Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Musztarda w wersji "na jesień"
Zobacz oryginał czw., 13/11/2014 - 09:13Nie byłabym sobą, gdybym - nosząc je cały rok - i jesienią nie sięgnęła po musztardowości.
Zatem sięgam - sięgam po nie z upodobaniem takim samym, jak w miesiące letnie, wiosenne i zimowe.
Albo i większym nawet - bo jesienią musztarda widzi mi się szczególnie.
W końcu w musztardowym kolorze są też leżące dookoła liście!
Przywdziewając więc coś musztardowego w jesienne dni mam wrażenie, że wpasowuję się idealnie w otaczający mnie krajobraz ;)
Ten prezentowany Wam tu zestaw był "klecony" jako typowy zestaw na niedzielny spacer/niedzielne spotkanie z Lechem.
W mojej małej, rodzinnej miejscowości (jak zapewne i w innych małych miejscowościach) przyjęte jest, że gdy człowiek opuszcza mury domu/mieszkania w niedzielny dzień, to dobrze by było aby jako tako elegancko wówczas ubranym był.
Nawet jeśli nie zamierza udać się tego dnia na nabożeństwo do pobliskiego kościoła.
I chociaż nie jestem "straszną mieszczanką" (kto nie wie o co chodzi, tego do wiersza Tuwima odsyłam - można sobie wygooglować: "Straszni mieszczanie" ;)) to zwyczaj ten w jakiejś części przejęłam - z wyjątkiem tych niedziel, w które nic mi się nie chce lubię się w te dni ubrać po prostu ładnie :)
O tym, że "jako tako elegancko" i tak oznacza u mnie dość sporą dozę luzu ubraniowego wiecie już dobrze.
Nie jesteście więc zapewne zdziwieni, że chociaż o elegancji mówię, to nie ma tu żadnej garsonki ani czółenek na szpilce ;)
(Chociaż pewnie gdybym dorwała gdzieś musztardową garsonkę, to i ją bym nosiła ;P)
Tym elementem całości od którego zaczęło się moje kompletowanie jej był ten oto komin - komin w kratę.
W kratę, której jedną ze składowych kolorystycznych jest musztarda właśnie.
Komin nabyłam w łódzkim salonie Lokaah.
Jak już Wam kiedyś wspominałam - lubię Lokaah.
Chociaż bardziej lubiłam wszelkie sklepy "indyjskie" w latach mojej licealnej młodości, to i obecnie udaje mi się tam znaleźć sporo ciekawych, "innych" rzeczy.
Komin od razu wpadł mi w oko.
W sezonie jesień - zima mają w Lokaah całą masę fajnych szali i kominów, jednak większość z nich jest gładka (ale wełniana, to zawsze jakiś plus).
A gładkich otulaczy szyi to ja już mam pół szafy.
Takich jak ten nie miałam ani pół sztuki.
Zatem nie mogłam nie zabrać go ze sobą do domu ;)
W czasie tamtej mej w Lokaah wizyty upolowałam tam także bardzo fajny plecak, który wygląda jakby był vintage ;)
Mam już na niego kilka pomysłów "stylizacyjnych" (póki co - traktuję go jako torbę w czasie robienia zakupów w dyskontach ;P) - mam więc też nadzieję, że wkrótce i nim się Wam pochwalę ;)
Kiedy już więc wpadł mi w ręce komin i pewną byłam, że chcę go założyć, to musiałam wyszperać w mojej szafie coś, do czego by pasował.
Szybko wymyśliłam, że założę do niego zwykły, prosty, bawełniany sweter z H&M'u.
Sweter ten lubię nie tylko dlatego, że jest musztardowy.
Lubię go też dlatego, że jest rozpinany i przez to wyjątkowo przydatny tak w chłodne, jak i w cieplejsze nieco dni.
W te cieplejsze zakładam go po prostu na jakąś koszulkę i w razie potrzeby rozpinam, a w chłodne mogę dzięki jego rozpięciu założyć pod niego jakieś inne, też ciepłe cudo, ale na przykład z szalowym golfem.
Celowo kupiłam go w rozmiarze o jeden numer większym, niż powinnam.
Bo nie przepadam za takimi modelami swetrów, gdy są dopasowane do ciała.
Ja to lubię, kiedy sweter jest nieco luźniejszy, kiedy mogę mu zbluzować rękawy, kiedy sobie w miarę luźno na mnie wisi.
To czarne cudo, które mam pod swetrem to nie jest spódnica.
To sukienka.
Czarna, dżersejowa sukienka.
Bardzo często noszę ją właśnie tak, jak tu - tak, by udawała, że jest spódnicą.
