomina pelerynę właściwie).
Ponczo ma już swoje lata - nawet gościło kiedyś na blogu.
W czasach, gdy dopiero raczkował.
Jednak z tamtych zdjęć zadowoloną nie jestem, więc nie - nie będę Wam zostawiać linków do nich ;)
Kto będzie chciał, ten je sobie znajdzie.
Pamiętam, jak pisząc tamtego posta lękałam się, czy po jeszcze paru latach noszenia go nic się z nim nie stanie, bo składu nie ma najlepszego.
Ale (jak widać na zdjęciach) nic mu się nie przydarzyło, nawet w jednym miejscu się nie zmechaciło.
Uwielbiam je!
Po pierwsze za ten niebanalny krój.
Po drugie - bo świetnie wygląda noszone tak do dżinsów, jak i do sukienki.
Po trzecie wreszcie za to, że dobrze prezentuje się z każdym rodzajem obuwia.
Wybierając się na zdjęcia postawiłam na oficerki, bo do sukienki średnio widziały mi się jakieś inne buty (prawdę mówiąc, to nie umiem dobierać butów do sukienek - jak muszę założyć kieckę, to zawsze wyjmuję z szafy szpilki, w nich przecież nie da się wtedy wyglądać źle, nawet jak się człowiek postara ;P).
Ale na co dzień (i wtedy, gdy pod nie zakładam jakiś sweter) dobieram do tego poncza także sztyblety i półbuty.
Swoją drogą - kiedy wracając ze zdjęć jechałam przez miasto tramwajem, to ludzie patrzyli się na mnie co najmniej tak, jakbym z kosmosu przyleciała.
Jak to tak?
Tak ciepło, a ta w kozakach?
Ciekawe, jakie mieli miny wieczorem, po zmroku, kiedy temperatury spadły do tych niewiele powyżej zera :>
Bo choć te minione dni bardzo ciepłymi były, to po zachodzie słońca zimno już było tak, że nie szło pomylić listopada z wrześniem ;)
Oprócz chusty nowością, która pojawiła się w mojej szafie dopiero tą jesienią, są te rękawiczki.
Upolowane w SinSay'u, w czasie weekendu zniżek z Elle.
Pamiętam, że napaliłam się na te zniżki, jak szczerbaty na suchary - a jak dojechałam do galerii, to nic mi się nie podobało.
Pomyślałam jednak, że skoro już się tak na te zakupy nastawiłam, to nie ma zmiłuj - kupię choć jedną rzecz.
Ze zniżką oczywiście ;P
Tanią jakąś, ale żeby mi mojej fatygi szkoda nie było.
Dobrze, że je wzięłam - moje dotychczas noszone skórzane i skóropodobne rękawiczki nieco się już zużyły, a te, które mam w jako tako dobrym stanie są wewnątrz ocieplane futerkiem.
Ładnych rękawiczek bez mocnego ocieplenia bardzo mi brakowało - no to już je mam ;)
Kapelusz - H&M
Chusta - Lokaah
Płaszcz - Mint & Berry (Zalando)
Ponczo - no name (second-hand)
Sukienka - H&M
Rękawiczki - SinSay
Torba - Stradivarius
Oficerki - Lasocki (dla CCC)
A! Zapomniałam napisać Wam o płaszczu!
Pewnie zaskoczeni jesteście, że jak Mar, to nie ma czarnego okrycia wierzchniego - a przecież zwykle właśnie czarne płaszcze i kurtki noszę.
Ale mam, mam rudy płaszcz - kiedyś kupiła go na Zalando moja mama, ale że nie podobała się w nim sobie, to ja go zabrałam.
Czemu ma w szafie wisieć ;)
Płaszcz jest diabelnie elegancki i równie fajnie jak z kapeluszem wygląda bez niego - żeby Wam to udowodnić zrobiliśmy też kilka zdjęć bez mojej fedory.
Najbardziej zadowolona jestem z tych trzech niżej ;)
Właśnie - myślicie, że to taka prosta sprawa zrobić ładne zdjęcia Mar rzucającej liście?
A guzik! Liście lecą, ostrość się gubi, Mar się stacza ze zbocza pagórka... hardkor, hardkor normalnie!
