Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar

Po urlopie - o nadbałtyckim wypoczynku Mar słów parę

Zobacz oryginał

Wróciłam. Jestem. Żyję.
Z mnóstwa otrzymanych wiadomości prywatnych, komentarzy i pytań o kolejnego posta wnioskuję, że nieco zdążyliście i zdążyłyście się za mną stęsknić - a że popełnione przez nas zdjęcia typowo blogowe nadal są w fazie selekcji, to postanowiłam nie kazać Wam czekać na nowy wpis przez kolejny tydzień.
Wpadłam na pomysł stworzenia takiego oto inteludium - posta w typie tych, których nigdy nie tworzę, bo uważam je (zgodnie z prawdą, w sumie - bądźmy z sobą szczerzy :>) za zapychacze.
Ale raz w roku można sobie pozwolić na złamanie zasad ;)


Będzie duuużo tekstu, więc żebyście za szybko stąd nie uciekli macie moje zdjęcie w jednej z trzech wakacyjnych pamiątek, jakie ze sobą przywiozłam - w lustrzanych lenonkach.
Jak ktoś się dobrze przyjrzy, to i Lecha w nich zobaczy.
O dwóch pozostałych "suwenirach" też będzie, spokojnie ;>

20.jpg
Kocham polskie morze.
Jako dziecko spędzałam nad nim niemal każde wakacje.
Przebywanie nad Bałtykiem od zawsze dostarcza mi silnych przeżyć - o których jeśli napiszę, że są mistycznymi, to niewiele przesadzę.
Zawsze trudno mi uwierzyć, że właśnie dotarłam na koniec (albo - jak kto woli - początek) Polski.
Że to już jest granica.

Poraża mnie i wzrusza ta wielka przestrzeń morska.
Mogę stać na wydmie (dobra, zalewam - wolę siedzieć na ławce, ale nie w każdej nadmorskiej miejscowości wzdłuż wydm stawia się ławki ;P) i wpatrywać się przez wiele godzin w tę wielką, błękitną toń.
A przy tym tak dobrze mi się nad naszym morzem oddycha!
Nikną gdzieś wszelkie moje odwieczne problemy z chorym uchem i paskudnie suchym nosem.
Cuda, no.

Zupełnie bez emocji natomiast podchodzę do gór - podróżowałam w nie niewiele, dwa razy byłam w Karkonoszach, raz w Górach Sowich i raz też jeden w Zakopanem.

Nigdy się w nich nie zakochałam - w mojej rodzinie nie jeździło się na nartach, nie wspinało na szczyty. 
Ominęły mnie więc wszystkie te elementy wypoczynku w górach, które zwykle ściągają w nie turystów i które niektórzy zaczynają uwielbiać już jako dzieci.
Owszem - dużo zwiedzaliśmy, łaziliśmy popularnymi szlakami i podziwialiśmy cuda tamtejszej przyrody.

Morskie Oko było piękne.
Wodospady w okolicach Karpacza również.

Ale męczył mnie górski chłód (zawsze trafiałam w góry w czasie gwałtownego załamania pogody :> w czasie mojego pobytu w Tatrach na Giewoncie spadł śnieg i temperatura obniżyła się znacząco - przypłaciłam to zdrowiem, bo pojechałam tam z lekkim bólem gardła a wyjechałam z zapaleniem krtani, nie mogąc wydusić z siebie słowa), denerwował wiatr (pamiętam, że na Śnieżce dęło tak, że łeb mi chciało urwać!), a od łażenia w niewygodnych traperach bolały mnie stopy.

Kiedy trochę podrosłam i w moim otoczeniu zaczęli pojawiać się ludzie zafascynowani górami, to mogłam, mogłam jeszcze spróbować się do gór przekonać.
Proponowali mi oni wspólny wypad w Bieszczady czy inne Sudety, ale na myśl o spędzeniu nocy pod namiotem, w schronisku (z piątką obcych ludzi na łóżkach dookoła o.O) albo szałasie dostawałam drgawek.
Wypoczynek według Mar = relaks, a nie survival pod nazwą "Żywi nas las".