Robię tak głównie ze względów praktycznych - bo wtedy "ociepla" mi także górę ciała ;P
A poza tym czarną, sięgającą do połowy uda/przed kolano spódnicę mam tylko jedną.
Więc muszę ją oszczędzać - wiecie, jak jest ;P
Sukienkę także nabyłam w H&M'ie i miało to miejsce mniej więcej wtedy, kiedy kupiłam moją czarną narzutkę z poprzedniego posta.
Także - kilka lat już ze mną jest ;)
Dobrze, że ją mam - dzięki temu nie muszę się zbyt długo namyślać nad tym co mam założyć, jeśli niespodziewanie okazuje się że czeka mnie jakieś "wieczorowe" wyjście na którym wstydu nie przyniosę, jeśli się w czerń odzieję ;)
Kiedyś zaprezentuję ją Wam w jej docelowym, sukienkowym wydaniu.
Ma bardzo ładne wycięcie na plecach i równie ładny dekolt, jest dopasowana do ciała i ogólnie wygląda dość stylowo.
Także - przypomnijcie mi za jakieś dwa posty, że miałam ją zaprezentować ;P
Rękawiczki i kopertówkę już znacie, nie będę więc o nich nudzić.
Powiem tylko, że ostatnimi czasy miałam w planach sprawienie sobie innej, podobnej tej rozmiarami kopertówki.
Ale doszłam do wniosku, że mogę ten plan odłożyć w czasie.
Jesień i zima to nie są wszak pory roku, w które człowiek często gdzieś z kopertówką wychodzi (w Sylwestra czy Andrzejki to i tak trzeba dużą torbę ze sobą zabrać - w małą się flaszki nie zmieszczą przecież ;P).
Póki co - gdy "stylizacja" będzie tego dodatku wymagała, to będziecie musieli i musiały oglądać mnie albo z tą albo z tą moją drugą - nieco od tej mniejszą - kopertówką ;P
Okulary pojawiły się tu już kiedyś, przelotem - w poście zapowiadającym jesieni nadejście (klik!).
Teraz macie okazję do tego, żeby podziwiać je trochę bardziej ;)
Tak, to są te osławione okulary o szkłach koloru ropy naftowej - te, które z Władysławowa w wakacje przywiozłam.
Oczywiście - teorię o kolorze ropy szerzy Mój Osobisty Fotograf, czyli Lechu.
Ja twierdzę, że one są musztardowe ;P
Buty też już kiedyś były - raz.
W pierwszym blogowym poście, który przypomnianym został przy okazji urodzin bloga (też klik!).
Kocham je miłością szczerą.
Kupiłam je dawno, dawno temu (tak, tanie buty z czegoś, co można by ceratą nazwać zrobione też potrafią kilka sezonów przeżyć - te są na to najlepszym dowodem!).
W sklepie, którego dziś już nie ma - w Boot Squarze.
Mieliśmy w Łodzi taki przybytek butowej rozpusty, mieliśmy.
Teraz jest tam inny sklep z niedrogim dość (ale nie badziewnym - to nieco inna "klasa" sklepów, niż złą sławą owiane butiki Vices) obuwiem.
Szkoda, że nie mają w nim (ani w żadnym innym - nad czym boleję) butów na jesień z podobnie szeroką cholewką.
Ja uwielbiam botki z poszerzanymi cholewkami, bo naprawdę - tylko w nich moje łydki dobrze wyglądają.
(A, tak - z butów "wystają" rajstopy.
Takie grube, dzianinowe. I z "warkoczem".
Nie powiem Wam, gdzie je kupiłam - chyba w H&M'ie.
Grube to to, bo to 120 albo 160 DEN jest.
I ciepłe bardzo.
Muszę się i w tym roku za podobnymi rozejrzeć.
Póki co jeszcze nigdzie takich nie widziałam.
Pewnie koło świąt się pojawią ;P)
Na koniec zostawiłam Wam te zdjęcia, które prezentują zestaw w wersji pełnej ;)
Razem z odzieniem wierzchnim, które tego dnia miałam na sobie, acz przez większą dnia część dzierżyłam je pod pachą, bo dość ciepło było.
W tej "wersji" widać tu i płaszcz i beret.
Płaszcz już raz widzieliście/widziałyście.
W lutym - tu.
Łup z Zalando.
Od KIOMI.
Ciepły jak nie wiem, idealnie czarny, a w dodatku - baaardzo stylowy ;)
Jedynym jego mankamentem jest to, że jak wszystkie płaszcze i kurtki ma nieco zbyt długie na mnie rękawy.
Ale przyzwyczaiłam się do tego, że jak się jest kurduplem, to ma się takie problemy.