Ale wyszły ;)
Uciekam - korzystać z ostatnich wolnych, niedzielnych chwil.
Od jutra znowu praca :(
Pozdrawiam Was i ściskam,
Wasza Mar!
Wiedząc, że taka słoneczna aura nie będzie trwała wiecznie (bo jednak listopad to listopad - nie lipiec) postanowiliśmy wraz z Lechem wykorzystać te piękne, dopiero teraz (a nie jak zawsze we wrześniu i w październiku) jesienią kipiące aż plenery.
Fotografowanie Parku Julianowskiego nieco nam już zbrzydło - na nasze ostatnie zdjęcia wybraliśmy się więc do lasu.
Nie ma w tym niczego niezwykłego, powiecie - wszak w lesie jesieni jest najwięcej.
O, Moi Drodzy - ale ja się boję muchomorów!
Już Wam o tym kilka razy pisałam: jesienią nie zbliżam się do lasów.
Jak tylko gdzieś zobaczę muchomora, to koniec.
Mroczki przed oczami, ściśnięte gardło i padam sztywna.
Opcjonalnie drę się, jakby mnie ktoś obdzierał ze skóry - i uciekam przed siebie.
Co prawda Lechu zapewniał mnie, że w tym roku muchomora się w lesie nie uświadczy, ale ja i tak swoje wiem - wroga spotkasz zawsze wtedy, gdy się go nie spodziewasz.
Dlatego też uważam ten swój w lesie pobyt za wyczyn na miarę wejścia na któryś himalajski szczyt - pomimo potencjalnego zagrożenia odważyłam się na tę niebezpieczną wyprawę ;P
A że zanim weszłam w jakąś leśną alejkę, to Lechowi kazałam zbadać, czy czasem jakiś muchomor nie czai się na mnie pośród liści, to już inna sprawa ;)
(Nie, żadnego nie było - teren był czysty ;P)
Gwiazdą dzisiejszego posta jest piękna, kraciasta chusta - prezent od firmy Lokaah.
Razem z nią do mojej szafy trafiła jeszcze inna - z czerwonymi, beżowymi i zielonymi akcentami.
I szal - równie kraciasty.
W dodatku dwustronny! Z inną kratą z każdej strony!
We wszystkich trzech egzemplarzach zakochałam się bez pamięci i od pierwszego wejrzenia, wszystkie trzy zapragnęłam też od razu nosić - najlepiej jednocześnie ;P
Trudną więc była dla mnie decyzja odnośnie tego, który z nich pokazać Wam w pierwszej kolejności.
Ale że czerwone akcenty na kraciastej chuście były ostatnio (choć tamta nie jest moja, a jedynie pożyczoną mi została), a szal w końcu wydał mi się bardziej odpowiedni do jakiegoś zimowego zestawu, to ostatecznie wybrałam właśnie tę rudą (ale nie tylko, bo różne barwy ta chusta ma na sobie) piękność.
Kraciaste chusty to jeden z najgorętszych trendów sezonu - moja sympatia do kraty narodziła się jednak już jakiś czas temu, w okolicach stycznia, kiedy to sprawiłam sobie pierwszy taki otulacz.
Pamiętacie? O tej piszę.
I w sumie trochę dziwię się, że dopiero teraz każdy magazyn modowy rozpisuje się o kracie jako hicie - wszak od dawien dawna takie szale były modne.
A do sieciówek i butików rozlicznych (więc także na ulice i na blogi) trafiły na dobre już ubiegłej zimy, także nie do końca zgadzam się ze stwierdzeniem, że to taki ostatni krzyk mody ;)
Lepiej - moim zdaniem - pasuje tu stwierdzenie, że jest to krzyk mody, którego echo niesie się już jakiś czas po jego wybrzmieniu.
I nadal jest tak samo głośne.
Długo nie zastanawiałam się nad tym, co dobrać do tej chusty - gdy tylko ją zobaczyłam, to z miejsca pewną byłam, że najfajniej będzie prezentować się z tym właśnie ponczem (które bardziej niż ponczo przypomina pelerynę właściwie).
Ponczo ma już swoje lata - nawet gościło kiedyś na blogu.
W czasach, gdy dopiero raczkował.