No fun Mar.
Sztywniara co się zowie.

Więc morze - mogłoby być jakieś zagraniczne (kilka lat temu spędzałam wakacje na południu Europy - przyznać trzeba, że nasz Bałtyk chowa się przy wielu tamtejszych plenerach, a i flamingi są o wiele bardziej od mew urocze ;>), tylko że ten sam odchył, który powstrzymuje mnie od noclegów w górskiej kniei każe mi też bać się wszelakich zemst faraonów, terrorystów, brudu, zbyt wysokich temperatur (w czasie wspomnianego wypoczynku na Côte d'Azur niemal w ogóle nie korzystałam z uroków plażingowania - ja Was przepraszam, ale 40 stopni to jest temperatura odpowiednia do tego, by wylądować na lokalnym oddziale kardiologicznym, a nie do opalania) i wreszcie: latania samolotem!
Co to, to nie. Tylko w razie wyższej konieczności.

Więc jak rasowa Cebula z Prowincji (Łódź to w sumie prowincja - nie ma się co oszukiwać) co roku dążę do tego, by choć przez chwilę móc zamoczyć swój szczypior w wodach Bałtyku.

Były takie lata, w których mi się to nie udało - i zawsze powtarzałam, że to nie były prawdziwe wakacje.
No trudno, tak już mam. Nasiąknęłam tym morzem w lato za młodu, a stare nawyki niezwykle trudno jest wykorzenić.

Po zeszłorocznym, kilkudniowym zaledwie i odbytym w końcu sierpnia urlopie we Władysławowie przysięgłam sobie i Leszkowi, że nie ma opcji - za rok tam wracamy.

Władysławowo po sezonie urzekło mnie w stu procentach - ogrom przestrzeni, piękne i czyste uliczki, mało ludzi, dużo drzew... i względna cywilizacja!
Przede wszystkim - normalne miasto mniejsze niewiele od mojego rodzinnego.
A w nim względnie normalne knajpy (nie jakieś budki z kebabami starszymi od węgla), markeciki (można bez bólu kupić mleko do kawy, piwo i twarożek na śniadanie i nie zapłacić za nie milionów monet), apteki (mam talent do chorowania na wakacjach ^^)...
Nie żadna dziura zabita dechami, w której jak coś Ci się stanie, to odnajdą Cię dopiero kolejni turyści - po roku.
No i blisko na Hel! Blisko terenów, w których się zakochałam.

Kiedy więc Leszek znał już termin swojego urlopu, to bez chwili wahania stwierdziłam, że o przysiędze pamiętam i w tym roku wracamy do "Władka".
Pech jednak chciał, że lechowy urlop okazał się być najbardziej "gorącym" okresem polskiego sezonu wakacyjnego - przypadł na drugą połowę lipca...

Jak wspomniałam - wiele razy jeździłam nad Bałtyk, jednak nigdy nie odwiedzałam go w lipcu.
Czerwiec, sierpień.. to, to i owszem.
Ale lipiec?
Już moja mama i babcia powtarzały, że w lipcu to i pogoda niepewna (największe upały albo już przeszły albo dopiero się do ataku szykują) i ludzi chmara.
Ale pomyślałam sobie, że ostatni prawie tydzień lipca to to samo co sierpień, więc różnica żadna.
Detal, drobiazg - niczego nie wnosi.
A my innego terminu wybrać i tak nie możemy, jeśli chcemy pobyć tam dłużej, niż przez weekend.

Decyzja została podjęta, nie pozostało więc nic innego, jak szukanie jakiegoś zakwaterowania - i tu powoli zaczęłam przestawać się dziwić zdaniu mamy i babci.
W pierwszych dziesięciu miejscach które obdzwoniłam dowiedziałam się, że czego ja szukam w maju? W maju? Kwatera na lipiec?
O, Pani! W marcu trzeba było dzwonić, wszystko zajęte - teraz to ja mogę Pani, Pani Kochana, garaż wynająć w tym terminie.

