Mam wrażenie, że nie było mnie tu straszliwie długo. Odczuwam to tym bardziej, że mam w zapasie sporo zdjęć, które czas najwyższy wrzucić na bloga!
Przyczyna mojej nieobecności była o tyle prozaiczna, co przykra oraz niezależna ode mnie.
Riko wylądował w szpitalu i co by nie zejść tam na nudę, przejął laptopa na tych kilka dni.
A ja jak dziecko! Tupałam nogami, grymasiłam, wywracałam oczami, marudziłam. Ale i jak dziecko pokornie zniosłam zaistniałe warunki. I czekałam.
Doczekałam się wreszcie i Riko, i komputera, więc tadam! Jestem!
Wprawdzie w nie najlepszej kondycji, bo złamało mnie takie lumbago, że mi dzisiaj mąż musiał skarpetki i majty ubierać. Nawet leżenie mnie boli. Uwierzcie mi na słowo - piszę w naprawdę pokracznej pozycji;-)
Ale nic to, humor jest!
Włączcie sobie piosenkę na dziś.


Czym prędzej publikuję zalegające na dysku zdjęcia, bo trącą zimą, a za oknem piękna wiosna. A lepiej, żeby się zgadzało;-)
Choć w sumie te fotki powstały nie tak na dawno, półtora tygodnia temu. Po prostu było wtedy chłodno.
Co mamy? Szaro mamy, luźno mamy, płaszcz po Mamie mamy. Dobrze się czuję w takich zestawach. Wiem, że ani to zgrabne, ani szczególnie kobiece, ale to bardziej mnie definiuje niż szpilki. Zwłaszcza w lesie;-D
Tego dnia odwiedziliśmy
Rezerwat Śnieżycowy Jar. Przepiękne, klimatyczne miejsce, prezent od natury. Mam szczęście mieszkać bardzo blisko.
Ale wiecie co? Pamiętam Śnieżycowy Jar z czasów, kiedy wiedzieli o nim tylko okoliczni mieszkańcy, a odwiedzali nieliczni. Teraz trąbią o tym w tefałenach i teleekspresach i w weekendy, w okresie, gdy kwitnie śnieżyca, jest tam tyle ludzi co w tesco przed świętami. Niegdyś dzika, cicha ścieżka zamieniła się w deptak.
Pamiętam jak jeździłam tam rowerem, delektowałam się melodią lasu i urodą jaru. Czasami się nawet trochę bałam, bo żywej duszy tam nie było.
Ale ja rozumiem, każdy chce móc podziwiać dość nietypowe zjawisko (śnieżyca w Wielkopolsce?!) i uroczy zakątek.
Wystarczy udać się tam w dzień powszedni i już nie ma tłumów. Okej.
No ale jest coś, co absolutnie wyprowadza mnie z równowagi. Wrrrr!!!!
Ignoranci, którzy wloką się do tego lasu i podnieceni, że są w miejscu, o którym w telewizorze gadali, pstrykają zdjęcia jak najęci, pakując się w kwiatki i depcząc cebulki, które już nie będą miały szansy wyrosnąć.
Tabliczka z zakazem deptania na każdym kroku, strażnicy leśni edukują i pilnują, specjalnie przygotowana ścieżka jest, a ci heja, w kwiatki, bo słitfocię na fejsbuka trzeba zrobić. Szlag mnie trafia, jak widzę całe rodziny kielczących się bałwanów kucających w śnieżycy, aby się obfocić. Zwracanie uwagi, niestety, nie pomaga.
Albo pseudofotografowie pochylający się ze swoimi "masełkami" nad kwiatkami, żeby zrobić pięćdziesiąte to samo zdjęcie. Choć w sieci jest całe morze podobnych.
Nie można po prostu iść tam, nacieszyć oczy, uszanować elementarne zasady i nauczyć tego samego swoje dzieci?
fot. Igor & Riko
płaszcz (coat) - szafa Mamy (my Mum's wardrobe)
sweter (jumper) - h&m
szal (scarf) - h&m (sh)
spodnie (jeans) - sh (4 złote polskie, yupi!)
buty (shoes) - nn
torebka (bag) - river island (sh)
czapka (hat) - nn
rękawiczki (gloves) - ?