Beret wypatrzyłam którejś z ubiegłych jesieni w moim ukochanym Nashe.
Ten prezentowany Wam tu zestaw był "klecony" jako typowy zestaw na niedzielny spacer/niedzielne spotkanie z Lechem.
W mojej małej, rodzinnej miejscowości (jak zapewne i w innych małych miejscowościach) przyjęte jest, że gdy człowiek opuszcza mury domu/mieszkania w niedzielny dzień, to dobrze by było aby jako tako elegancko wówczas ubranym był.
Nawet jeśli nie zamierza udać się tego dnia na nabożeństwo do pobliskiego kościoła.
I chociaż nie jestem "straszną mieszczanką" (kto nie wie o co chodzi, tego do wiersza Tuwima odsyłam - można sobie wygooglować: "Straszni mieszczanie" ;)) to zwyczaj ten w jakiejś części przejęłam - z wyjątkiem tych niedziel, w które nic mi się nie chce lubię się w te dni ubrać po prostu ładnie :)
O tym, że "jako tako elegancko" i tak oznacza u mnie dość sporą dozę luzu ubraniowego wiecie już dobrze.
Nie jesteście więc zapewne zdziwieni, że chociaż o elegancji mówię, to nie ma tu żadnej garsonki ani czółenek na szpilce ;)
(Chociaż pewnie gdybym dorwała gdzieś musztardową garsonkę, to i ją bym nosiła ;P)
Tym elementem całości od którego zaczęło się moje kompletowanie jej był ten oto komin - komin w kratę.
W kratę, której jedną ze składowych kolorystycznych jest musztarda właśnie.
Komin nabyłam w łódzkim salonie Lokaah.
Jak już Wam kiedyś wspominałam - lubię Lokaah.
Chociaż bardziej lubiłam wszelkie sklepy "indyjskie" w latach mojej licealnej młodości, to i obecnie udaje mi się tam znaleźć sporo ciekawych, "innych" rzeczy.
Komin od razu wpadł mi w oko.
W sezonie jesień - zima mają w Lokaah całą masę fajnych szali i kominów, jednak większość z nich jest gładka (ale wełniana, to zawsze jakiś plus).
A gładkich otulaczy szyi to ja już mam pół szafy.
Takich jak ten nie miałam ani pół sztuki.
Zatem nie mogłam nie zabrać go ze sobą do domu ;)
W czasie tamtej mej w Lokaah wizyty upolowałam tam także bardzo fajny plecak, który wygląda jakby był vintage ;)
Mam już na niego kilka pomysłów "stylizacyjnych" (póki co - traktuję go jako torbę w czasie robienia zakupów w dyskontach ;P) - mam więc też nadzieję, że wkrótce i nim się Wam pochwalę ;)
Kiedy już więc wpadł mi w ręce komin i pewną byłam, że chcę go założyć, to musiałam wyszperać w mojej szafie coś, do czego by pasował.
Szybko wymyśliłam, że założę do niego zwykły, prosty, bawełniany sweter z H&M'u.
Sweter ten lubię nie tylko dlatego, że jest musztardowy.
Lubię go też dlatego, że jest rozpinany i przez to wyjątkowo przydatny tak w chłodne, jak i w cieplejsze nieco dni.
W te cieplejsze zakładam go po prostu na jakąś koszulkę i w razie potrzeby rozpinam, a w chłodne mogę dzięki jego rozpięciu założyć pod niego jakieś inne, też ciepłe cudo, ale na przykład z szalowym golfem.
Celowo kupiłam go w rozmiarze o jeden numer większym, niż powinnam.
Bo nie przepadam za takimi modelami swetrów, gdy są dopasowane do ciała.
Ja to lubię, kiedy sweter jest nieco luźniejszy, kiedy mogę mu zbluzować rękawy, kiedy sobie w miarę luźno na mnie wisi.
To czarne cudo, które mam pod swetrem to nie jest spódnica.
To sukienka.
Czarna, dżersejowa sukienka.
Bardzo często noszę ją właśnie tak, jak tu - tak, by udawała, że jest spódnicą.
Robię tak głównie ze względów praktycznych - bo wtedy "ociepla" mi także górę ciała ;P
A poza tym czarną, sięgającą do połowy uda/przed kolano spódnicę mam tylko jedną.
Więc muszę ją oszczędzać - wiecie, jak jest ;P
Sukienkę także nabyłam w H&M'ie i miało to miejsce mniej więcej wtedy, kiedy kupiłam moją czarną narzutkę z poprzedniego posta.