Nasza ubiegłoroczna kwatera też była zajęta.

Po pięciu kolejnych telefonach pojawiła się nadzieja - gdzieś miejsce się znajdzie, zapraszają nas i oczekują!
Ale niestety - będzie to apartament.
Doba 200 złotych.
A - pościel i czajnik proszę zabrać z domu.

Apartament.
200 złotych.
I własna pościel.

Dobrzeście przeczytali.

Spasowałam, szukanie pokoju scedowałam na Lecha.
Jemu znalezienie go zajęło pięć minut.
Znalazł willę w centrum miasta, z pokojami w rozsądnej jak za wynajem w lipcu cenie (55 złotych od osoby), gustownie urządzonej (żadnego linoleum, żadnych peerelowskich tapczaników o długości maksymalnej metr pięćdziesiąt), z łazienką i dostępem do kuchni.
A oprócz tego z miejscem parkingowym na terenie posesji.
Żyć, nie umierać - zaliczkę przelaliśmy i lipca wypatrywać zaczęliśmy.

15.jpg
Nadszedł szybciej, niż się go spodziewaliśmy ;)
W odpowiednim dniu spakowaliśmy torby i siup - pojechaliśmy.

Podróż minęła bez negatywnych atrakcji, zajechaliśmy planowo, ja się cieszyłam jak dzieciak... wszystko spoko.

Tyle że to, co zastaliśmy na miejscu nieco nas zaskoczyło.

Okazało się, że Władysławowo w sezonie nieco różni się od Władysławowa z końca sierpnia.
Ludzi najechało tyle, jakby coś tam rozdawano za darmo!

Zawsze mi się wydawało, że opowieści o tym, jak to w pewnych miejscach na polskim wybrzeżu na plażę trzeba wychodzić o siódmej, bo inaczej nie znajdzie się na niej nawet kawałka miejsca są wyssane z palca i tworzone przez ludzi, którzy mają skłonność do ubarwiania rzeczywistości.

W tym roku przekonałam się, że to wszystko prawda :]

Niestety - na plażę nie nosiliśmy ze sobą aparatu.
Jest to zbyt niebezpieczne dla sprzętu.

Nie zrobiliśmy więc żadnego zdjęcia tego, co tam się wyprawiało, ale uwierzcie mi - ścisk był taki, że ludzie rozbijali się nawet przy koszach na śmieci i toaletach.
Cała plaża zawalona.
Cała.
Pomiędzy rozstawionymi przez plażowiczów parawanami nie dało się zrobić kroku.
Szukanie kawałka wolnego miejsca zajmowało nam zawsze około czterdziestu minut.

A kiedy już udało się jakieś znaleźć, to zanim człowiek zaczął rozkładać te wszystkie koce, ręczniki i inne plażowe klamoty... musiał jeszcze oczyścić teren z petów.

Ludzie, ja paliłam "normalne" papierosy przez dziesięć lat, a nigdy w życiu nie zostawiłam na plaży nawet połowy niedopałka!
Do tej pory nie uważałam się za kogoś szczególnie dobrze wychowanego, ale najwyraźniej cenię się zbyt nisko.

Ale żeby tylko niedopałki w piasku wygrzebywać, to jeszcze byłoby bajecznie...

Puszki po piwie, butelki, zużyte chusteczki - takie skarby można było znaleźć nad samym brzegiem morza :]

Być może wcześniej bywałam na jakichś wyjątkowo odludnych plażach - wątpię w to.
W każdym razie taki syf nad polskim morzem widziałam pierwszy raz.

16.jpg

Tak, ilość śmieci pozostawianych przez ludzi na władysławowskiej plaży zdecydowanie mnie zasmuciła.

