Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Nie mogłam się więc doczekać kolejnego dnia.
Kłopoty zaczęły się, kiedy dotarliśmy pod bramę wjazdową na teren ogródków działkowych, na których znajduje się działka moich rodziców. Ktoś nam ją musiał otworzyć. Pomimo rozlicznych telefonów, które wykonywałam do moich rodziców komunikacja z nimi do skutku nie doszła.
Majówka, której nie było
Zobacz oryginał śr., 07/05/2014 - 09:34Albo : O skoku przez płot godnym Wałęsy, zapomnianych kluczach, ośmiu stopniach Celsjusza i kiełbaskach z "grilla"
Niniejszy post nie jest postem do końca na serio, możecie go potraktować jako takie blogowe interludium - coś, co umili Wam czas oczekiwania na kolejny wpis, właściwie "modowy" albo raczej szafiarski, bo bardziej w kategoriach bloga szafiarskiego, niż modowego swą radosną blogową twórczość rozpatruję ;)
No, ale do rzeczy...
Był zatem weekend majowy.
Wszyscy i wszystkie chwalili się wszem i wobec, że gdzieś wyjeżdżają, że czilałt majówkowy, że podróże, że laba, że grille - tak mówili.
Ja zostałam w domu z materiałami do nauki.
Nie jestem człekiem podróże uwielbiającym.
Raczej - domatorką.
Ale jakieś takie lekko smutkiem mnie napawające poczucie żalu i tęsknoty za czymś nie do końca uświadomionym kiełkowało we mnie i coraz mocniejszym się stawało.
Kiedy Mój Leszek zwany MOF'em powrócił więc do Łodzi w sobotni wieczór (był w Rabce, do której pojechać musiał, bo zawoził tam swojego tatę) i zaproponował, że następnego dnia pojedziemy do domu jego rodziców zrobić grilla, to myślałam, że z radości podskoczę pod sufit.
Rodzice Leszka mieszkają niedaleko mojego miasteczka, w wielkim domu w środku lasu.
Dookoła oprócz drzew jest kilka pięknych polan i rzeka.
Okolica jak z bajki.
Bardzo lubię tam jeździć, zwłaszcza kiedy jest piękna pogoda, bo odpoczywam tam, jak nigdzie.
Nie mogłam się więc doczekać kolejnego dnia.
Niedzielnego poranka poczyniłam wszystkie niezbędne do grillowania sprawunki - zadbałam o kiełbasę (całą wielką pakę w PoloMarkecie kupiłam, a co!) i poprosiłam moich rodziców o to, żeby użyczyli nam swojego grilla, którego po skończonej uczcie mieliśmy oddać.
Rodzice się zgodzili bez wahania - warunek był taki, że mieliśmy przyjechać po grilla na moją działkę, kilkanaście kilometrów od domu rodziców Leszka położoną.
Ta euforia, w której byłam od rana nie pozwoliła mi dostrzec jednej ważnej w dalszym toku opowieści kwestii - chociaż słońce świeciło, że aż miło, to termometr pokazywał osiem stopni Celsjusza.
Nie przeszkodziło mi to jednak ubrać się jak na majówkę przystało: kolorowo i dość lekko.
Bo majówka, to majówka, kto to widział waciaki w maju przywdziewać?
Leszek przyjechał więc po mnie o umówionej godzinie, wzięłam pakę z kiełbasą pod pachę i z bananem na twarzy ruszyłam do auta.
Humor dopisywał mi też dlatego, że Leszek miał wielką ochotę na zrobienie mi - cytuję - "pięknych, wiosennych zdjęć na łonie przyrody".
No, to jeszcze zdjęcia! Idzie umrzeć ze szczęścia!
Kłopoty zaczęły się, kiedy dotarliśmy pod bramę wjazdową na teren ogródków działkowych, na których znajduje się działka moich rodziców. Ktoś nam ją musiał otworzyć. Pomimo rozlicznych telefonów, które wykonywałam do moich rodziców komunikacja z nimi do skutku nie doszła.
Inni działkowicze niby to spozierali na nas ze swoich altanek, ale na krzyki Leszka (który myślał, że ktoś się nad nami zlituje i otworzy nam tę bramę nieszczęsną) pozostawali głusi.
W sumie i tak dobrze - zawsze mogli rzucić w nas grabiami...
W sumie i tak dobrze - zawsze mogli rzucić w nas grabiami...
Leszek chciał już wracać, mówił, że grilla można kupić na stacji benzynowej, ale doszliśmy do wniosku, że bez szaleństw, kryzys jeszcze trwa - nie po to żeśmy benzynę zużyli, żeby teraz wrócić i poddać się bez walki.
Jako że sama nie miałam żadnego pomysłu na obranie metody, która by nam miała umożliwić dostanie się do środka, to oddałam się sprawdzaniu maila, fejsbuka i komentarzy na blogu, a Leszek... a Leszek, niewiele myśląc, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, a właściwie - nogi.
Dwoma sprawnymi susami przesadził bramę i niczym jelonek Bambi potruchtał do moich rodziców po klucz do bramy ;)
Ale co to był za skok! Wałęsa by się go nie powstydził!