Także - kilka lat już ze mną jest ;)
Dobrze, że ją mam - dzięki temu nie muszę się zbyt długo namyślać nad tym co mam założyć, jeśli niespodziewanie okazuje się że czeka mnie jakieś "wieczorowe" wyjście na którym wstydu nie przyniosę, jeśli się w czerń odzieję ;)
Kiedyś zaprezentuję ją Wam w jej docelowym, sukienkowym wydaniu.
Ma bardzo ładne wycięcie na plecach i równie ładny dekolt, jest dopasowana do ciała i ogólnie wygląda dość stylowo.
Także - przypomnijcie mi za jakieś dwa posty, że miałam ją zaprezentować ;P
Rękawiczki i kopertówkę już znacie, nie będę więc o nich nudzić.
Powiem tylko, że ostatnimi czasy miałam w planach sprawienie sobie innej, podobnej tej rozmiarami kopertówki.
Ale doszłam do wniosku, że mogę ten plan odłożyć w czasie.
Jesień i zima to nie są wszak pory roku, w które człowiek często gdzieś z kopertówką wychodzi (w Sylwestra czy Andrzejki to i tak trzeba dużą torbę ze sobą zabrać - w małą się flaszki nie zmieszczą przecież ;P).
Póki co - gdy "stylizacja" będzie tego dodatku wymagała, to będziecie musieli i musiały oglądać mnie albo z tą albo z tą moją drugą - nieco od tej mniejszą - kopertówką ;P
Okulary pojawiły się tu już kiedyś, przelotem - w poście zapowiadającym jesieni nadejście (klik!).
Teraz macie okazję do tego, żeby podziwiać je trochę bardziej ;)
Tak, to są te osławione okulary o szkłach koloru ropy naftowej - te, które z Władysławowa w wakacje przywiozłam.
Oczywiście - teorię o kolorze ropy szerzy Mój Osobisty Fotograf, czyli Lechu.
Ja twierdzę, że one są musztardowe ;P
Buty też już kiedyś były - raz.
W pierwszym blogowym poście, który przypomnianym został przy okazji urodzin bloga (też klik!).
Kocham je miłością szczerą.
Kupiłam je dawno, dawno temu (tak, tanie buty z czegoś, co można by ceratą nazwać zrobione też potrafią kilka sezonów przeżyć - te są na to najlepszym dowodem!).
W sklepie, którego dziś już nie ma - w Boot Squarze.
Mieliśmy w Łodzi taki przybytek butowej rozpusty, mieliśmy.
Teraz jest tam inny sklep z niedrogim dość (ale nie badziewnym - to nieco inna "klasa" sklepów, niż złą sławą owiane butiki Vices) obuwiem.
Szkoda, że nie mają w nim (ani w żadnym innym - nad czym boleję) butów na jesień z podobnie szeroką cholewką.
Ja uwielbiam botki z poszerzanymi cholewkami, bo naprawdę - tylko w nich moje łydki dobrze wyglądają.
(A, tak - z butów "wystają" rajstopy.
Takie grube, dzianinowe. I z "warkoczem".
Nie powiem Wam, gdzie je kupiłam - chyba w H&M'ie.
Grube to to, bo to 120 albo 160 DEN jest.
I ciepłe bardzo.
Muszę się i w tym roku za podobnymi rozejrzeć.
Póki co jeszcze nigdzie takich nie widziałam.
Pewnie koło świąt się pojawią ;P)
Na koniec zostawiłam Wam te zdjęcia, które prezentują zestaw w wersji pełnej ;)
Razem z odzieniem wierzchnim, które tego dnia miałam na sobie, acz przez większą dnia część dzierżyłam je pod pachą, bo dość ciepło było.
W tej "wersji" widać tu i płaszcz i beret.
Płaszcz już raz widzieliście/widziałyście.
W lutym - tu.
Łup z Zalando.
Od KIOMI.
Ciepły jak nie wiem, idealnie czarny, a w dodatku - baaardzo stylowy ;)
Jedynym jego mankamentem jest to, że jak wszystkie płaszcze i kurtki ma nieco zbyt długie na mnie rękawy.
Ale przyzwyczaiłam się do tego, że jak się jest kurduplem, to ma się takie problemy.
Beret wypatrzyłam którejś z ubiegłych jesieni w moim ukochanym Nashe.
Nie, to wcale nie jest model "skarpeta"!
On tak się na zdjęciach jedynie prezentuje ;P
Ogólnie jest dość płaski ;P
Płaszcz - KIOMI
Sweter - H&M
Sukienka - H&M
Rajstopy - H&M (?)
Botki - Boot Square
Komin - Lokaah
Beret - Butik Nashe: Zgierz, ul. Parzęczewska
Okulary - no name
Rękawiczki - Butik Nashe: Zgierz, ul. Parzęczewska
Kopertówka - no name (Allegro)
"Outfit" zaprezentowany?
