Lista blogów » Starej Lumpeksiary internetowe wywody.
Nie starczyłoby mi palców u rąk i stóp gdybym miała zliczyć ile razy zaczynałam wielkie odchudzanie. Nie jestem i nigdy nie byłam zwolenniczką jakichkolwiek diet, bo najskuteczniejszą zawsze była, jest i będzie tzw dieta MŻ (mniej żreć). Po wyjściu ze szpitala miałam tyle chęci i zapału żeby coś ze sobą zrobić, ale musiałam odczekać kilka tygodni połogu. Potem jak na złość załapało mnie choróbsko i teraz się antybiotykuję. W sumie to ani katar ani lekka chrypka w diecie by nie przeszkadzały, ale dla mnie podstawą odchudzania jest ruch.
Jedzenie jest sprawą drugorzędną, ale nie oszukujmy się, nałogowe wpieprzanie chipsów, zajadanie się czekoladą i picie hektolitrów pepsi w duecie z ćwiczeniami nie zdziała cudów, więc w tym wypadku możemy tylko zazdrościć genetycznym wybrańcom, którzy mogą pozwolić sobie na dietetyczne grzeszki bez skutków ubocznych. Niestety ja do tego grona się absolutnie nie zaliczam, ale wiem też, że nie muszę katować się listkiem sałaty na obiad, żeby osiągnąć to czego chcę. Wiem, bo raz udało mi się zrzucić 10 kg przy umiarkowanym wysiłku fizycznym (jak mam czas to biegam i ćwiczę, jak nie mam czasu opierdzielam się na kanapie), nie jedzeniu po 18.00 (no ale jak była impreza, a była co tydzień, to i chipsy wjechały), znaczne ograniczenie słodyczy i słonych przekąsek (z wyjątkiem imprez, przecież wszystko jest dla ludzi). W zasadzie tu nie chodzi o żadną cudowną dietę - to, że przez tydzień będę zajadać się tylko kapuścianą zupą nie wpłynie na moje życie - bo ono potrzebuje nie chwilowego oderwania się, a zmian, długofalowych, trwałych w sposobie żywienia.
Odliczam dni...
Zobacz oryginał sob., 19/09/2015 - 08:39Nie starczyłoby mi palców u rąk i stóp gdybym miała zliczyć ile razy zaczynałam wielkie odchudzanie. Nie jestem i nigdy nie byłam zwolenniczką jakichkolwiek diet, bo najskuteczniejszą zawsze była, jest i będzie tzw dieta MŻ (mniej żreć). Po wyjściu ze szpitala miałam tyle chęci i zapału żeby coś ze sobą zrobić, ale musiałam odczekać kilka tygodni połogu. Potem jak na złość załapało mnie choróbsko i teraz się antybiotykuję. W sumie to ani katar ani lekka chrypka w diecie by nie przeszkadzały, ale dla mnie podstawą odchudzania jest ruch.
Liść sałaty na śniadanie, jogurt na obiad a kolacji nie będzie.
Jedzenie jest sprawą drugorzędną, ale nie oszukujmy się, nałogowe wpieprzanie chipsów, zajadanie się czekoladą i picie hektolitrów pepsi w duecie z ćwiczeniami nie zdziała cudów, więc w tym wypadku możemy tylko zazdrościć genetycznym wybrańcom, którzy mogą pozwolić sobie na dietetyczne grzeszki bez skutków ubocznych. Niestety ja do tego grona się absolutnie nie zaliczam, ale wiem też, że nie muszę katować się listkiem sałaty na obiad, żeby osiągnąć to czego chcę. Wiem, bo raz udało mi się zrzucić 10 kg przy umiarkowanym wysiłku fizycznym (jak mam czas to biegam i ćwiczę, jak nie mam czasu opierdzielam się na kanapie), nie jedzeniu po 18.00 (no ale jak była impreza, a była co tydzień, to i chipsy wjechały), znaczne ograniczenie słodyczy i słonych przekąsek (z wyjątkiem imprez, przecież wszystko jest dla ludzi). W zasadzie tu nie chodzi o żadną cudowną dietę - to, że przez tydzień będę zajadać się tylko kapuścianą zupą nie wpłynie na moje życie - bo ono potrzebuje nie chwilowego oderwania się, a zmian, długofalowych, trwałych w sposobie żywienia.
Dieta od poniedziałku
Nie wiem jak jest u Was, ale ja lubię zaczynać coś od poniedziałku. Środek tygodnia, a weekend to już w ogóle nie sprzyjają mi w podejmowaniu jakichkolwiek kroków ku lepszej, chudszej ja. Znając życie (i siebie) w niedzielę przed TYM poniedziałkiem jeszcze sobie pofolguję, chociaż to zbyt lekkie słowo, bo o moich zdolnościach w pożeraniu czekolady swego czasu krążyły legendy. Kiedy powiedziałam mamie, że zostanie babcią, wspomniała, że zawsze wiedziała, że jest w ciąży kiedy mogła zjeść całą tabliczkę czekolady. Cóż, ja nie muszę być w ciąży, żeby tego dokonać, a nawet czasem uda mi się połknąć dwie.
Ja podczas poznańskiego półmaratonu.
Szał ciał
Lubię ćwiczyć w domowym zaciszu, bądź biegać w towarzystwie swoich myśli. Siłownia i zajęcia grupowe to nie do końca moja bajka. Chociaż na zumbę bym chętnie się zapisała, ale to może kiedyś... Wtedy mogę gimnastykować się wtedy kiedy mam ochotę, a nie wtedy kiedy wypada godzina mojej grupy w grafiku. Z kolei na siłce większość przyrządów to dla mnie magiczne maszyny. A orbitreki, rowerki i bieżnia? Nie lubię płacić za coś co mogę mieć za darmo i na świeżym powietrzu.
Ja podczas poznańskiego półmaratonu.Koniec suchej gadki
O sporcie mogłabym nawijać godzinami. Nie byłam dzieckiem, które przynosiło zwolnienia z w-f, tylko dziewczynką, która próbowała wszystkiego (siatkówka, bieganie, chód sportowy, koszykówka, piłka ręczna, zumba, pływanie rekreacyjne). Nie jestem osobą, która całe życie przekoczowała na kanapie (miałam tylko takie epizody) i nagle przed 30-stką stwierdziła, że jednak trzeba się ogarnąć. Nie zaczynam od zera. Dlatego też wymagam od siebie więcej niż 100 m biegu i 500 m marszu. Chciałabym tylko wrócić do sportu regularnego, czerpać z niego radość, a uciekające kilogramy i centymetry traktować jako miły bonus. Tylko samo chcenie (i gadanie o tym) nie wystarczy, trzeba ruszyć tyłek pierwszy raz, drugi, wpaść w ten ciąg, a potem będzie z górki.
Moje drogie, kończę przynudzać. Jednak bloga zamierzam traktować jako taki pamiętnik i narzędzie motywacyjne. Postaram się (nie mogę nic obiecywać, bo znowu bywam tu rzadko) raz w tygodniu dodać post w kategorii "chcę być fit". Nie bójcie się, nie chcę zostać drugą Chodakowską czy Lewandowską - ja chcę tylko pokazać, że się da - bez dziwnych potraw, bez rezygnacji z ulubionych dań, z małą ilością czasu a z wielkimi chęciami.
Zaczynam w poniedziałek oczywiście.
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




