Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Na Mazurach byłam do tego roku raptem dwa razy w życiu. I to tak dawno temu, że Diabeł był wówczas małym dzieckiem. Wspominałam je jako dziurę zabitą dechami: las, grzyby, komary, kleszcze i jakaś woda, która nie wyglądała mi wtedy wcale ciekawiej od stawów w łódzkich parkach.
Sukienka maksi - must have na lato (albo o tym, jak Mar zakochała się w Giżycku)
Zobacz oryginał ndz., 25/06/2017 - 09:20Po krótkiej przerwie - powracam.
Sporo się u mnie działo, sporo dziać się jeszcze będzie.
Im bliżej do ślubu, tym więcej rzeczy mnie wkurza, ale - paradoksalnie - na jeszcze więcej mam wywalone.
Średni ze mnie materiał na blogerkę - jakoś ciągle nie widzę powodu, żeby opisywać wszystkie te bzdury, którymi muszę się zajmować i o jakich przyszło mi teraz myśleć.
Całe jednak szczęście, że w nawale obowiązków udało mi się wyrwać na kilka dni hen, daleko od Łodzi - na Mazury.
Dzięki temu przynoszę Wam dziś jedne z ładniejszych zdjęć, jakie kiedykolwiek dane nam było popełnić :)
No cóż - choć z biegiem lat podszkoliłam się nieco z geografii Polski i dowiedziałam, że Pojezierze Mazurskie wraz z wchodzącymi w jego skład jednostkami fizycznogeograficznymi to region bardzo zróżnicowany, to jednak jakoś niezbyt spieszno było mi do tego, by o tym jego zróżnicowaniu przekonać się w praktyce.
Na szczęście - jak to u mnie - los zdecydował, że wreszcie tam dotarłam. I z miejsca w Mazurach się zakochałam!
Pewnie zapytacie o to, jakim to cudem dałam się złamać i zamiast wykorzystać długi, czerwcowy weekend na to, by odwiedzić mój ukochany Bałtyk (spokojnie, jedziemy nad morze w podróż poślubną ;P) dałam się powieźć do Giżycka.
A, to jest dopiero ciekawa historia!
A, to jest dopiero ciekawa historia!
Ten kto zagląda na mojego bloga regularnie wie, że wraz z początkiem roku zmieniałam pracę.
No cóż, zmiana nie udała mi się aż tak dobrze, jak udać się miała (pewne problemy przed którymi spodziewałam się uciec dosięgły mnie i tu - taka chyba uroda polskich biznesów: prędzej czy później zawsze okazuje się, że za którymś rogiem kryje się wąsaty Janusz), ale jednymi z największych plusów tej zmiany (oprócz - oczywiście - większej sumy pieniędzy na koncie) są fantastyczne dziewczyny, jakie dane było mi w niej poznać.
Tak się złożyło, że jedna z nich - przekochana Natalia - pochodzi właśnie z Giżycka. Wielokrotnie tłumaczyła mi to, jakim cudem zamieniła Mazury na brudną, śmierdzącą i generalnie niezbyt miłą dla oka Łódź (lubię Łódź, ale nie ma co się oszukiwać - jest pięknością z gatunku piękności wyłącznie dla koneserów) - ja nadal tych tłumaczeń nie rozumiem. Stało się to się stało - jest gdzie jest, ale dzięki temu mogła nas zaprosić w swoje rodzinne strony.
No to pojechaliśmy - Ja, Lechu, Natalka i Ania (o Ani kiedyś Wam więcej opowiem - nikt nie ma takich pięknych, rudych włosów jak ona! i to naturalnych, własnych, niefarbowanych!). Czworo wspaniałych.
Spędziliśmy tam jeden z piękniejszych weekendów, jakie tylko mogły nam się zamarzyć.
Czy Mazury mają jakąś przewagę nad polskim morzem?
Oczywiście!
- Jeśli męczy Was tłok, jaki panuje nad Bałtykiem od mniej więcej końca maja do początków września, a Wasz wymarzony urlop nie równa się latu w tropikach, to Mazury będą dla Was prawdziwym wytchnieniem - większość turystów zajmuje się tam tak zwaną turystyką aktywną: żeglowaniem, łowieniem ryb lub wędrówkami po lesie. Plażing? Na dzikich plażach, takich częstokroć bez zasięgu. Nie ma zasięgu = nie ma instagrama. A po co plażować, skoro nie można się tym nikomu pochwalić ;)? Tłumów na plażach tam raczej nie uświadczycie, a i plaż nie ma tam tak znowu wiele. To też plus dla tych, którzy posiedzieć nad wodą, owszem, lubią, ale opalanie się nie jest dla nich żadną koniecznością ;)
- Ceny! Znaleźć nocleg za 20 zł za dobę to rzecz nad polskim morzem niemożliwa (chyba, że interesuje nas standard schronisk młodzieżowych z lat '80). Na Mazurach bez problemu znajdziemy w ten cenie pokój w mieszkaniu odstępowanym turystom przez jakiegoś lokalsa. Jeśli nie musimy mieszkać w apartamencie ze SPA i jaccuzi, to taki standard w zupełności wystarczy nam do szcześcia.