Zaprezentowany.
Opisany?
Opisany.
No to teraz czas na insze inszości.
Jakiś czas temu Marylka z http://addicted-to-passion.blogspot.com postanowiła wyróżnić mojego bloga jako bloga kreatywnego.
Bardzo lubię Marylkę, lubię jej bloga, jej sposób prowadzenia go i zdjęcia którymi nas raczy, zatem zrobiło mi się niezwykle miło, że to właśnie przez Nią zostałam wyróżniona.
Nie powiem - nieco się zaskoczyłam, bo różnie o swoim blogu myślę, lecz kreatywnym bym go nie nazwała.
Ale że takie wyróżnienie wiąże się z koniecznością odpowiedzenia na parę pytań, no to tego tam - pytania i odpowiedzi zamieszczam poniżej :)
1. Nad czym obecnie pracuję?
Pytanie wydaje mi się bardzo... ogólne. Zatem i ogólnie na nie odpowiem ;)
W kwestiach prywatnych i zawodowych nad tym, żeby jak najmniej narzekać ;)
I żeby poskromić drzemiącego we mnie lenia.
W kwestiach związanych z blogiem - próbuję wdrażać w życie plany dotarcia z nim do szerszej publiczności.
Stąd też wreszcie, po prawie roku jego istnienia, uruchomiłam mu fanpejdż.
Szczerze gardzę blogowym spamem, wypisywaniem do innych błagalnych próśb o obserwację i resztą takich pierdół, zatem stawiam na zwiększenie mojej bytności na różnych portalach poświęconych modzie i szafiarstwu.
Rozważam także pewien podział bloga na trzy przejrzyste kategorie: "stylizacje", "recenzje kosmetyczne" i... no właśnie, ta trzecia.
Ta trzecia miałaby zawierać posty jakie bym tu bardzo pisać czasem chciała, ale jakich pisać się trochę boję, bo nie chcę się porozdrabniać.
Chodzi mi o coś w stylu "okiem Mar".
Jakieś takie moje refleksje o świecie mnie otaczającym, utrzymane w tonie moich poprzedniopostowych rozważań na temat FashionWeek'a.
Nie wiem, czy w ostateczności zdecyduję się na coś takiego - pożyję, zobaczę.
2. Czy moje prace różnią się od innych?
Te prace, które z blogiem nie są związane - pewnie nie.
Nie widzę w nich niczego wyjątkowego.
Szczerze.
Z ręką na sercu.
Natomiast "prace" blogowe = wpisy na pewno wyróżniają się na tle postów innych blogujących o modzie/ciuchach tym, że ja na swoim blogu PISZĘ.
Nie znaczy to, że uważam się za lepszą od tych, którzy i które nie piszą.
Nigdy tak nawet nie pomyślałam.
Ot, jeden lubi truskawki a drugi - porzeczki.
Ja pisać bardzo lubię, jestem osobą gadatliwą z natury.
Gdyby ktoś zabronił mi pisania i kazał jedynie wrzucać tu zdjęcia, to nie jestem pewna czy wytrzymałabym w blogosferze rok ;)
Chyba by mnie to znudziło.
Poza tym jest jeszcze jedna rzecz - zdaję sobie sprawę z tego, że wiele moich ciuchowych zestawów to nie są połączenia mega oryginalne ani wyszukane.
Jakoś więc muszę Was sobą zainteresować albo chociaż - zapaść Wam w pamięć ;P
No wiecie - że zobaczycie gdzieś mojego avatara i przypomnicie sobie:
"A, to ta co tak zawsze nudzi!"
;)
3. Dlaczego tworzę i piszę bloga?
Po części z tej samej przyczyny z jakiej tworzą i piszą blogi inni - z próżności, z chęci "pokazania" się, pochwalenia, zaprezentowania kawałka siebie w jakimś miejscu.
W miejscu, które będzie tak bardzo moje, na ile to tylko będzie możliwe.
Po części z powodu, który jakoś tam wiąże się z tym wyżej wymienionym - z chęci stworzenia sobie w sieci miejsca, które za jakiś czas będzie swoistą "pamiątką" minionych chwil.
No i wreszcie - blog wypełnia mi pustkę towarzyską i wolnochwilową ;)
Nie lubię musieć nawiązywać przypadkowych kontaktów z przypadkowymi ludźmi, z którymi jestem zmuszona z powodów niezależnych ode mnie przebywać (praca, szkoła, miejsce zamieszkania).