Wjechaliśmy, grilla wzięliśmy i już chcieliśmy jechać (w myślach już obracałam na grillu moje upragnione kiełbaski), ale mój ojciec koniecznie musiał pokazać nam własnoręcznie posadzone krzewy i krzewuszki, które choć nie były piękne, to swoją pokracznością - rzeczywiście - mogły wzruszyć.
Po dojechaniu do wymarzonego i wytęsknionego celu doszliśmy do wniosku, że nie należy w życiu kierować się jedynie prostymi popędami. Kiełbasa nóg nie ma, a w dodatku jest świeża - nie ucieknie.
Pierwej "sztuka"!
Zabraliśmy więc osprzęt fotograficzny i dawaj - w las, na zdjęcia.
W czasie drogi na upatrzoną przez Leszka polanę jeszcze się jako tako trzymałam - nie dałam po sobie poznać, że zamarzam. Narzekać zaczęłam kilka minut potem.
Temperatura bowiem wcale się nie podniosła - myślę nawet, że wtedy było mi bardziej zimno, niż rano.
W związku ogarniającą mnie zewsząd zimnością nie dałam sobie zrobić zbyt wielu zdjęć.
Jedynie przy robieniu siedzących nie krzywiłam się i nie darłam, że umieram.
Leszek był wyprowadzony z równowagi do tego stopnia, że zagroził mi całkowitym zaniechaniem popełniania zdjęć na bloga ;P
Wyrzucałam sobie bardzo, że jestem głupia i wizja kiełbachy uwędzonej grillowym dymem
przyćmiła całkowicie wszelkie moje zdolności poznawcze. Bo tylko tym mogę tłumaczyć sobie fakt zbyt lekkiego ubrania się.
Na całe jednak szczęście - jak sami możecie zaobserwować - zdjęcia, które zrobić się udało wyszły bardzo fajne ;)
Kiedy wróciliśmy do auta i kiedy ja ruszyłam targać grilla z bagażnika czoło Leszka zmąciło się nieco i wybranek mojego serca widocznie spochmurniał.
Długo wahał się, czy zakomunikować mi tę smutną nowinę, czy nie, ale w końcu odważył się - nie mamy kluczy, grilla nie będzie (tak, tak - podpałka i węgiel były na terenie domu).
Wtedy myśleliśmy, że klucze zostały w Rabce.
Dziś wiemy, że miała je siostra Leszka.
Opis tego, co działo się kiedy usłyszałam, że nici z moich planów i marzeń lepiej jest pominąć.
Komuś, kto mógłby nas (albo raczej : mnie) wtedy słyszeć mogłoby wydawać się, że nie biżuteria, nie szafy pełne ubrań, nie dzieci, nie rodzina i nie dobry seks są sensem życia kobiety - ale grill, grill w majówkę.
Wróciliśmy więc do Łodzi (bo i tak pogoda się zepsuła), co jakiś czas czułe słowa ze sobą zamieniając ("Odstawiam Cię do domu i nie chcę Cię więcej na oczy widzieć!").
Oczywiście, że się pogodziliśmy - jakże by mogło być inaczej ;)
Ale kiełbaski... kiełbaski zrobiliśmy w piekarniku ;)
Takiej majówki, jak my, to nie miał nikt ;P
Sweter - H&M
Spodnie - H&M
Komin - H&M
Okulary - Rossmann
Chustka - I am
Torba - Cropp Town
Baleriny - no name
Po dojechaniu do wymarzonego i wytęsknionego celu doszliśmy do wniosku, że nie należy w życiu kierować się jedynie prostymi popędami. Kiełbasa nóg nie ma, a w dodatku jest świeża - nie ucieknie.
Pierwej "sztuka"!
Zabraliśmy więc osprzęt fotograficzny i dawaj - w las, na zdjęcia.
W czasie drogi na upatrzoną przez Leszka polanę jeszcze się jako tako trzymałam - nie dałam po sobie poznać, że zamarzam. Narzekać zaczęłam kilka minut potem.
Temperatura bowiem wcale się nie podniosła - myślę nawet, że wtedy było mi bardziej zimno, niż rano.
W związku ogarniającą mnie zewsząd zimnością nie dałam sobie zrobić zbyt wielu zdjęć.
Jedynie przy robieniu siedzących nie krzywiłam się i nie darłam, że umieram.
Leszek był wyprowadzony z równowagi do tego stopnia, że zagroził mi całkowitym zaniechaniem popełniania zdjęć na bloga ;P
Wyrzucałam sobie bardzo, że jestem głupia i wizja kiełbachy uwędzonej grillowym dymem
przyćmiła całkowicie wszelkie moje zdolności poznawcze. Bo tylko tym mogę tłumaczyć sobie fakt zbyt lekkiego ubrania się.
Na całe jednak szczęście - jak sami możecie zaobserwować - zdjęcia, które zrobić się udało wyszły bardzo fajne ;)
Kiedy wróciliśmy do auta i kiedy ja ruszyłam targać grilla z bagażnika czoło Leszka zmąciło się nieco i wybranek mojego serca widocznie spochmurniał.