- Ten podpunkt łączy się niejako z punktem pierwszym - kiedy pogoda nie dopisuje, to na Mazurach bez większego problemu zorganizujemy sobie czas wolny. Gdy nad morzem słońce nie praży, a nasza kwatera nie znajduje się w pobliżu jakiegoś większego miasta, to zaczyna być niewesoło...
- Odległość - drogi wiodące do niektórych mazurskich miejscowości nie są co prawda za dobre, ale dojazd na Mazury z centrum Polski zajmuje zdecydowanie mniej czasu, niż na zachodnie wybrzeże. A i na autostradzie do Gdańska można postać w korku kilka godzin, jeśli nie ma się szczęścia ;)
No widzicie? Same plusy! I po co pchać się nad morze? No dobra - z miłości do Bałtyku jeszcze nie udało mi się wyleczyć ;P Wszystko przede mną...
Zatem - zakochałam się w Giżycku!
Urzekły mnie jego plenery, zachwycił tamtejszy spokój.
Spodobały mi się wszystkie te łódki i jachty - pomimo mojego panicznego lęku przed pływaniem i innymi takimi nabrałam ochoty do tego, by spróbować przepłynąć się takim ustrojstwem.
I nawet poczyniłam ku przełamywaniu tego mojego lęku pierwsze kroki - dałam się zaciągnąć na rejs rowerkiem wodnym po Niegocinie ;P
Oczywiście - w kapoku.
Było super!
Aż żal było wracać do Łodzi...
Niestety - nie miałam innego wyjścia :(
Urlop to urlop - wielokrotnie pisałam Wam o tym, że wakacje nie są czasem, w którym jakoś wyjątkowo dbam o to, co na siebie zakładam.
Ma mi być wygodnie i niezbyt gorąco.
To moje priorytety na lato.
Choć nigdy nie byłam miłośniczką sukienek, to tegoroczne lato stoi u mnie - zdecydowanie - pod ich właśnie znakiem!
Dlatego też w tym roku wszędzie gdzie tylko mogę zabieram ze sobą nic innego, jak właśnie sukienki.
Chodzę w nich do pracy i na weekendowe spacery.
Nie ma wygodniejszego ciucha od sukienki!
Oczywiście - mam co do sukienek pewne oczekiwania ;)
Muszą odpowiednio dużo zakrywać ;P
Dlatego też najchętniej wybieram te o długości maksi.
Moją czarną maksi pokazywałam Wam na blogu dawno, dawno temu. Potem zapomniałam o niej na dobre. Wyciągnęłam ją z szafy przy okazji poszukiwania ciuchów, z którymi mogłabym zestawić moją dżinsową kurtkę z haftami - tę, która gościła na blogu kilka wpisów temu, a którą na powrót prezentuję Wam i dziś.
Wiem, że to nie będzie świadczyć o mnie najlepiej, ale serio: nie zalewam! Kiedy kupowałam tę kurtkę, to nie miałam pojęcia, że będzie się nadawać do noszenia z jakąkolwiek kiecką.
Jak to życie jednak potrafi czasem człowieka zaskoczyć ;)
Kapelusz - H&M
Choker - DIY (znaczy się - stary troczek od maminej spódnicy)
Sukienka maksi - H&M
Dżinsowa katana z haftami - H&M
Listonoszka - House
Sandały - H&M
Na koniec posta - niespodzianka!
Czasami pytacie mnie o to, dlaczego ciągle pokazuję się na blogu w rozpuszczonych włosach i jednej i tej samej non stop fryzurze.
Zawsze odpowiadam tak samo - że to jest jedyna fryzura, w której nie straszę.
Zdania - póki co - nie zmieniłam. Ale korzystając z tego, że byłam na tych Mazurach z kimś, kto na sztuce fryzjerskiej zna się nieco bardziej ode mnie, pozwoliłam sobie zażyczyć utrefienia mi warkoczy.
O tym, dlaczego słowo "warkocz" wywołuje u mnie reakcję bliską alergicznej pisałam na blogu dwa lata temu, jednak pomimo tych traumatycznych przeżyć z dzieciństwa od czasu do czasu nachodzi mnie ochota na to, by zaserwować sobie takie coś na łbie.
Niech Wam więc będzie - macie Mar w warkoczach!
ODWIEDŹCIE MNIE NA:
Pozdrawiam Was niedzielnie - buziaki!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




