Wolę nawiązywać je z tymi, którzy mają chociaż w części podobne do mnie zainteresowania.
W blogosferze jest dużo bab, które lubią ciuchy i ładne zdjęcia ;)
No, to już wiecie po co tu jestem ;P
4. Jak wygląda mój proces tworzenia?
No to tak...
Otwieram szafę, coś z niej na mnie wypada...
Nie no, dobra, czasem wypada, ale częściej po prostu wymyślam, układam sobie w głowie różne zestawy ubraniowe, zakładam je na siebie w różne miejsca w które założyć coś na siebie muszę, bo z domu wychodzę, i jeśli akurat pozwala na to pogoda/pozwalają na to plany Leszka i moje, to po mojej i Leszka pracy lub innych naszych obowiązkach idziemy na zdjęcia.
Najczęściej nie chce nam się nigdzie jeździć ani chodzić i zdjęcia robimy w parkach w okolicy w której akurat wygodnie nam się spotkać.
Ja pozuję, Lechu się złości - że robię to nie tak, jak powinnam.
Bo jego zdaniem jak pozuję "po swojemu", to nie wychodzę dobrze ;P
A moim - rewelacyjnie ;P
Jak już się Lechu zezłości, to potem ja się złoszczę.
Dochodzi do awantury.
Przyjeżdża karetka...
Dobra, znowu żartuję ;P
Obywa się bez karetki.
Zwykle Lechu krzyczy, ale nie przerywa robienia zdjęć, a ja staram się nie przerywać pozowania ;P
Jak "sesja" się kończy, to jesteśmy już pogodzeni ;P
Wieczorem w dniu robienia zdjęć męczę Lecha o to, żeby wysłał mi miniaturki wszystkich zrobionych fot.
Z nich wybieram te, które mi się podobają.
Po jakimś tygodniu Lechu do nich zasiada i następuje kolejna awantura - że wybrałam same najgorsze.
Ale dzielnie obrabia te, których numery mu podyktowałam ;P
Jak już mam zdjęcia, to piszę.
Pisanie zajmuje mi najwięcej czasu ;P
Kiedy post jest dodany, to oboje z Lechem jesteśmy z niego zazwyczaj dumni ;P
(no dobrze - Lechu mniej, bo jeszcze marudzi, że przez mój wybór zdjęcia nie są tak dobre, jak chciałby aby były żeby nie musiał się ich wstydzić ;P)
Trochę inaczej wygląda sprawa, jeśli chodzi o posty kosmetyczne - często poprzedza ja kilkumiesięczne nawet używanie jakiegoś kosmetyku.
Ponieważ przyjęłam zasadę, że będę tu pisała tylko o kosmetykach wartych tego, aby parę słów o nich napisać, to staram się mieć pewność, że nie zachwalę Wam jakiejś bomby z opóźnionym zapłonem - takiej, co to przez pierwsze dwa opakowania wydawała się całkiem spoko, a przy trzecim (po dodaniu posta chwalącego jej zbawienne rzekomo właściwości) jej toksyczne działanie skumulowało się do tego stopnia, że niemal pozbawiło mnie życia ;P
Zatem - post z jakąś recenzją kosmetyczną pojawia się dopiero wtedy, gdy mam sto procent pewności że jest sens o danym produkcie pisać.
Kiedy nabywam już tę pewność, to zwykle nie mam na stanie żadnego opakowania danego kosmetyku które by się ładnie na zdjęciu prezentowało, więc z obfoceniem go czekamy z Lechem do czasu zakupu przeze mnie nowego opakowania ;P
A z zaopatrzeniem drogerii bywa różnie - aktualnie szukam po wszystkich możliwych żelu do mycia tłustej skóry od Green Pharmacy, który mnie bardzo pozytywnie we wrześniu zaskoczył i zaskakiwał mnie tak aż do teraz.
No, ale się skończył.
A kolejnego opakowania kupić nie mogę, bo nigdzie tego żelu nie mają :(
Inne rodzaje są, a tego nie ma :(
Nie ma więc też zdjęć i nie ma recenzji :(
Ja w zabawie nikogo nie nominuję, bo wiem, że takie nominacje zwykle nominowanych złoszczą.
Uciekam, bo znowu się rozpisałam, co pewnie skutkować będzie tym, że będziecie mi w narzekać w komentarzach: "Daj, Mar, żyć! Nie pisz tak dużo!"
No to kończę ;)
Całuję Was i ściskam bardzo mocno!
Wasza Mar!
On tak się na zdjęciach jedynie prezentuje ;P
Ogólnie jest dość płaski ;P
Płaszcz - KIOMI
Sweter - H&M
Sukienka - H&M
Rajstopy - H&M (?)