Ja rozumiem - gdyby jeszcze nie było tam koszy na śmieci, to można by to jakoś usprawiedliwiać: że nikt nie będzie niedopałków do kieszeni zbierał, a puszek po piwie upychał po torebkach...

Ale one są!
Od kilku lat każda, nawet najmniejsza plaża jest wyposażona w rząd koszy na śmieci ustawionych przy każdym zejściu na nią.
A te w "kurortach" mają ich szczególnie dużo.
To taki problem przejść się dwa metry i wrzucić puszkę/niedopałek/zużytą pieluchę/foliówkę po słodkiej bułce do śmietnika?

Powyżej wstawione zdjęcie przedstawia konstrukcję stworzoną na plaży w porcie we Władysławowie.

Piękna jest, zaprawdę...

8.jpg
Całe szczęście, że ani pasjonatami plażowania nie jesteśmy (w związku z czym wystarczało nam godzinne ledwie każdego słonecznego dnia leżenie na niej) ani nie planowaliśmy w czasie tego urlopu wykonania więcej niż jednej sesji na bloga - zrobienie zdjęć nad morskim brzegiem w porze innej, niż popołudnie lub blady świt nie wchodziło w grę, bo usuwanie przechodniów i plażowiczów z kadrów mogłoby być zbyt pracochłonne :>

Jedną udało nam się machnąć późnym popołudniem w porcie - tam ludzi było trochę mniej.

Zatem - pamiętajcie: jeśli plany urlopowania nad Bałtykiem dopiero są u Was w fazie dookreślania ich, to (gdy rozważacie wypoczynek w miejscu dość tłumnie przez turystów odwiedzanym i naprawdę chcecie w pełni korzystać z uroków wypoczynku na plaży lub popełnienia na niej jakichś w miarę ładnych zdjęć) albo z góry nastawcie się na to, że na plaży będziecie bawić się w udawanie sardynek... albo od razu poszukajcie jakichś dzikich lub półdzikich plaż.

My w końcu odkryliśmy, że na plaży tuż obok Chłapowa tłumów nie ma.
Ostatniego więc dnia urlopu mieliśmy dla siebie jej połowę :]

18.jpg
Drugą sprawą, która zaskoczyła nas bardziej nawet od tłumów i brudu na plaży była jakość świadczonych usług mieszkaniowo-hotelowych ;)

Krótko i zwięźle rzecz ujmując - nasza "piękna" i cudem niemal w maju znaleziona kwatera okazała się być pozbawioną ciepłej wody między godziną 22 a 7 rano ;)

Kiedy zapytaliśmy Panią Właścicielkę, dlaczego to tak i czemu, u licha, nie poinformowała nas o tym przez telefon ani nie odnotowała tej informacji na żadnej ze stron, na których się reklamuje... usłyszeliśmy, że:

a) wody ciepłej nocą nie ma, bo jak jest, to jej w rurach coś stuka i spać nie może [sic!]
b) nikomu to dotąd nie przeszkadzało, to i po co pisać - innym też nie powinno
c) "jak chcieliśta luksusów, to do hotelu jakiego było pójść se, o!"

Opadły mi ręce.
I majtki.

Jeśli ciepła woda jest luksusem, to ja chyba dawno już straciłam kontakt z rzeczywistością...

Wiecie, ja bym to mogła przeżyć - nawet słowem bym się nie odezwała.
Ale gdyby zawołano ode mnie nie 55 złotych za dobę, a 30.
55 to już cena wypoczynku w całkiem porządnym hostelu albo akademiku - a tam ciepła woda jednak jest przez całą dobę i bez limitów ;)

Pani nie zamierzała włączyć nam tej wody nawet na jedną noc - bo mieliśmy silne postanowienie wstania przed świtem i zrobienia porannej sesji na plaży.
No i przydałoby się wziąć prysznic i umyć włosy świeżo przed nią, a nie wieczorem.

Nie, nie ma opcji - będzie jak jest, a jak się nie podoba, to tu są nasze pieniądze i szukać możemy czegoś innego.

