Lista blogów » Brzydki Ptak
Najgorszy festiwalowy look ever...
Zobacz oryginał ndz., 06/09/2015 - 19:21… lub jak pozytywne myślenie może pomóc wyjść z grobu.
Tyle przeczytałam na temat festiwalowych stylizacji, tyle widziałam zdjęć z Coachella, tyle miałam pomysłow na własny look i za każdym razem żalowałam, że nie idę tego lata na żaden festiwal.
Ale drugiego sierpnia przypadkowo trafiłam na jeden z moich ulubionych festiwali - City Jazz. Wokół mnie kręcili się stylowi ludzie w niesamowitych ubraniach, pili koktajle i robili zdjęcia dla fotorelacji w blogach. A ja leżałam na trawie w byle jakich ciuchach, bez makijażu, słuchałam Zaz i myślałam :
"Jakie szczęście, że udało mi się tutaj doczołgać!"
Piszę ten post w pociągu relacji Gdańsk - Wrocław. Nie planowałam żadnych postów na temat "podsumowanie sieprnia/wakacji", bo kosmetyki stoją w kolejce, czekają, kiedy ktoś o nich napisze, a ja nadal piszę o życiu i znów o życiu :) Ale nie mogłam nie wspomnieć, jak akurat miesiąc temu, 31 lipca jechałam tym samym pociągem z Wroclawia do Gdańska i nie byłam pewna, że w ogóle wytrzymam.
Obudziłam się o piatej rano 31 lipca i zrozumiałam, że muszę wracać do domu i iść do lekarza. Wszystko mnie bolalo (o tej kontuzji pisałam tutaj) i było całkowicie oczywiste, że samo nie przejdzie. Zapadkowałam do walizki album „Marylin Monroe” i zieloną koronkową sukienkę (z tego posta) i tak zaczęło się moja długa i męcząca podróż z Wrocławia do Kaliningradu.
Przeżywszy 6 godzin bólu w pociągu, 4 godziny mąk w autobusie i klasyczne perturbacje na granicy, znalazłam się u drzwi swojego mieszkania, gdzie spotkałam... mamę!
„Daria! Jak dobrze, że wróciłaś!” - ucieszyła się mama. - „Zostaniesz na moje urodziny, prawda? Jak dobrze! Akurat z koleżanką kupiłyśmy bilety na festiwal, będziemy nocować u Ciebie, żeby nie jeździć do domu taksówką. Musimy już lecieć, poradzisz sobie tu sama”.
„Daria! Jak dobrze, że wróciłaś!” - ucieszyła się mama. - „Zostaniesz na moje urodziny, prawda? Jak dobrze! Akurat z koleżanką kupiłyśmy bilety na festiwal, będziemy nocować u Ciebie, żeby nie jeździć do domu taksówką. Musimy już lecieć, poradzisz sobie tu sama”.
Nie miałam sumienia, żeby powiedzieć jej, że choruję. Ona tak cieszyła się z powodu festiwalu, urodzin i mojego przyjazdu, że po prostu nie mogłam zburzyć jej nastroju wieścią o mojej poważnej chorobie. Dlatego właśnie rozpakowałam rzeczy, zrobiłam sobie jajecznicę z jajek, które były w lodówce jeszcze przed moim wyjazdem (wiedzieliście, że data ważności jajek to 90 dób?!), zjadłam i poszłam spać.
Następnego dnia mama z entuzjazmem wzięła się na moje leczenie i przygotowanie swoich urodzin. „Idziemy do najlepszej restauracji” - oznajmiła.
Oczywiście, że nie zapomniałam o jej święcie. Całą drogę uspokajała mnie myśl, że moje wszystkie męki zrekompensuje mamina radość w związku z obecnością jej córki na przyjęciu urodzinowym. To właśnie myśląc o niej zabrałam album Marylin Monroe, który, szczerze mówiąc, kupiłam sobie, ale mamie przecież nie pożałuję.
Z myślą o uroczystym wieczorze, wzięłam ze sobą sukienkę (klick). Nie wiem po co, przecież wszystko jedno przez ból w nogach nie mogłabym go założyć z pasującym obuwiem.
„No i co, że nie możesz założyć obcasów?” - nieoczekiwanie powiedziała mama. - „Te trampki, w których przyjechałaś są całkiem-całkiem! Widziałam, że ostatnio dużo osób tak chodzi. Zakładaj je i idziemy, bo inaczej się spóźnimy!”.
„No i co, że nie możesz założyć obcasów?” - nieoczekiwanie powiedziała mama. - „Te trampki, w których przyjechałaś są całkiem-całkiem! Widziałam, że ostatnio dużo osób tak chodzi. Zakładaj je i idziemy, bo inaczej się spóźnimy!”.
Selfie w „najlepszej restauracji”
W taki sposób moja elegancka mama dała pozwolenie na wyjście w kapciach i wyruszyliśmy do restauracji. Wieczorem miał odbyć się także końcowy etap festiwalu i wystąpienie mojej ulubienicy Zaz. W sekrecie wyznałam mamie, że jeżeli wieczorem nie będę się zbyt źle czuć, pójdę posiedzieć i posłuchać koncertu przy płocie, jak robią to wszyscy, którzy nie mają biletu.
