Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar

Lniana parka i krótki kombinezon

Zobacz oryginał

Dawno nie było tu mojego melonika, prawda?
Dawno, przyznaję.


Mając zatem inną jeszcze "sesję" w zanadrzu postanowiłam najpierw wrzucić tę, żebyście się za widokiem Mar w meloniku nie stęsknili i nie stęskniły ;)


5.jpg

Przyznam szczerze, że od pewnego czasu nie darzę go już takim uczuciem, jak kiedyś ;)

Nie to, żeby mi się znudził - nic z tych rzeczy.

Jakoś tak... od pewnego czasu bardziej podobam się sobie w fedorze.

Mało tego - na oku mam jakiś inny kapelusza model, taki fedoropodobny, z mniejszym jednak rondem.
Do tego to doszło, taka to poliamoria, taka rozpusta.
A melonik leży na komodzie i płacze.

6.jpg

Nie wiem, skąd ta zmiana - wszak przez większą część minionego roku z melonikiem praktycznie się nie rozstawałam.

Chociaż...

Jeśli w czymkolwiek miałabym upatrywać przyczyn tego ochłodzenia uczuć między nami, to w moim od jakiegoś czasu trwającym romansie z tym, co kiedyś już Wam opisać próbowałam, a co nazwałam surowym nieco, miejskim "minimalem".

Te wszystkie piękne panie rodem z lookbooka Mango w melonikach nie chadzają ;P

4.jpg

Usilnie próbuję i ja choć w dwóch ze stu procent wszelkich moich bardziej i mniej (raczej tych drugich) codziennych połączeń upodobnić się do nich - niestety, słabo mi to wychodzi.
Ale nie poddaję się - ciągle kombinuję ;P

3a.jpg

A tak poważnie - we wrześniu bronię mego w bólach rodzącego się licencjatu (jeszcze ciągle się nie urodził, zostały mi sprawy bardzo końcowe, a ja nie mogę, nie mogę na niego patrzeć - przynajmniej pewną jestem, że z własnej woli nie będę pchać się na żadne podyplomówki... zdecydowanie - osiem lat ciągiem odbywanej w trybie dziennym edukacji, to za dużo jak na mój umysł, czuję się przeciążona), mam ambitny plan znalezienia pracy nieco bardziej poważnej od wszystkich mych dotychczasowych prac (mam też do tego motywację - dojrzałam wreszcie do takiej pełnej, "prawdziwej" przeprowadzki do Lecha, takiej co to nie cztery pary butów w jej trakcie się przewozi, a czterdzieści i nie jeden kosz z kosmetykami, a piętnaście, a takie mieszkanie na "swoim" wymaga pewnej niezależności finansowej), zatem zapewne nieuniknionym stanie się to, przed czym tak długo się wzbraniałam: konieczność zmuszenia się do noszenia nieco bardziej "biurowych" połączeń.

Chociaż może "biurowe", to określenie na wyrost - ani do korporacji się nie pcham ani urzędniczką zostać nie zamierzam.
Zapeszać nie będę, szczegółów nie pozdradzam zatem.

Wiecie o co chodzi - o takie bardziej klasyczne ciuchy.

Lepiej, bym do odstawienia tych wszystkich frędzli, meloników i innych dla przeciętnego człeka cudacznych rzeczy odwykała powoli, niż z dnia na dzień pozbawiona możliwości człapania do pracy w meloniku i sandałach na traktorowej podeszwie miałabym pójść do nowej roboty w czymś od dawna niemodnym ;P

Wbrew pozorom (i mojej wiele razy podkreślanej w postach na blogu niechęci do elegancji) przez kilka ostatnich lat udało mi się zgromadzić w szafie wiele ciuchów, które od biedy jakoś tam eleganckie albo choć dość klasyczne są, jednak wielu z nich kompletnie nie umiem ograć.
Trochę pracy przede mną, ale skoro udało mi się kiedyś tam zdać egzamin z logiki i z teorii literatury, to i z tym sobie poradzę.
Wszak to mniejszy poziom abstrakcji, niż tamte cuda, a ja dość bystra jestem - pocisnę.

