Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Lniane spodnie i koronkowa bluzka z wiązaniem
Zobacz oryginał sob., 15/08/2015 - 12:08Upałów nie lubię tak samo, jak zimna.
W naprawdę gorące dni wcale nie kłamię, kiedy mówię, że nie mam się w co ubrać.
Bo nie mam!
We wszystkim jest mi gorąco! Czy założę cienką, białą (tak! mam taką - po babci ;P) sukienkę, czy czarną koszulę i szorty - i tak umieram.Ale że jakoś radzić sobie trzeba, to często latem sięgam po materiał, który najbardziej wydaje się być w upały odpowiednim - po len.
Len jest przewiewny, miękki i człowiek poci się w nim zdecydowanie mniej, niż kiedy zakłada na siebie coś z innego materiału.
Prezentowane Wam dziś spodnie nie są wykonane z czystego lnu - to mieszanka z bawełną.
Pomimo tego są jednymi z moich ulubionych w te dni, kiedy jest naprawdę ciepło, a ja muszę długie portki na siebie wdziać.
Kupiłam je kilka lat temu.
Jak większość moich rzeczy - za grosze.
Wypatrzyłam je w czasie, kiedy kosztowały złotych osiemdziesiąt, a upolowałam na wyprzedaży - za trzy dychy.
Z racji ich bryczesom podobnego kroju (kocham bryczesy nad życie!) nosiłam je z upodobaniem nie tylko w dni upalne, ale i jesienią - łącząc je z topem-tubą bez ramiączek i z marynarką.
Swego czasu było to jedno z moich ulubionych połączeń.
Pomimo wielu prań służą mi dobrze.
Choć nie cierpię ich prasować: jak każda rzecz z lnu lub z jego domieszką prasują się koszmarnie.
I ledwo już, człowieku, ucieszysz się z sukcesu i na tyłek je założysz, to spróbuj tylko gdzieś w nich usiąść... zagniecenia gotowe.
Taki lnu urok.
Zdjęcia z dzisiejszego posta wykonaliśmy z Leszkiem w początkach lipca (tak, te zdjęcia są dowodem na to, że kiedy w lipcu donosiłam Wam, że skróciłam włosy, to nie kłamałam ;P tutaj byłam świeżo po wizycie u fryzjera ;P) - wybieraliśmy się akurat na obiad z okazji imienin jego Mamy.
Było naprawdę ciepło, choć nie tak gorąco, jak przez ostatnie dni.
Nie chciałam zakładać sukienki - sukienek raczej nie lubię (o czym dobrze wiecie).
Trzeba było wykombinować jakieś inne połączenie - coś ładnego, dość eleganckiego, ale też nieprzesadnie formalnego: wszak miał być to obiad w restauracji co prawda, ale w wąskim gronie rodzinnym spożywany.
Padło więc na te spodnie.
W samych spodniach pójść nie wypada - na "górę" wybrałam więc łup z początków tegorocznych "sejli": białą bluzkę z pięknym, koronkowym tyłem i wiązaniem.
Bluzka jest jednym z niewielu obiektywnie ładnych ciuchów, jakie mam w szafie.
Owszem, szafa moja pełna jest rzeczy innych, dziwnych i ciekawych - ale takich uroczych w pełni za wiele w niej nie ma.
Także - taka odmiana na pewno jej nie zaszkodzi ;)
Swoją drogą - zakup tej bluzki uświadomił mi, że bardzo dobrze zrobiłam nie wyrzucając jakiś czas temu cielistego biustonosza.
Mam taki jeden - jest paskudny jak nie wiem, wygląda jak stanik dla kobiety karmiącej, ma szerokie ramiączka i nie nadaje się do pokazania światu.
Ale przy tej bluzce sprawdził się wybornie - widać, że mam stanik?
No nie ;)
Zatem raz na coś się przydał ;P
Wszystkie dodatki były już kiedyś na blogu.
Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym założyć do tego połączenia jakąkolwiek inną biżuterię.
Wiele z Was zdecydowałoby się zapewne na srebrny łańcuszek albo jakąś równie delikatną bransoletkę - ja takich rzeczy nie mam, nie noszę i nie lubię. Ratowałam się więc po swojemu.
Kopertówka pojawiła się na blogu w maju, tu.
Jest jedyną "wyjściową" kopertówką jaką mam, więc to był taki wybór z przymusu niejako ;)
A szpilki prezentowałam Wam w grudniu: klik.
Nadal są moimi jedynymi szpilkami, bo zakup innej pary (wykonanej z jakiegoś mniej lakierowanego materiału) ciągle wypada mi z głowy.
Zawsze mam na niej jakieś ważniejsze wydatki ;P
Wielkiej wtopy na tym obiedzie nie było - nikt na mój widok głowy nie odwracał, nikt nie był zgorszony... misja pod tytułem "elegancka, letnia Mar" chyba się udała ;)
Patrzcie na te zdjęcia i napawajcie się takim mym wydaniem na zapas, bo nieprędko kolejne tego typu na blogu zagości.
Pamiętajcie - bieli z czernią nie lubię, elegancji także: więc jak najrzadziej, jak najrzadziej wolałabym musieć tak się ubierać ;P
A!
Baczny obserwator zauważy, że taka coś nagle blada na tych zdjęciach jestem - no to teraz wiecie, że jak dwa posty temu pisałam, że się nad morzem opaliłam, to nie zalewałam.
Tak, "naturalnie" jestem właśnie taka mleczna ;)
Porównajcie odcień mojej skóry z tych zdjęć z tym z wakacyjnego posta ;)
Jest różnica ;)
Bluzka - H&M
Spodnie - H&M
Okulary - no name (Rossmann)
Bransoleta - no name (Butik Nashe - Zgierz, ul. Parzęczewska)
Szpilki - Romeo Rotti
Kopertówka - no name (Allegro)
Zapewne zaskoczeni i zaskoczone jesteście, że dziś tak mało tu mojego pisania.
O, nie - w taki skwar, to nawet mnie się nie chce gadać.
Nie ma opcji!
Idę więc - tym razem nie ściskam, bo kto w upały chce się przytulać ;P?
Pozdrawiam,
Wasza Mar!
P.S. To już pewne - w następną sobotę jestem w Krakowie! Kto więc chciał się spotkać niech potwierdza!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.





















