Lista blogów » aschaaa
Smoki z Komodo + nasze (moje!) chwile strachu
Zobacz oryginał pon., 18/05/2015 - 16:30
Kochani po krótkiej przerwie wracamy do Indonezji. Byliśmy już na Javie i Bali, a teraz lecimy dalej. Na wyspę Flores, bo stad będziemy kolejnego dnia wyruszać w rejs łódźia po okolicznych wyspach – tym samym odwiedzając Komodo & Rinca – mieszkanie waranów. Spójrzcie na mapkę poniżej:
I tu się zaczyna prawdziwa jazda bez trzymanki. Jest czwartek, 21.08.2014. Koło południa mamy lot z Bali do Labuan Bajo na Flores, małego miasta rybackiego, z którego odpływają wszystkie łodzie zwiedzające okoliczne wyspy. Tu też w piątek z samego rana ma zaczynać się nasza podróż w kierunku Lombok - bo stamtąd w poniedziałek o 14 wylatuje nasz samolot do Singapuru przez Jakarte. Jestem mocno podekscytowana, bo teraz przyjdzie mi leżeć dobre 3 dni na plaży, oglądać podwodny świat i robić piękne zdjęcia białej plaży. Taksówka zabiera nas prosto pod biuro podróży, z którym juz w Wiedniu ustaliliśmy plan wycieczki łodką, ba! zostały nawet przelane pieniądze za jedna osobę - 100€. To biuro podróży to jakiś smutny barak z biurkiem i jednym krzesłem. Peta idzie po cos do picia, a ja pytam się, o której jutro startujemy. Odpowiedz, którą dostaje, przekracza wszelkie najgorsze koszmary! 3 dni wcześniej na tej samej trasie, na której mamy płynąc, zatonął statek, dwóch turystów uznanych jest za zaginionych. Wszystkie statki "naszego biura podróży" zostały zatrzymane... Nie chcielibyście mnie wtedy widzieć... najpierw myślałam ze to durny żart... niestety nie... kiedy okazało się, ze koleś jest śmiertelnie poważny, zaczęłam krzyczeć, machać rekami, chodzić w kolko i wyrywać sobie włosy (których i tak mam już tak mało).
Wrócił Peta i pyta co mi się dzieje. Kiedy totalnie załamana mowie mu, co się dzieje, i że nasza wycieczka nie dojdzie do skutku, mój mąż otworzył sobie Red Bulla i powiedział „życie Dziubek”. Co życie? Co Dziubek? Nasza wycieczka! Moje plaże! Różowy piach przy Komodo! Warany na Rince! Kiedy się delikatnie uspokoiłam, facet zaproponował nam alternatywę… Dwa dni na łódce – piątek i sobota. Możemy zobaczyć okoliczne wyspy, a w niedziele rano wsiadamy na prom, który wiezie nas na Sumbawe, stamtąd przez 24 godziny jedziemy dwoma autobusami (czyli cala niedziela w ciągu dnia i w nocy), i w poniedziałek rano znowu wsiadamy na prom, i przepływamy z Sumbawy na Lombok. Tam wsiadamy w taxi i jedziemy na lotnisko, by o 14 wsiąść do samolotu. Mapka poniżej pokazuje tę trasę. Brzmi dobrze nie?
I prawie się na to zdecydowaliśmy, wzięliśmy nasze plecaki, poszukaliśmy jakiegoś noclegu, fajny pokoik na wzgórzu, do którego prowadziło ponad 200 schodów, cudny widok, już przed oczami widziałam ten piękny zachód słońca! Zanim poszliśmy coś zjeść, połaziliśmy po okolicznych „budach”, bo mój Peta stwierdził, że on jednak poszuka innej firmy, która weźmie nas w moją wymarzoną podróż, taką, jaką chciałam… Szukając poznaliśmy Niemca, właściciela innej firmy przewozowej, który odradził nam alternatywę podaną przez nasze biuro. Promy na Sumbawe są bardzo niepewne, lekki wiatr i prom nie odpłynie. W tym momencie spóźniamy się na samolot i nie dolatujemy do Singapuru… Zbyt duże ryzyko! Wtedy miałam już zgon — no koniec, załamka!