7.jpg

Dość ględzenia - jest melonik.
Tęskniliście, to powrócił.

Gdyby nie to, że obiecałam Wam w poprzednim poście kontynuację przeglądu lnianych ciuchów Mar, to pewnie by się nie pojawił.
Ale że z tą lnianą parką noszę tylko jego, nie fedorę, to nie było wyjścia ;)

8.jpg

Tak, to o tym lnianym cudzie wspominałam dwa tygodnie temu.
Kupione w końcu wiosny nie sprawiało wrażenia ciucha tak uniwersalnego, jakim być się okazało.

9.jpg

Parkę kupiłam pod wpływem impulsu, zachwycona jej luźnym krojem, długim tyłem, ściąganym kapturem i oliwkowym nieco odcieniem zieleni, który od zawsze lubiłam i który uznaję za jeden z lepiej do mojego koloru włosów pasujący.

Po przyniesieniu jej do domu doszłam jednak do wniosku, że nie będę miała jej do czego nosić.
Wszak miłośniczką długich spacerów nie jestem, czasu na nie też mam mało, a parki to ciuchy wybitnie spacerowe.

19.jpg

Coś mnie jednak podkusiło i w chwili ostatnich dopakowywań wakacyjnego bagażu postanowiłam zabrać ją ze sobą nad morze.
Tam okazało się, że takiego ciucha od dawna w mojej szafie brakowało.

Z powodzeniem zastępowała mi wszystkie fikuśne swetry i narzutki, które ładne i fajne są - prawda - ale które na urlopie egzaminu nie zdają, bo raz, że sporo miejsca w walizce zajmują a dwa, że pozbawione dodatków w postaci fajnych butów czy kapelusza same wyglądają... dziwnie.
A jak wiecie - ja się na urlopie stroić nie lubię.

Parka nie wymaga towarzystwa żadnych specjalnych dodatków.
Fajnie wygląda z dżinsami, trampkami i koszulką.
Sama w sobie jest dość zdobna.

10.jpg

Poza tym - ze względu na kaptur naprawdę dobrze chroni przed wiatrem, a że przewiewna jest (bo lniana), to i gdy słońce zza chmur wyjdzie i wiatr ustanie zgrzać się w niej nie idzie.
Ze swetrami zaś bywa różnie.

11.jpg

Oczywiście - jak to len - gniecie się koszmarnie.
I koszmarnie prasuje.

Dla potrzeb tych zdjęć nieco bardziej przyłożyłam się do jej prasowania (tak bardzo starałam się ją wyprasować, że gdzieś w okolicach któregoś ramienia ją przypaliłam - tak, dobrze myślicie: ten upalony fragment wcale się nie wyprasował tak, jak miał :> Marowa dola...),
ale i tak wprawne oko stałego blogów bywalca wyczulonego na wszelkie blogerek niedociągnięcia dojrzy wszystkie te jej zagniecenia ;)

Wybaczam jej to jednak, bo choć len tego lata wyjątkowo modnym był, a i parki jakiś renesans ostatnio przeżywają, to nikogo w podobną odzianego na ulicy nie spotkałam.

Plus sto do oryginalności.

12.jpg

Nie jest jednak moja parka ciuchem jedynie na "pociurkę" (tak moja mama określa ubrania noszone tylko po to, by coś na siebie przyrzucić - te, które nie mają spełniać żadnej funkcji estetycznej, a jedynie użytkową).
Bardzo fajnie prezentuje się z jakimiś bardziej wyjściowymi rzeczami.

13.jpg

Na przykład - z tym kombinezonem.
Jest, wreszcie jest ten wspominany Wam od miesięcy kombinezon!

Niewiele razy tego lata został założony.
Przyczyna jest prosta - jak większość kombinezonów nie leży na mnie tak jak powinien.