Jednak z tamtych zdjęć zadowoloną nie jestem, więc nie - nie będę Wam zostawiać linków do nich ;)
Kto będzie chciał, ten je sobie znajdzie.
Pamiętam, jak pisząc tamtego posta lękałam się, czy po jeszcze paru latach noszenia go nic się z nim nie stanie, bo składu nie ma najlepszego.
Ale (jak widać na zdjęciach) nic mu się nie przydarzyło, nawet w jednym miejscu się nie zmechaciło.
Uwielbiam je!
Po pierwsze za ten niebanalny krój.
Po drugie - bo świetnie wygląda noszone tak do dżinsów, jak i do sukienki.
Po trzecie wreszcie za to, że dobrze prezentuje się z każdym rodzajem obuwia.
Wybierając się na zdjęcia postawiłam na oficerki, bo do sukienki średnio widziały mi się jakieś inne buty (prawdę mówiąc, to nie umiem dobierać butów do sukienek - jak muszę założyć kieckę, to zawsze wyjmuję z szafy szpilki, w nich przecież nie da się wtedy wyglądać źle, nawet jak się człowiek postara ;P).
Ale na co dzień (i wtedy, gdy pod nie zakładam jakiś sweter) dobieram do tego poncza także sztyblety i półbuty.
Swoją drogą - kiedy wracając ze zdjęć jechałam przez miasto tramwajem, to ludzie patrzyli się na mnie co najmniej tak, jakbym z kosmosu przyleciała.
Jak to tak?
Tak ciepło, a ta w kozakach?
Ciekawe, jakie mieli miny wieczorem, po zmroku, kiedy temperatury spadły do tych niewiele powyżej zera :>
Bo choć te minione dni bardzo ciepłymi były, to po zachodzie słońca zimno już było tak, że nie szło pomylić listopada z wrześniem ;)
Oprócz chusty nowością, która pojawiła się w mojej szafie dopiero tą jesienią, są te rękawiczki.
Upolowane w SinSay'u, w czasie weekendu zniżek z Elle.
Pamiętam, że napaliłam się na te zniżki, jak szczerbaty na suchary - a jak dojechałam do galerii, to nic mi się nie podobało.
Pomyślałam jednak, że skoro już się tak na te zakupy nastawiłam, to nie ma zmiłuj - kupię choć jedną rzecz.
Ze zniżką oczywiście ;P
Tanią jakąś, ale żeby mi mojej fatygi szkoda nie było.
Dobrze, że je wzięłam - moje dotychczas noszone skórzane i skóropodobne rękawiczki nieco się już zużyły, a te, które mam w jako tako dobrym stanie są wewnątrz ocieplane futerkiem.
Ładnych rękawiczek bez mocnego ocieplenia bardzo mi brakowało - no to już je mam ;)
Kapelusz - H&M
Chusta - Lokaah
Płaszcz - Mint & Berry (Zalando)
Ponczo - no name (second-hand)
Sukienka - H&M
Rękawiczki - SinSay
Torba - Stradivarius
Oficerki - Lasocki (dla CCC)
A! Zapomniałam napisać Wam o płaszczu!
Pewnie zaskoczeni jesteście, że jak Mar, to nie ma czarnego okrycia wierzchniego - a przecież zwykle właśnie czarne płaszcze i kurtki noszę.
Ale mam, mam rudy płaszcz - kiedyś kupiła go na Zalando moja mama, ale że nie podobała się w nim sobie, to ja go zabrałam.
Czemu ma w szafie wisieć ;)
Płaszcz jest diabelnie elegancki i równie fajnie jak z kapeluszem wygląda bez niego - żeby Wam to udowodnić zrobiliśmy też kilka zdjęć bez mojej fedory.
Najbardziej zadowolona jestem z tych trzech niżej ;)
Właśnie - myślicie, że to taka prosta sprawa zrobić ładne zdjęcia Mar rzucającej liście?
A guzik! Liście lecą, ostrość się gubi, Mar się stacza ze zbocza pagórka... hardkor, hardkor normalnie!
Ale wyszły ;)
Uciekam - korzystać z ostatnich wolnych, niedzielnych chwil.
Od jutra znowu praca :(
Pozdrawiam Was i ściskam,
Wasza Mar!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.
