No to forsę zabraliśmy, spakowaliśmy się i poszliśmy szukać innego lokum ;)
Przyszło nam to tym łatwiej, że oprócz braku wody nie pasowało nam też kilka innych rzeczy - jak choćby to, że obiecany wcześniej parking "na terenie posesji" okazał się być miejscem na ulicy.
A że ulica ta znajdowała się dość blisko centrum (pełnego klubów i niezbyt trzeźwej młodzieży), to... nieco słabo ;)

Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że ta reglamentowana ciepła woda jest we Władysławowie standardem - w pierwszej wolnej kwaterze jaką udało nam się znaleźć okazało się, że ciepłej wody nie ma nie tylko po 22, ale i w ciągu dnia.

Oczywiście - na stronie tego obiektu również nie umieszczono żadnej na ten temat informacji.

Na dowód prawdziwości moich słów macie to oto zdjęcie, proszę:

IMAG0073.jpg
Fajnie, nie?
Jedziesz sobie na wakacje z małym dzieckiem na przykład, wpadnie Ci taki szkrab w jakieś błoto, poleje się sokiem albo czekoladą z gofra... i nic nie zrobisz, nie wykąpiesz go ;)

Z ciekawostek - doba w tym z kolei przybytku wyceniona została na 65 złotych od osoby.
Przybytek również nazwano "willą" ;)

Z innych atrakcji zawartych w tej cenie wymienię tylko: brak dostępu do jakiejkolwiek kuchni, zakaz wstawiania napojów do znajdującej się na piętrze lodówki i umieszczoną na rezerwuarze spłuczki klozetu informację, że woda może do niej nie lecieć, to się zdarza.
Nie należy wtedy panikować - trzeba popukać w wężyk i gitara: na pewno poleci.

Także - kolejna rada Mar: jak się, człowieku, wybierasz nad Bałtyk i pytasz o kwaterę jakąś, to nie zapomnij dopytać się o to, jak tam stoją z ciepłą wodą.
Być może bowiem nie tylko własną pościel musisz zabrać, ale i przenośny bojler ;)

Zdaję sobie sprawę z tego, że niektórym z Was takie kwestie mogą wydawać się mało istotnymi.
Wydaje mi się jednak, że jeśli komuś nie są straszne takie kwestie jak brak wody, to noclegu szuka raczej na campingu.
Ktoś, kto rozgląda się za pokojem ceni sobie większy stopień komfortu i w głowie mu się nie mieści, że wynajęcie pokoju z łazienką nie jest tożsame ze swobodą korzystania z niej przez całą opłaconą przecież przez niego dobę.

Mnie się naprawdę nie zmieściło - i nie mieści do dziś.

1.jpg
Tyle mojego marudzenia ;) Zdecydowanie więcej rzeczy mi się w czasie tego naszego urlopu spodobało!

Trochę odpoczęliśmy nad tym naszym polskim morzem - objedliśmy się za wszystkie czasy (codzienne i sute bardzo objady zjadane w zaprzyjaźnionej już w pewnym sensie smażalni dały mi się we znaki: jestem w trakcie gubienia dwóch nadprogramowych kilogramów ;P), spotkaliśmy się z naszymi przyjaciółmi z Częstochowy, mnie udało się zobaczyć z przesympatyczną Joanną C i jej uroczą pociechą (Asiu - jeszcze raz dziękuję Ci za spotkanie! jesteś bardzo ciepłą osobą, przemiło było! a synka wycałuj i wyściskaj ode mnie - jeśli ja każę uściskać jakieś dziecko, to ono musi być naprawdę czarujące ;)), a przede wszystkim - w tym roku znacznie więcej czasu spędziliśmy na Helu.

Ta piękna plaża na zdjęciu wyżej to widok z helskiego cypla.
W oddali majaczy Trójmiasto.

2.jpg
Cały półwysep jest moim zdaniem miejscem magicznym.