Jak widzicie na zdjęciach - noszę go w wersji nieco podciągniętej do góry i przepasanej paskiem.
Górna jego część układa się wtedy na wzór falbany.
To zabieg celowy.

Jego stan jest na mnie za długi - gdybym chciała obciągnąć nogawki i nosić kombinezon bez "falbany", to krok wypada mi gdzieś w okolicach kolan, a dekolt.... przy pasie.
Nic na to nie poradzę - wzięłam najmniejszy rozmiar, jaki był w sprzedaży (32).
W sklepie nie przyjrzałam mu się tak wnikliwie, jak powinnam.

Ale że ładny był i z materiału przyjemnego (wiskoza), to żal mi było go oddawać.

1.jpgPasek jest tu konieczny - trzyma mi pas na wysokości pasa ;P
Choć kombinezon ma w tym miejscu gumkę, to gumka ta jest dość luźna i po kilku krokach kombinezon zjeżdża w dół.

Różne paski do niego dobierałam.
Do oliwkowego odcienia parki najbardziej pasował mi ten brązowy - odjęty od jakiegoś starego swetra kupionego lata temu w Bershce.

zap2a.jpg
Żeby być konsekwentną - skoro brąz na pasku, to i brąz na biżuterii.
Przy okazji kompletowania tego zestawu przypomniałam sobie o tym naszyjniku z Reserved.

Lubię go bardzo, bo nie jest zbyt oficjalny.
Co jak co, ale "poważnej", eleganckiej biżuterii nie trawię.
Takie etniczne nieco cuda o wiele bardziej od niej trafiają w moje gusta ;)

14.jpg

Lubię te zdjęcia - w trakcie ich robienia udało się kilka razy uwiecznić mnie w wersji uśmiechniętej, także będzie to jakaś miła odmiana od poważnej zwykle Mar, jaką najczęściej bywam na blogu ;)

15.jpg

Tych i te z Was, którzy i które zamierzają mi tu pomarudzić, że mało tego kombinezonu, za mało go widać pragnę uspokoić - powróci w kolejnym poście.
Co prawda też nie będzie występował solo, ale następny post wrzucę jako dowód na to, że i nie do końca trafiony zakup można jakoś ograć.
Ja z tego ciucha zrobiłam coś w typie basic'u pod wszelkie okrycia wierzchnie.

Za tydzień zaprezentuję go Wam z kamizelką.
I w nieco bardziej minimalistycznym wydaniu ;)

2.jpg

Melonik - H&M
Okulary - C&A
Naszyjnik - Reserved
Lniana parka - no name (Butik Nashe - Zgierz, ul. Parzęczewska)
Kombinezon z krótkimi nogawkami - H&M
Pasek - Bershka
Listonoszka - H&M
Buty - Deichmann

1.jpg

Bardzo Was przepraszam, że tak długo musieliście i musiałyście czekać na tego posta - trochę rzeczy się na ten przestój złożyło: w weekend byliśmy w Krakowie (Bogu dziękuję, że nie zamieszkałam w tym mieście - ładne jest, pięknie tam, ale te dzikie tłumy turystów i hipsterskie nocne klimaty są zdecydowanie nie dla mnie... o wiele bardziej cenię sobie spokój Łodzi, czy Częstochowy), a w tygodniu Leszek zmuszony był ogarniać wiele ważnych rzeczy w pracy.
Nie miałam serca zawracać mu głowy wybieraniem i obróbką zdjęć.

W większości jesteście dorosłymi i również pracującymi ludźmi - na pewno zrozumiecie.

16.jpgŚciskam Was (upały minęły, już ściskać można!) i pozdrawiam,

Wasza Mar

18.jpg
P.S. Za tydzień znowu wracam do Krakowa!
I to na wesele - u fajnych ludzi, co prawda, ale jak się tak wesel jak ja nie znosi, to się drgawek dostaje już na tydzień przed...

Zaloguj się, żeby dodać komentarz.