Lista blogów » Lumpexoholiczka
Lichtenberg napisał kiedyś, że przyzwyczajenie usypia naszą percepcję. Chodziło w wielkim skrócie o to, że tylko zobaczenie tego samego pierwszy raz, może zadziałać jak Yoko Ono na Johna Lennona, czyli otrzeźwiająco. Wtedy nagle rzeczy, o których istnieniu dobrze wiedzieliście udając, że ich nie ma, stają się tak irytujące, że po prostu trzeba coś z nimi zrobić. Bo przyzwyczajenie nie zwalnia z myślenia.
W rezultacie sprawnie odhaczając z pokaż w aktualnościach przegnałam z walla zdjęcia jeszcze nienarodzonych dzieci koleżanek, rzewne statusy "smutno mi", "nudzę się" i "życie jest do dupy", filmiki z treścią nienadającą się do tego, by ją publicznie opisać. Potem kopnęłam w tyłek kilka fan page'ów i odetchnęłam z ulgą. Misja wykonana.
Aż ciśnie mi się na usta pytanie, gdzie są granice obciachu?
Rozumiem, że wszyscy jesteśmy w większym lub mniejszym stopniu ekshibicjonistami. Człowiek lubi się polansować. Pochwalić. Pokazać gdzie był, z kim, był, co jadł, gdzie srał, przepraszam, to znaczy stał.
Ale gdzieś tę tabliczkę z napisem Prywatne, trzeba chyba postawić. Wbrew słowom piosenki Krzywego, jednak nie wszystko jest na sprzedaż, no i chyba po prostu dobrze jest zatrzymać dla siebie nieco anonimowości. Mylę się?
A może to właśnie jest tak, że u kogoś kontent X, budzi pełne politowania spojrzenie, podczas gdy na naszym profilu wisi ten sam chłam? Sama pewnie nie raz też przegięłam w tej całej maskaradzie. W każdym razie włączam tryb watch out i gdyby ktoś zobaczył, że wstawiam zdjęcie swoich nóg wyłaniających się zalotnie ze spienionej wody, z migoczącymi na brzegu wanny uroczymi świeczuszkami w tle, a całość spowija atmosfera #relaksingu oraz #czilingu, i cholera wie jeszcze czego, to proszę mnie porządnie trzasnąć w łeb.* Błagam!
I nie zrozumcie mnie źle, dziecko Zuckerberga jest spoko. Serio. Ale tylko do momentu, w którym z FaceBOOKa, nie zrobi się FaceBOGiem. Amen.
PROPAGANDNA
Zobacz oryginał ndz., 17/11/2013 - 20:33♫♪♫ Gaba Kulka - Propaganda
Kilka dni temu spakowałam niebieską walizkę, porzuciłam przytulne mieszkanko, laptopa oraz przykry obowiązek pisania pracy magisterskiej i trochę poddając się presji refleksyjnego święta, a trochę z własnej woli wylogowałam się do rzeczywistości. Szalona decyzja przyniosła mi pięć fantastycznych dni spędzonych na delektowaniu się tak zwanymi pierdołami. Mogłam się nagadać (hej przyjaciele z dziecięcych lat!), najeść (pomidorowa mamy numer jeden), naspacerować. Krótko mówiąc nasycić wszystkim tym, co kiedyś traktowałam z podejściem w stylu należy się jak psu zupa, a co dziś postrzegam chcąc nie chcąc w kategoriach mentalnego luksusu.
Ale clou nie w tym, co się przydarzyło w rodzinnych stronach, lecz w tym jaka myśl dopadła mnie po powrocie do domu, a ściślej po zalogowaniu się na fejsa. Odcięte przez kilka dni od e-narkotyku receptory, zostały przemielone. Wychłostane. Przeżute i wyplute niczym tabaka w gębie Clinta Eastwooda.
Lichtenberg napisał kiedyś, że przyzwyczajenie usypia naszą percepcję. Chodziło w wielkim skrócie o to, że tylko zobaczenie tego samego pierwszy raz, może zadziałać jak Yoko Ono na Johna Lennona, czyli otrzeźwiająco. Wtedy nagle rzeczy, o których istnieniu dobrze wiedzieliście udając, że ich nie ma, stają się tak irytujące, że po prostu trzeba coś z nimi zrobić. Bo przyzwyczajenie nie zwalnia z myślenia.
W rezultacie sprawnie odhaczając z pokaż w aktualnościach przegnałam z walla zdjęcia jeszcze nienarodzonych dzieci koleżanek, rzewne statusy "smutno mi", "nudzę się" i "życie jest do dupy", filmiki z treścią nienadającą się do tego, by ją publicznie opisać. Potem kopnęłam w tyłek kilka fan page'ów i odetchnęłam z ulgą. Misja wykonana.
Aż ciśnie mi się na usta pytanie, gdzie są granice obciachu?
Rozumiem, że wszyscy jesteśmy w większym lub mniejszym stopniu ekshibicjonistami. Człowiek lubi się polansować. Pochwalić. Pokazać gdzie był, z kim, był, co jadł, gdzie srał, przepraszam, to znaczy stał.
Ale gdzieś tę tabliczkę z napisem Prywatne, trzeba chyba postawić. Wbrew słowom piosenki Krzywego, jednak nie wszystko jest na sprzedaż, no i chyba po prostu dobrze jest zatrzymać dla siebie nieco anonimowości. Mylę się?
A może to właśnie jest tak, że u kogoś kontent X, budzi pełne politowania spojrzenie, podczas gdy na naszym profilu wisi ten sam chłam? Sama pewnie nie raz też przegięłam w tej całej maskaradzie. W każdym razie włączam tryb watch out i gdyby ktoś zobaczył, że wstawiam zdjęcie swoich nóg wyłaniających się zalotnie ze spienionej wody, z migoczącymi na brzegu wanny uroczymi świeczuszkami w tle, a całość spowija atmosfera #relaksingu oraz #czilingu, i cholera wie jeszcze czego, to proszę mnie porządnie trzasnąć w łeb.* Błagam!
I nie zrozumcie mnie źle, dziecko Zuckerberga jest spoko. Serio. Ale tylko do momentu, w którym z FaceBOOKa, nie zrobi się FaceBOGiem. Amen.
*jak dobrze, że nie mam wanny.


ZDJĘCIA: Maciej
body - second-hand || coat - ROMWE || pants - allegoro || heels - Bershka || bag - second-hand || scarf - second-hand
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.