Długo wahał się, czy zakomunikować mi tę smutną nowinę, czy nie, ale w końcu odważył się - nie mamy kluczy, grilla nie będzie (tak, tak - podpałka i węgiel były na terenie domu).
Wtedy myśleliśmy, że klucze zostały w Rabce.
Dziś wiemy, że miała je siostra Leszka.
Opis tego, co działo się kiedy usłyszałam, że nici z moich planów i marzeń lepiej jest pominąć.
Komuś, kto mógłby nas (albo raczej : mnie) wtedy słyszeć mogłoby wydawać się, że nie biżuteria, nie szafy pełne ubrań, nie dzieci, nie rodzina i nie dobry seks są sensem życia kobiety - ale grill, grill w majówkę.
Wróciliśmy więc do Łodzi (bo i tak pogoda się zepsuła), co jakiś czas czułe słowa ze sobą zamieniając ("Odstawiam Cię do domu i nie chcę Cię więcej na oczy widzieć!").
Oczywiście, że się pogodziliśmy - jakże by mogło być inaczej ;)
Ale kiełbaski... kiełbaski zrobiliśmy w piekarniku ;)
Takiej majówki, jak my, to nie miał nikt ;P
Sweter - H&M
Spodnie - H&M
Komin - H&M
Okulary - Rossmann
Chustka - I am
Torba - Cropp Town
Baleriny - no name
Co zaś się tyczy "stylizacji" majówkowej - jest ona całkowitym zaprzeczeniem opinii (którą już zapewne większość z obserwujących mnie Was zdążyła sobie wyrobić) według której niby miałabym nie lubić kolorów ;)
Ależ - Moi Mili i Moje Miłe - ja noszę kolory ;)
Tylko wyglądam w nich właśnie tak pociesznie ;)
Na pewno nie jestem w nich tak elegancka na jaką wyglądam, kiedy wybieram stonowane kolory ;)
Ale wierzcie mi - tak samo mocno, jak czerń... kocham musztardowy :)
Ten musztardowy sweter jest już ze mną dobrych kilka lat, wypatrzyłam go na wyprzedaży w H&M'ie i nie potrafię się z nim rozstać ;)
Na tej samej wyprzedaży upatrzyłam fioletowy komin - tak, to powiewające cudo, to komin!
Jeszcze kiedyś go zobaczycie w jego całej kominowej okazałości ;)
Ależ - Moi Mili i Moje Miłe - ja noszę kolory ;)
Tylko wyglądam w nich właśnie tak pociesznie ;)
Na pewno nie jestem w nich tak elegancka na jaką wyglądam, kiedy wybieram stonowane kolory ;)
Ale wierzcie mi - tak samo mocno, jak czerń... kocham musztardowy :)
Ten musztardowy sweter jest już ze mną dobrych kilka lat, wypatrzyłam go na wyprzedaży w H&M'ie i nie potrafię się z nim rozstać ;)
Na tej samej wyprzedaży upatrzyłam fioletowy komin - tak, to powiewające cudo, to komin!
Jeszcze kiedyś go zobaczycie w jego całej kominowej okazałości ;)
Ta nie do końca udana "sesja" majówkowa jest też pierwszą, w trakcie której udało nam się sfotografować jeden z moich najnowszych nabytków - pikowane baleriny :)
Kupiłam je za prawdziwe grosze w jednym z butików z tanim obuwiem przy łódzkiej Piotrkowskiej - gdybym znalazła takie za jakieś większe pieniądze, to zapewne bym je na nie wydała.
Problem w tym, że w żadnym z "ekskluzywnych" sklepów obuwniczych takich nie znalazłam.
A musiały być koniecznie pikowane, bo potrzebowałam ich do pikowanej sukienki ;)
Mam nadzieję, że i sukienkę uda mi się Wam wkrótce pokazać ;)
Pozdrawiam Was serdecznie,
Wasza Mar!
P.S. Nie, ta historia nie jest zmyślona, zapewniam ;P
P.S. (2) Tym, którzy jeszcze nie czytali przekazuję informację, że na portalu FashionWall.pl ukazał się mój felieton, zapraszam: klik!
Kupiłam je za prawdziwe grosze w jednym z butików z tanim obuwiem przy łódzkiej Piotrkowskiej - gdybym znalazła takie za jakieś większe pieniądze, to zapewne bym je na nie wydała.
Problem w tym, że w żadnym z "ekskluzywnych" sklepów obuwniczych takich nie znalazłam.
A musiały być koniecznie pikowane, bo potrzebowałam ich do pikowanej sukienki ;)
Mam nadzieję, że i sukienkę uda mi się Wam wkrótce pokazać ;)
Pozdrawiam Was serdecznie,
Wasza Mar!
P.S. Nie, ta historia nie jest zmyślona, zapewniam ;P
P.S. (2) Tym, którzy jeszcze nie czytali przekazuję informację, że na portalu FashionWall.pl ukazał się mój felieton, zapraszam: klik!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.












