Jeszcze kilka lat temu (żeby nie powiedzieć, że raptem kilkanaście miesięcy wstecz) koszulki z nazwami, logo lub motywami z okładek płyt zespołów rockowych zarezerwowane były wyłącznie na festiwale i koncerty, a pokazywać się w nich w przestrzeni publicznej innej od koncertowej "wypadało" niemal tylko młodzieży.
Moda na styl rockowy/grunge bardzo zmieniła postrzeganie takiego sposobu noszenia się.
Rock wszedł na salony - ciężkie buty, przetarcia, chokery, pieszczochy, sfatygowany dżins i muzyczne motywy noszą dziś wszyscy, a rockowy outfit skompletujemy w każdej bez wyjątku sieciówce.
Gdzie te czasy, kiedy na koszulkę z ukochanym zespołem zbierało się pieniądze przez kilka miesięcy ;)?
W sumie dobrze, że dawno za nami.
To zabawne, że dzień pisania tego posta zbiegł się z dniem moich dwudziestych dziewiątych już urodzin.
Obchodziłam je w piątek.
Urodziny jak to urodziny - moment refleksji nad tym, co się do tej pory udało zdziałać i nad tym, czego ciągle się nie zdziałało. Im jestem starsza, tym mniej mnie ten dzień frustruje. Może dlatego, że jakiś czas temu zrozumiałam, iż wszelkie pretensje o to, że czegoś co kiedyś tam sobie wymarzyłam osiągnąć mi się nie udało mogę mieć do nikogo więcej, jak tylko do siebie. A jak obwiniać trzeba siebie, to już człowiek taki chętny do żalenia się nie jest ;) Dlatego wcale się nie żalę. Staram się uczyć na błędach. I jestem pogodzona z tym, że jestem tu gdzie jestem. I kim jestem. Dobrze mi z sobą, serio. Po wielu latach nauczyłam się bowiem tego, że wcale nie muszę udawać kogoś, kim nie mam ochoty być.
Dawno temu też tak uważałam - wtedy kiedy byłam nastolatką.
Wtedy gdy tak jak na zdjęciach z tego posta wyglądałam na co dzień (no dobra - nie nosiłam kapelusza ;P).
Gdy odkrywałam moc pięknej muzyki, która została ze mną do dzisiaj, gdy jeździłam na koncerty i festiwale, gdy cieszyłam się prostymi rzeczami i ani mi w głowie było, by udawać poważniejszą niż jestem w rzeczywistości tylko po to, by komuś tam zaimponować.
Wtedy byłam naprawdę fajna...
A potem przyszły studia i różnie to wyglądało. Człowiek zaczął wierzyć, że przybieranie póz może być opłacalne i próbował grać role, do których nie pasował. Dziś wiem, że na tym "graniu" zmarnowałam kilka lat fajnego życia, tych najfajniejszych, tych które powinny być beztroskie, tych w których powinnam się wyszumieć i wybawić, a które spędziłam na bezsensownym siedzeniu nie nad tymi książkami, nad którymi powinnam :)
To co robię dziś robiłabym i wówczas, gdybym pozwalała sobie na więcej luzu i była mniej poważna. Uwierzcie, nie chcielibyście znać mnie w czasach, kiedy studiowałam polonistykę - ja siebie tamtej też nie chcę pamiętać.
Powiem Wam tylko tyle, że takiego buraka jak ja wtedy, to ze świecą po całej Polsce szukać... Dobrze, że buraki nie są wielosezonowe ;)
Koszulki z zespołami których słuchałam nosiłam w czasach, kiedy byłam sympatyczną, nastoletnią Mar ;)
Oczywiście - wówczas był to sposób na obwieszczenie światu tego czego słucham i na identyfikację z innymi słuchaczami tej czy innej kapeli.
Tak się w tamtych latach nawiązywało znajomości - podchodziło się na ulicy do kogoś, kto nosił koszulkę z Twoim ulubionym zespołem i zagadywało o album, który najbardziej lubi.
Ile miłości się tak poznawało, ile romansów nawiązało! ;)
To były fajne czasy ;)
Czy noszenie się w taki sposób przystoi dorosłej babie?
A dlaczego nie?
Grunt to ubierać się tak, żeby nie czuć się w danym stroju jak w przebraniu :)
Wiadomo, że jeśli nasza praca wymaga od nas eleganckiego stroju, to nie przyjdziemy tak ubranymi do biura. Ale po pracy, w czasie wolnym? Kto nam zabroni? I co właściwie kogo obchodzi to, jak wyglądamy?
Właśnie to było fajne w czasach, kiedy było się zbuntowaną nastolatką - człowiek miał odwagę nosić się tak, jak mu się podobało, bez oglądania się na to, co ktoś na to powie ;)
Czasami za młodu popełnia się wiele głupot, ale w wielu ówczesnych szaleństwach zdecydowanie kryła się jakaś sensowna metoda ;)
Dlaczego akurat Pink Floyd i "The Dark Side of the Moon"?