Te widoki na jego początku, gdzie w najszerszym miejscu ląd ma około 300 metrów i z lewej strony majaczy Ci za drzewami otwarte morze a z prawej widzisz przystanie na zatoce chyba tylko kogoś wyjątkowo niewrażliwego mogą nie zachwycić!

Pomimo dużego dość zainteresowania turystów plaże są względnie puste i duże, bardzo piaszczyste, pełne muszelek.
Woda od strony morza jest najbardziej przejrzystą chyba wodą na całym naszym wybrzeżu.

W samym Helu można spacerować zaś tuż nad morskim brzegiem po szerokich, nowoczesnych pomostach.
Da się tam wjechać z wózkiem - i na wózku.
Są tam ławki - można usiąść i wpatrywać się w morze :)

Albo popatrzeć na Kopiec Kaszubów, stojący na samym końcu cypla od 2013 roku:

3.jpg

Teren Helu jest też prawdziwym rajem dla osób interesujących się historią II wojny światowej i/lub militariami.
W helskim lesie kryje się wiele pozostałości po kampanii wrześniowej - jak zapewne pamiętacie, to właśnie Hel bronił się w jej czasie najdłużej, bo do 1 października.

Nie będę Wam tu opisywać tego, co można tam zobaczyć.
Zostawię Wam tylko link do strony Muzeum Obrony Wybrzeża, o: 

http://helmuzeum.pl/muzeum/obiekty#mow

12.jpg
Ale Hel to nie tylko plaże i militaria - Hel to też latarnia morska!

Jedna z ładniejszych w Polsce, moim zdaniem ;)
A przynajmniej jeśli o jej wnętrze chodzi ;)

13.jpg
14.jpg
Widok z jej szczytu jest równie ładny, tylko wiecie... przez szybę ciężko zrobić zdjęcie ;P
W tej latarni nie wychodzi się na żadną zewnętrzną galerię.

23.jpg
Zatem zdjęcia widoku z góry nie mamy, jest za to trochę przerażona Mar.
Jak wiecie - mam lęk wysokości.
I to taki srogi ;P

Latarnie morskie kocham jednak do tego stopnia, że zawsze na nie włażę.
I zawsze jestem z siebie dumna!

Mniej zadowoleni za to z tego, że się na nie wspinam są inni zwiedzający - w dół schodzę z prędkością żółwia, trzęsąc się i jęcząc.

7.jpg
No i fokarium!

Nawet, jeśli nie jarają Was zabytki militarne ani latarnie morskie, to i tak musicie odwiedzić Hel - po to, żeby zobaczyć z bliska foki szare.

Zwłaszcza, jeśli macie dzieci - dzieci na pewno będą się cieszyć z tej wizyty.

6.jpg

Fokarium jest obiektem unikatowym w Polsce - to nie jest żaden ogród zoologiczny ani cyrk, to placówka Stacji Morskiej Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego.
Celem jej działalności jest wspomaganie odtworzenia i ochrony fok szarych w Morzu Bałtyckim.

Pracujący tam naukowcy i wolontariusze opiekują się stadem hodowlanym fok szarych (obecnie na terenie fokarium znajduje się sześć fok - dwa samczyki i cztery samiczki), rozmnażają je (a po odchowaniu wypuszczają młode foki do Bałtyku - foczki wypływają zaopatrzone w specjalne nadajniki satelitarne, dzięki temu można je śledzić i dowiadywać się, w jak dalekie rejony morza się zapuszczają :)), monitorują liczebność fok szarych w Morzu Bałtyckim, rehabilitują ranne lub chore foki znalezione na nadbałtyckich plażach i zbierają informacje na temat stanu ich zdrowia/tego co im zagraża/gdzie najchętniej lubią przebywać.

 Prowadzą też działalność edukacyjną.

5.jpg
Właśnie edukacja jest głównym celem, dla którego do fokarium wpuszcza się turystów.