Botki - Boot Square
Komin - Lokaah
Beret - Butik Nashe: Zgierz, ul. Parzęczewska
Okulary - no name
Rękawiczki - Butik Nashe: Zgierz, ul. Parzęczewska
Kopertówka - no name (Allegro)
"Outfit" zaprezentowany?
Zaprezentowany.
Opisany?
Opisany.
No to teraz czas na insze inszości.
Jakiś czas temu Marylka z http://addicted-to-passion.blogspot.com postanowiła wyróżnić mojego bloga jako bloga kreatywnego.
Bardzo lubię Marylkę, lubię jej bloga, jej sposób prowadzenia go i zdjęcia którymi nas raczy, zatem zrobiło mi się niezwykle miło, że to właśnie przez Nią zostałam wyróżniona.
Nie powiem - nieco się zaskoczyłam, bo różnie o swoim blogu myślę, lecz kreatywnym bym go nie nazwała.
Ale że takie wyróżnienie wiąże się z koniecznością odpowiedzenia na parę pytań, no to tego tam - pytania i odpowiedzi zamieszczam poniżej :)
1. Nad czym obecnie pracuję?
Pytanie wydaje mi się bardzo... ogólne. Zatem i ogólnie na nie odpowiem ;)
W kwestiach prywatnych i zawodowych nad tym, żeby jak najmniej narzekać ;)
I żeby poskromić drzemiącego we mnie lenia.
W kwestiach związanych z blogiem - próbuję wdrażać w życie plany dotarcia z nim do szerszej publiczności.
Stąd też wreszcie, po prawie roku jego istnienia, uruchomiłam mu fanpejdż.
Szczerze gardzę blogowym spamem, wypisywaniem do innych błagalnych próśb o obserwację i resztą takich pierdół, zatem stawiam na zwiększenie mojej bytności na różnych portalach poświęconych modzie i szafiarstwu.
Rozważam także pewien podział bloga na trzy przejrzyste kategorie: "stylizacje", "recenzje kosmetyczne" i... no właśnie, ta trzecia.
Ta trzecia miałaby zawierać posty jakie bym tu bardzo pisać czasem chciała, ale jakich pisać się trochę boję, bo nie chcę się porozdrabniać.
Chodzi mi o coś w stylu "okiem Mar".
Jakieś takie moje refleksje o świecie mnie otaczającym, utrzymane w tonie moich poprzedniopostowych rozważań na temat FashionWeek'a.
Nie wiem, czy w ostateczności zdecyduję się na coś takiego - pożyję, zobaczę.
2. Czy moje prace różnią się od innych?
Te prace, które z blogiem nie są związane - pewnie nie.
Nie widzę w nich niczego wyjątkowego.
Szczerze.
Z ręką na sercu.
Natomiast "prace" blogowe = wpisy na pewno wyróżniają się na tle postów innych blogujących o modzie/ciuchach tym, że ja na swoim blogu PISZĘ.
Nie znaczy to, że uważam się za lepszą od tych, którzy i które nie piszą.
Nigdy tak nawet nie pomyślałam.
Ot, jeden lubi truskawki a drugi - porzeczki.
Ja pisać bardzo lubię, jestem osobą gadatliwą z natury.
Gdyby ktoś zabronił mi pisania i kazał jedynie wrzucać tu zdjęcia, to nie jestem pewna czy wytrzymałabym w blogosferze rok ;)
Chyba by mnie to znudziło.
Poza tym jest jeszcze jedna rzecz - zdaję sobie sprawę z tego, że wiele moich ciuchowych zestawów to nie są połączenia mega oryginalne ani wyszukane.
Jakoś więc muszę Was sobą zainteresować albo chociaż - zapaść Wam w pamięć ;P
No wiecie - że zobaczycie gdzieś mojego avatara i przypomnicie sobie:
"A, to ta co tak zawsze nudzi!"
;)
3. Dlaczego tworzę i piszę bloga?
Po części z tej samej przyczyny z jakiej tworzą i piszą blogi inni - z próżności, z chęci "pokazania" się, pochwalenia, zaprezentowania kawałka siebie w jakimś miejscu.
W miejscu, które będzie tak bardzo moje, na ile to tylko będzie możliwe.
Po części z powodu, który jakoś tam wiąże się z tym wyżej wymienionym - z chęci stworzenia sobie w sieci miejsca, które za jakiś czas będzie swoistą "pamiątką" minionych chwil.
No i wreszcie - blog wypełnia mi pustkę towarzyską i wolnochwilową ;)
Nie lubię musieć nawiązywać przypadkowych kontaktów z przypadkowymi ludźmi, z którymi jestem zmuszona z powodów niezależnych ode mnie przebywać (praca, szkoła, miejsce zamieszkania).