Gdańsk. Mąż zaprosił mnie do najsłodszej kawiarni na świecie
Po paru godzinach zadzwoniła do mnie mama i powiedziała: „Wszystko załatwione. Szykuj się, znalazłam dla Ciebie bilet.”
I oto ja, w biegu łykając dodatkowe tabletki przeciwbólowe, pokuśtykałam na festiwal. Co było dalej – już doskonale wiecie :)
I oto ja, w biegu łykając dodatkowe tabletki przeciwbólowe, pokuśtykałam na festiwal. Co było dalej – już doskonale wiecie :)
Za to na następny dzień zaczęli się niestety lekarze, lekarstwa i ... tomograf.
Tomograf to taka rura rozmiarów człowieka, gdzie trzeba wjechać na specjalnych noszach i leżeć bez ruchu. Nie był dla mnie niczym nowym fakt, że panicznie boję się zamkniętych przestrzeni, ale mimo wszystko miałam nadzieję, że zdrowy rozsądek zwycięży. Myliłam się.
Tomograf to taka rura rozmiarów człowieka, gdzie trzeba wjechać na specjalnych noszach i leżeć bez ruchu. Nie był dla mnie niczym nowym fakt, że panicznie boję się zamkniętych przestrzeni, ale mimo wszystko miałam nadzieję, że zdrowy rozsądek zwycięży. Myliłam się.
„No i co? Tam jest przecież jasno i dużo powietrza! I ta rura zupełnie nie jest podobna do trumny.” - odpowiadała bez empatii mama, kiedy wyszłam z gabinetu i nie reagowałam na żadne bodźce.
To właśnie dlatego nazywane jest fobią, że nie ma żadnego logicznego usprawiedliwienia! Mogę zatrzymać się na sekundę i powiedzieć sobie: „Chwila, przecież nic strasznego się nie dzieje!”. I w tym czasie robi się jeszcze gorzej. Dlatego, że właśnie wtedy zaczynam rozumieć, że zaczął się u mnie atak niekontrolowanej i nieuzasadnionej paniki.
Może i w tym tomografie jest jasno i jest dużo powietrza, ale kiedy sufit 10 cm nad Tobą to bardziej to przypomina grobowiec, o których czytałam u E.A. Poe. I jeszcze trochę koszmarny piec w Oświęcimiu (kto widział, ten zrozumie).
Każdy wdech był dla mnie wyzwaniem, nie mogłam przestać myśleć o tym, co się stani, jeśli nagle zacznę się dusić, jeżeli stracę nad sobą kontrolę i zacznę bić w ścianki i sufit i ile będzie im potrzebne czasu, żeby mnie wyciągnąć.
Leżałam tam z zamkniętymi oczami i wyobrażałam sobie twarz męża. W najdrobniejszych szczegółach widziałam, zmuszałam się, żeby widzieć, jak spacerujemy po uliczkach Gdańska, a nad nami wysokie – wysokie niebo, świeci słońce i poskrzykują mewy.
Rok później – w tej samej restauracji, gdzie świętowaliśmy wesele
Musiałam przejść te badania dla Niego. Żeby poznać diagnozę, otrzymać porady lekarza i pojechać do męża do Gdańska, gdzie zawsze jest tak dobrze.
Badanie nie dało jednak żadnych określonych odpowiedzi, pozwoliło jednak stwierdzić, że mimo wszystko daleko mi jeszcze na tamten świat.
Patrzać teraz na zdjęcia z Kaliningradu, nie mogę znaleźć ani odrobiny smutku, który powinien był mi towarzyszyć. W końcu rodzice ciągle wozili mnie nad morze („nic nie szkodzi, że nie możesz chodzić. Położymy się od razu, gdy wyjdziemy z samochodu”)!
W końcu wróciłam do męża! Razem z mamą, oczywiście. Pojechała ze mną, żeby pomóc mi z bagażami. Moje szczęścię znów bylo ze mną.
Na wystawie bursztynu. Mąż ćwiczy chiński, a ja wgapiam się w biżuterię
Po dwóch tygodniach odbyło się jeszcze jedno szczęśliwe wydarzenie – mama i tata przyjechali odwiedzić nas w Gdańsku. Tata, którego nigdy nie mogłam wyciągnąć z domu! Byłam naprawdę w siódmym niebie!
Zaplanowałam dla rodziców wyjazd nad morze i tata był bardzo zadowolony...
a mama, jak zwykle, zażądała by zaprowadzić ją do najlepszej restauracji ;)
P.S. Mama mówi, że boję się zamkniętych przestrzeni przez to, że w dzieciństwie tata wsadził mnie do pudełka od telewizora, żeby sprawdzić czy boję się ciemności. Ja tego nie pamiętam, ale to bardzo podobne do mojego taty...
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.


