Dzięki pobytowi w nim można dowiedzieć się czegoś na temat ekosystemu naszego morza, poznać innego mieszkańca Bałtyku - Morświna - i raz na zawsze zapamiętać, że jeśli w czasie nadmorskiego wypoczynku napotkamy na swojej drodze foczą istotę, to za żadne skarby nie należy jej dotykać i próbować robić sobie z nią selfie ;)

Foki cenią sobie spokój - lepiej im nie przeszkadzać, bo zaniepokojone mogą ugryźć.
I to dotkliwie ;)

4.jpg
Zwiedzając fokarium można obserwować karmienie i trening medyczny fok - to nie jest pokaz sztuczek, chociaż foki wykonują różne polecenia, podają łapy (a właściwie płetwy), aportują piłki i gumowe kółka, a czasem nawet się obracają.

A za każdą prawidłowo wykonaną czynność dostają śledzia.

10.jpg
Trening służy kontroli stanu zdrowia zwierząt i temu, co najprościej będzie nazwać ogólnym rozruszaniem fok.

Kiedy zwierzę podaje łapę opiekunowie mogą sprawdzić, czy z jego płetwami wszystko jest w porządku, a kiedy wychodzi na brzeg ocenia się stan jego uzębienia i zakrapla mu oczy.

11.jpg
Taki okresowy przegląd, no ;)
Odbywa się trzy razy dziennie.

Godziny treningów i wszystkie przydatne informacje na temat odwiedzin fokarium znajdziecie tu: 

http://www.fokarium.com/wazneinf.html

Od siebie powiem tylko tyle, że jeśli chce się oglądać trening i karmienie fok, to warto przybyć do fokarium jakieś 40 minut wcześniej - żeby zająć dobre miejsce obserwacyjne.
Dzieją się tam cyrki podobne tym z władysławowskiej plaży ;)

9.jpg
Od lewej prezentują się przed Państwem foki: Unda Marina, Bubas i Ania.

Bubas jest wieeeeelki :)
Na zdjęciach tego nie widać aż tak, ale to zacna foka jest ;) 

21.jpg
W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Gdańsk.

Nie żeby go zwiedzać - na to zdecydowanie potrzeba więcej czasu, niż nasze dwie spędzone tam godziny.

Ale Stare Miasto zobaczyłam!
Chociaż w części!
I Motławę!

Wstyd się przyznać, ale chociaż dwa lata temu byliśmy z Leszkiem w Gdańsku, to na Stare Miasto nie dotarliśmy.
Nie byliśmy wtedy sami na urlopie, nie mieliśmy auta - wtedy dobiliśmy za to do Sopotu i do Gdyni-Orłowa.
Rok temu, w drodze z Władysławowa, wstąpiliśmy ledwie na Westerplatte - z czego bardzo się cieszę, bo od dziecka chciałam tam pojechać.
Bardzo lubię odwiedzać wszelkie historyczne miejsca.

Gdańsk jest piękny, na mojej liście miejsc, które chcę w nim zwiedzić jest bardzo wiele punktów (oczywiście - latarnia morska jest na pierwszym miejscu ;P).
Będę molestować Leszka o to, żeby przyszłoroczne wakacje spędzić właśnie tam.

Myślę, że w Trójmieście, to już ciepłą wodę przez całą dobę mają ;P
Dwa lata temu była ;P

26a.jpg
Do Gdańska zawitaliśmy głównie po to, żeby spotkać się z Ruby Fridays.

Chciałyśmy zobaczyć się od dawna - ale jak dzieli Cię od drugiej osoby pół Polski, to dość trudno to spotkanie zorganizować ;P
Ruby (czyli prześliczna i przemiła Natalia) trochę nas po tych pięknych gdańskich przestrzeniach oprowadziła, za co jeszcze raz w tym miejscu wraz z Lechem dziękujemy!