Ta płyta - pomimo upływu lat - pozostaje ciągle jedną z moich ulubionych.
Pamiętam, że pierwszy raz usłyszałam ją jako naprawdę mały dzieciak - takiej muzyki słuchał i ciągle słucha mój Ojciec.
Dźwięki pierwszych dwóch minut "Time" to dla mnie prawdziwe mistrzostwo i mało które z później zasłyszanych utworów muzycznych zrobiły na mnie takie wrażenie jak ten wstęp ;)
Chociaż nie jest to moja ulubiona płyta Floydów - ulubionymi zawsze będą dla mnie "The Division Bell" (z równie ciekawą okładką i przepięknym "High Hopes") i "The Wall" (na tekstach z którego uczyłam się przed maturą angielskiego i dzięki którym w ogóle chyba tę maturę jakimś cudem zdałam, bo mam talent do języków obcych prawie tak wielki jak do matematyki - czyli żaden), to jednak z pełną stanowczością mogę przyznać, że jest ona jedną z tych, które ukształtowały moją dzisiejszą wrażliwość estetyczną.
Więc... koszulkę z tym charakterystycznym pryzmatem noszę z dumą ;)
A ile ja się za nią nauganiałam!
Najpierw wypatrzyłam
taką w Bershce, w okolicach marca.
Tamta bershkowa była wspaniała - z przeładnej bawełny, z chokerem, bardzo fajnie leżała. Ale znalazłam ją jakiś tydzień przed wypłatą, nie uważałam wówczas kupna kolejnego ciucha za mój priorytet. Pomyślałam sobie: kto dzisiaj słucha Floydów? Kto może mi ją wykupić? Srogo się myliłam - po tygodniu nie było po niej śladu nie tylko w żadnej z łódzkich Bershek, ale i na stronie sklepu...
Nic to! Okazało się, że koszulkę z tą okładką znajdę i w
Stradivariusie - jak tylko wyczaiłam ją na stronie, to z miejsca poleciałam do najbliższego mi salonu. Niestety - ten model jest tak wielki, że mogłabym się w nim utopić.
Ostatecznie moją wymarzoną koszulkę z pryzmatem floydowskim znalazłam w H&M'ie :) H&M jednak nigdy mnie nie zawodzi ;)
Z czym nosić taką rockową koszulkę?
Najlepiej z rzeczami dopasowanymi do niej stylowo - ja stawiam na podarte dżinsy, choker, ramoneskę, plecak i creepersy.
A, no i mam jeszcze pasek - z klamrą identyczną, jak ta przy plecaku ;)
Ten motyw jest tej wiosny bardzo popularny: spotkamy go na wielu różnych klamrach.
Za punkt honoru postawiłam sobie jeszcze dokupienie chokera z taką klamrą (widziałam takie!) - trzymajcie kciuki, żeby mi się udało ;)
Swoją drogą - ta koszulka wzbudza niesamowicie pozytywne emocje!
Obcy ludzie w wieku moich rodziców zaczepiają mnie na ulicy i robią sobie ze mną zdjęcia ;P
Taką sytuację miałam tydzień temu, kiedy ledwie zdołałam wyściubić nos z mojej klatki schodowej. Jeszcze nie zdążyłam się przywitać ze światem, jak zgarnęła mnie z chodnika jakaś sympatyczna Pani rozmawiająca przez telefon z mężem i postanowiła zrobić sobie ze mną selfie - tylko po to, żeby obwieścić mu, że "Patrz, Wojtek - Pink Floyd nie słuchają tylko takie dziady jak my!" ;P
Wiecie, jak mi się fajnie zrobiło? ;) Wzruszyłam się ;P
Kapelusz - H&M
Lenonki - Zaful
Choker - Lokaah
Bransoletka - Lokaah
Ramoneska - Choies
Koszulka Pink Floyd - H&M
Plecak - Forever 21
Mom jeans z dziurami - H&M
Pasek - House
Creepersy - H&M
Obrobił je Lechu, ale autorką kadrów jest nie kto inny, jak Paula sama w sobie :)
Powstały przy okazji mojego ubiegłotygodniowego pobytu w Częstochowie :)
Wreszcie - po niemal pół roku przerwy - udało mi się tam wybrać!
Bardzo lubię powracać do miejsc, w których dobrze się czuję i spędzać czas z osobami, z którymi czas ten miło mi upływa :)
Szkoda tylko, że najbliższe tygodnie będę miała tak wypełnione obowiązkami i całym ślubnym zamieszaniem, że raczej marne szanse na to, że taki wypad uda mi się powtórzyć.
Paula - dziękuję za zdjęcia!
Wyszły tak miejskie, jak chciałam;)
I za ramoneskę ;)
ODWIEDŹCIE MNIE NA:
Miłego dnia dla Was!
Uciekając zostawiam Was z jednym z najładniejszych nagrań z płyty, której okładkę mam na koszulce :)
Chociaż jest w gruncie rzeczy smutne i może nie na letnią porę, to szkoda go nie znać ;)
Buziaki - Wasza Mar!