Wolę nawiązywać je z tymi, którzy mają chociaż w części podobne do mnie zainteresowania.
W blogosferze jest dużo bab, które lubią ciuchy i ładne zdjęcia ;)
No, to już wiecie po co tu jestem ;P
4. Jak wygląda mój proces tworzenia?
No to tak...
Otwieram szafę, coś z niej na mnie wypada...
Nie no, dobra, czasem wypada, ale częściej po prostu wymyślam, układam sobie w głowie różne zestawy ubraniowe, zakładam je na siebie w różne miejsca w które założyć coś na siebie muszę, bo z domu wychodzę, i jeśli akurat pozwala na to pogoda/pozwalają na to plany Leszka i moje, to po mojej i Leszka pracy lub innych naszych obowiązkach idziemy na zdjęcia.
Najczęściej nie chce nam się nigdzie jeździć ani chodzić i zdjęcia robimy w parkach w okolicy w której akurat wygodnie nam się spotkać.
Ja pozuję, Lechu się złości - że robię to nie tak, jak powinnam.
Bo jego zdaniem jak pozuję "po swojemu", to nie wychodzę dobrze ;P
A moim - rewelacyjnie ;P
Jak już się Lechu zezłości, to potem ja się złoszczę.
Dochodzi do awantury.
Przyjeżdża karetka...
Dobra, znowu żartuję ;P
Obywa się bez karetki.
Zwykle Lechu krzyczy, ale nie przerywa robienia zdjęć, a ja staram się nie przerywać pozowania ;P
Jak "sesja" się kończy, to jesteśmy już pogodzeni ;P
Wieczorem w dniu robienia zdjęć męczę Lecha o to, żeby wysłał mi miniaturki wszystkich zrobionych fot.
Z nich wybieram te, które mi się podobają.
Po jakimś tygodniu Lechu do nich zasiada i następuje kolejna awantura - że wybrałam same najgorsze.
Ale dzielnie obrabia te, których numery mu podyktowałam ;P
Jak już mam zdjęcia, to piszę.
Pisanie zajmuje mi najwięcej czasu ;P
Kiedy post jest dodany, to oboje z Lechem jesteśmy z niego zazwyczaj dumni ;P
(no dobrze - Lechu mniej, bo jeszcze marudzi, że przez mój wybór zdjęcia nie są tak dobre, jak chciałby aby były żeby nie musiał się ich wstydzić ;P)
Trochę inaczej wygląda sprawa, jeśli chodzi o posty kosmetyczne - często poprzedza ja kilkumiesięczne nawet używanie jakiegoś kosmetyku.
Ponieważ przyjęłam zasadę, że będę tu pisała tylko o kosmetykach wartych tego, aby parę słów o nich napisać, to staram się mieć pewność, że nie zachwalę Wam jakiejś bomby z opóźnionym zapłonem - takiej, co to przez pierwsze dwa opakowania wydawała się całkiem spoko, a przy trzecim (po dodaniu posta chwalącego jej zbawienne rzekomo właściwości) jej toksyczne działanie skumulowało się do tego stopnia, że niemal pozbawiło mnie życia ;P
Zatem - post z jakąś recenzją kosmetyczną pojawia się dopiero wtedy, gdy mam sto procent pewności że jest sens o danym produkcie pisać.
Kiedy nabywam już tę pewność, to zwykle nie mam na stanie żadnego opakowania danego kosmetyku które by się ładnie na zdjęciu prezentowało, więc z obfoceniem go czekamy z Lechem do czasu zakupu przeze mnie nowego opakowania ;P
A z zaopatrzeniem drogerii bywa różnie - aktualnie szukam po wszystkich możliwych żelu do mycia tłustej skóry od Green Pharmacy, który mnie bardzo pozytywnie we wrześniu zaskoczył i zaskakiwał mnie tak aż do teraz.
No, ale się skończył.
A kolejnego opakowania kupić nie mogę, bo nigdzie tego żelu nie mają :(
Inne rodzaje są, a tego nie ma :(
Nie ma więc też zdjęć i nie ma recenzji :(
Ja w zabawie nikogo nie nominuję, bo wiem, że takie nominacje zwykle nominowanych złoszczą.
Uciekam, bo znowu się rozpisałam, co pewnie skutkować będzie tym, że będziecie mi w narzekać w komentarzach: "Daj, Mar, żyć! Nie pisz tak dużo!"
No to kończę ;)
Całuję Was i ściskam bardzo mocno!
Wasza Mar!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




