Lechu cyknął nam pamiątkowe foty.
Miałam sporo oporów przed wrzuceniem ich w sieć, bo przy eleganckiej i stylowej Natalii ja w moim typowo turystycznym stroju, w zakurzonych trampkach, kapeluszu kompletnie do nich niepasującym (zabrałam go z auta po to, żeby Natalia mogła nas rozpoznać w tłumie ;P) i w potarganych od wiatru włosach wyglądam jak Kopciuszek... ale post okolicznościowy to post okolicznościowy, niech będą!

25.jpg

Kochana - mam nadzieję, że jak za rok uda nam się przyjechać do Trójmiasta na wakacje, to razem wybierzemy się na plażę ;)
Mnie nie odmówisz ;P
Jak odmówisz, to Cię zagadam na śmierć ;P

19.jpg
O!
A taki to lokal minęliśmy w drodze do jakiejś kawiarni, w której można było na spokojnie usiąść i pogadać - co prawda jego nazwę pisze się trochę inaczej, niż nazwę mojego bloga (a po wizerunku Marleny Dietrich wnioskuję, że pisać powinno się ją w jeszcze inny sposób - no, kto błąd znajdzie?), ale nie mogłam się powstrzymać przed uwiecznieniem go ;)

24.jpg

No - i tak mi minął ten urlop ;)

Zbyt szybko, w każdym razie ;P
Uwierzcie mi - tak mnie rozleniwił, że teraz nie chce mi się nic.
Kompletnie!

Dobrze, że sierpień zapowiada nam się też dość wyjazdowo - w ten weekend wybieramy się do Warszawy (odwiedzamy moją bardzo dobrą koleżankę z polonistyki i jej narzeczonego - bardzo się stęskniłam za Jolą i nie mogę się doczekać piątku!), w kolejnym pewnie odwiedzimy Kraków (planowaliśmy, że zrobimy to w ten weekend, ale tęsknota za Jolą była silniejsza :>).

A może potem też gdzieś wyskoczymy?

Ja jestem leniwa, ale Lechu jest człowiekiem czynu, więc kto wie - jest opcja, że gdzieś mnie jeszcze w te wakacje porwie ;P

Trzymajcie się - za kilka dni wrzucę tu posta z moim nadmorskim "outfitem".
Będziecie mogli popodziwiać Mar zsuwającą się z falochronu ;P

Ściskam Was bardzo i ciepło pozdrawiam,

Wasza Mar!

P.S. Na pytania o to, gdzie jest moja nadmorska opalenizna odpowiadam już tu - chociażby na nogach ;P Można porównać odcień skóry na moich nogach z tym z poprzedniego posta.
Zmieniłam kolor ze śnieżnobiałego na biały?
Zmieniłam.
No to o co chodzi ;P?

P.S. (2) Wspomniane przeze mnie na posta początku dwie pozostałe pamiątki... to maskotki Furby'ego :D
Pierwszego dnia pobytu wypatrzyłam taką w automacie z zabawkami.
Takim, z którego ponoć można jakąś zabawkę wyciągnąć, jak się wrzuci monetkę i wajchą pokręci.
Tak głosi legenda, bo nie znam nikogo, komu by się to udało.
Ja też Furby'ego nie wyciągnęłam ;P

Żebym nie płakała, to Lechu kupił mi dwie takie maskotki na pobliskich straganach - jedną wtedy, a drugą w dniu wyjazdu.

Te zabawki przypomniały mi, że w dzieciństwie marzyłam o "prawdziwym" Furby'm.
I nigdy go nie dostałam :( Leszek obiecał mi więc, że on mi go podaruje :D
Od trzech dni nie myślę o niczym innym, tylko o tym... który model wybrać :D
I oglądam w internecie filmiki, na których Furby tańczy do "Ona tańczy dla mnie" ;P

Tak, też sądzę, że zaszkodziła mi któraś z zeżartych na urlopie ryb.

Ciekawe, czy będzie gorzej...

Zaloguj się, żeby dodać komentarz.