Mojemu Pecie włączył się modus „działamy” i w totalnym spokoju kazał mi siąść w knajpie z dostępem do neta, żeby obczaić loty w razie jakbyśmy faktycznie musieli stad (czyli z Labuan Bajo) dostać się do Singapuru. Ceny kosmiczne! Musielibyśmy dopłacić prawie 400€. Przekopywałam internet na tablecie i niewiele myśląc zamówiłam sok ananasowy. Błąd numer jeden, który popełniłam będąc na Srii Lance. Ananas na pusty żołądek to samo zło. Zakręciło mi się w żołądku i zrobiło źle. Czułam, że muszę zaraz wymiotować. Zamówiłam suchego naleśnika — przyszło 3cm coś… Kolo naleśnika nawet nie stało… Przybiega Peta i mówi, że znalazł kogoś, kto zabierze nas na Lombok, bez stresu, zobaczymy co mamy zobaczyć.Ok to lecimy, ja po drodze już wymiotuje, a potem jest już coraz gorzej. Facet nakłamał trochę Pecie i wcale nie zobaczymy tego, co mieliśmy zobaczyć w pierwszej wersji wycieczki, tej od zatopionego statku. Ale zawsze to jakaś alternatywa i dopłyniemy do Lombok, bo stamtąd ten nieszczęsny lot! Facet pokręcił nieźle i podał nam kilka wersji wycieczek, wykonał kilka telefonów, i powiedział tak: „OK w piątek robicie wyspę Komodo, a w sobotę rano wypływacie w kierunku Lombok zahaczając o inne wyspy. Jesteście na Lombok w niedziele wieczorem” Stwierdziliśmy, że jest okey, nie ma co narzekać. Będziemy na Lombok dzień wcześniej i musimy znaleźć nocleg, ale spoko. Damy rade! Peta poleciał odzyskać kasę z naszego poprzedniego biura podróży, a ja usidłam na krawężniku i wymiotowałam dalej… Zapłaciliśmy kolesiowi co trzeba było, poszliśmy po lekarstwa do apteki i szczęśliwi, objęci szliśmy w kierunku naszego hotelu. Było dawno po zmroku, więc mogłam zapomnieć o pięknym zachodzie słońca, ale marzyło mi się już tylko łóżko…
Nagle na skuterze podjeżdża do nas facet, któremu właśnie zapłaciliśmy za nasze wycieczki i mówi, że musimy TERAZ, iść na statek, bo on rozmawiał z kapitanem, i że dziś wypływamy w nocy, noo tzn. nad ranem. TERAZ? Ja rzygająca miałam, iść na statek? Peta mówi kolesiowi, że chyba się pomylił, bo przecież statek na Lombok startuje dopiero w sobotę nad ranem, a kolo, że nie, że teraz, że szybko, że cos. Ok, to biegniemy do naszego hotelu… Peta wspina się po tych 200 schodach po nasze plecaki, ja już ledwo żyję —, że złego samopoczucia, z głodu, z nerwów. Lecimy do portu, co 2 metry muszę się zatrzymać, bo wymiotuje, już jest mi obojętne, że cale stopy i japonki mam obrzygane (wybaczcie za moje wyrażenia, ale tak faktycznie było). Wrzucają nas do jakieś małej łódki i nią płyniemy na nasza dużą łódź. A na łodzi — impreza! No, a jak, wypływamy dopiero nad ranem, więc ekipa się bawi. Dostaliśmy pierwsza kajutę z brzegu na korytarzu, więc każdy przechodząc mógł oglądać jak sobie sympatycznie wymiotuje do reklamówki… No taki mamy klimat! Noc była ciężka i praktycznie nie zmrużyłam oka… Ja się źle czuje, a to, że łódź się trzęsie wcale nie pomagała....
Nad ranem, kiedy dobijamy do brzegu pierwszej wyspy - Rinca, probuje się jakoś ogarnąć... Dalej mnie muli i o śniadaniu mogę zapomnieć. Wodę butelkowa tez się boje pic, bo wszystko zwracam... Peta nalega, żebym została na lodzi, jednak nie po to przyjechałam na drugi koniec świata, żeby nie zobaczyć słynnych smoków. Idę... jest przed południem, jednak słońce pali, człapie za cala grupa. Nie mam siły robić zdjęć, a gdy tylko się zatrzymujemy pooglądać warany muszę kucnąć, bądź siąść na ziemi, bo jestem taka słaba. Marsz trwa ponad godzinę w jedna stronę. Wreszcie zaczynamy się wspinać pod gore... no i tu poległam... ostatnie metry wchodzę już na czworakach. Na samej gorze nasz przewodnik zobaczył jak wymiotuje i zrobił mi masaż — kark, szyja, skronią, czoło i okolice za uszami. I teraz to już myślałam, że wymioty to jedno, ale ja muszę zaraz do ubikacji!!! Kiedy zeszliśmy na dol dostałam do picia indonezyjskie witaminy. I to mi pomogło! Postawiło mnie na nogi, owszem byłam słaba i uważałam co jem, ale mogłam jakoś funkcjonować.
Kiedy dobijamy do drugiej wyspy, tym razem posnorklować i popływać, już się czuje lepiej. Pakuje jeden aparat, drugi, komórkę, bo przecież ja foty będę robić! No tego białego piasku! Peta mówi do mnie: „a po co Ci dwa aparaty? Weźmy jeden” myślę, myślę i mowie spoko, szybko z kieszonki wyciągam telefon, i wręczam Pecie torebkę z aparatem. Peta rzuca ja na łóżko w naszej kajucie. I w tej sekundzie ludzie zaczynają wchodzić z naszej łodzi do mniejszej lodki, która mamy dopłynąć do wyspy. Duża łódź zaczyna się mocno chwiać, a nasz aparat turla się po łóżku i wypada maleńkim okienkiem do wody. Mnie zatkało i stałam nieruchomo, Peta mnie odepchanl wyskoczył z kajuty, a tam jakiś miły chłopak podał mu mokry aparat. Pisząc ten tekst dowiedziałam się od mojego męża, że aparat można byłoby uratować… Gdyby nie to, że ten chłopaczek wskoczył po niego do wody i zamiast trzymać go w gorze, zanurzył go pod wodę…Dobrze się stało, że nie wiedziałam o tym wcześniej! No i co ja mam teraz powiedzieć?! Pal licho aparat, ale w tej torebce były WSZYSTKIE nasze karty pamięci ze wszystkimi fotkami z tego urlopu. Zaczęłam je wyciągać suszyć, dmuchać, płakać, szlochać i dalej suszyć. W efekcie koncowym karty odzyskaliśmy, a za aparat ubezpieczenie wróciło nas większa cześć kwoty.
Do Lombok dopływamy w sobotę późnym wieczorem, więc musimy znaleźć sobie nocleg na dwie noce i zorganizować czas, bo lot do Singapuru mamy dopiero w poniedziałek o 14. O tym, co robiliśmy na tej pięknej, dziewiczej wyspie – następnym razem!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




























