Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Kosmetyczne recenzje Mar: w poszukiwaniu zamiennika ulubionego kosmetyku, czyli Soraya ŚWIAT NATURY - peeling morelowy i AVA - Dermoprogram ACNE CONTROL, Maska Antybakteryjna
Zobacz oryginał czw., 23/01/2014 - 23:06
Sesja mnie pożarła.To mam na usprawiedliwienie mojej tu nieobecności przez dni bitych dziesięć.
Sorry, taki stycznia klimat - mogłabym powiedzieć, parafrazując pewną Panią Minister.
Ale ile można jedno zdanie w internetach wałkować, a poza tym: już wróciłam.
Mam nadzieję, że się cieszycie.
Starałam się tu zaglądać w każdej wolnej chwili, ale i tak przepraszam wszystkich, których zawsze odwiedzam regularnie, a których ostatnio nieco zaniedbałam.
Proszę się nie gniewać, nadrobię :)
Tak swoją drogą - z perspektywy kogoś, kto już jedne studia i jednego magistra ma za sobą sesja nie wygląda tak strasznie.
Także, Moi Mili, nie przejmujcie się, jeśli Wasze egzaminy i zaliczenia Wam nie poszły - za dziesięć lat będzie dużo łatwiej, słowo cioci Mar.
--------------------------------------------------------------------------
W grudniu, przy okazji posta poświęconego kosmetycznym pomysłom na gwiazdkowy prezent dla siebie lub bliskiej osoby prezentowałam Wam maseczkę (i jednocześnie peeling) firmy Sensilis.
Pisałam wtedy, że jest to jeden z moich Kosmetyków Wszechczasów.
Jest.
Dlatego też kiedy jakiś czas temu odkryłam, że niestety, tubka się skończyła, to nawet chwili nie wahałam się nad zakupem kolejnego opakowania.
Pech chciał jednak, że namnożyło mi się ostatnimi czasy wydatków, w związku z czym wizja wydania 50 złotych za 75 ml kosmetyku w sytuacji, kiedy czeka mnie wydanie 500 złotych u stomatologa, a żadnego wyjątkowo dużego przelewu przychodzącego się nie spodziewam nieco się rozmyła.
W żadnej ze śledzonych przeze mnie aptek internetowych nie udało mi się wytropić produktu w promocji.
Doszłam do wniosku, że nie - nie będę taka wielkomiejska, rozrzutna i utracjuszowska. Przyoszczędzę, poszukam czegoś innego, może trafię jeszcze lepiej, może jednak...
Udałam się na poszukiwania innego produktu, który - w założeniu - miał mi zastąpiąc Sensilis, a jeśli już nie zastąpić, to godnie pełnić rolę czegoś, co będzie kontrolowało oczyszczanie mojego pyszczka.
Odwiedziłam kilka drogerii, zajrzałam też do SuperPharm'u. Miałam w planach zakup peelingu z serii Pharmaceris T, tak, żeby używać go wraz z ich płynem bakteriostatycznym, ale tam go nie zastałam.
Planując podróż do osiedlowej apteki (tam kupiłabym go bez problemu) zagapiłam się, przejechałam swój przystanek i... wylądowałam w Hebe.
Bywam tam raz na jakiś czas - do żadnego punktu Hebe nie mam wyjątkowo po drodze - w związku z czym kiedy już tam zajrzę, to bacznie obchodzę cały sklep i wypatruję promocji wartych uwagi.
Promocji takowych nie odnotowałam, ale znalazłam dwa kosmetyki, które mnie zainteresowały i mieściły się w polu moich ówczesnych poszukiwań. Jednym z nich był
Peeling antybakteryjny do skóry tłustej i trądzikowej SORAYA Świat Natury
a drugim
Maska Antybakteryjna AVA Dermoprogram - ACNE CONTROL.
Peelingu Sorayi używałam już lata temu - najpierw wtedy, kiedy produkowała go firma StIves a potem kiedy pod nazwą Beauty Therapy wychodził już jako produkt Sorayi.
Szybko zerknęłam na skład - raczej to samo.
Kosztował 10 złotych.
Nie wahałam się, wrzuciłam do hebowego koszyka.
Nad maską chwilę się zastanawiałam. Gdzieś tam kołatała mi się po głowie myśl, że kosmetyki AVY wyjątkowo dobrymi opiniami wśród blogerek kosmetycznych i wizażanek się nie cieszą, więc chyba szkoda tych 8 złotych. Ale potem przyszła refleksja - nie zrażaj się, Mar, jak żeś nie próbowała.
Zaryzykowałam.
Na zakupy wydałam złotych 18 - łączna pojemność produktów to 200 ml, także wyszło mnie to trochę taniej (trochę jest tu eufemizmem) niż zakup mojego ulubieńca od Sensilisu.
Nowa wersja peelingu Sorayi ma nieco ładniejszą od starej szatę graficzną, widzę, że firma postanowiła uderzyć w to, w co celują obecnie inne marki i podkreśla rzekomy związek swojego produktu z naturą.
Nie jestem do końca pewna, czy słusznie (będzie o tym dalej), bo skład aż taki naturalny nie jest, niemniej rzeczywiście, to, co wyróżnia ten peeling z grona wielu dostępnych na rynku tego typu preparatów z tej półki cenowej to składnik roślinny na drugim miejscu składu - w tym wypadku są to drobinki łupin orzecha włoskiego. Na dalszych miejscach zobaczymy jeszcze ekstrakty z wierzby białej i moreli.
Dość wysoko w składzie znajduje się zmniejszający wielkość porów i działający przeciwzapalnie kwas salicylowy - nie jest to więc preparat dla pań cierpiących na alergię na salicylany.
Drobinki łupinek orzecha bardzo ładnie oczyszczają buzię.
Trochę jednak drapią.
Kiedy używałam tego peelingu kilka lat temu bardzo chwaliłam sobie właśnie efekt oczyszczania, tyle, że borykałam się wtedy z dość mocnym trądzikiem i niestety trudno było używać mi tego peelingu tak, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Teraz jest dla mnie odpowiedni.
Dobrze oczyszcza pory, domywa też makijaż.
Pachnie przyjemnie - rzeczywiście morelowo.
Peeling jest gęsty, przy czym nie trzeba wyciskać go z tuby w ilościach hurtowych - nawet niewielka ilość w kontakcie z wodą bardzo dobrze rozprowadza się po skórze.
Stosuje się go jak większość peelingów mechanicznych - zwilżamy twarz i masujemy. Jak już czujemy, że mamy dosyć masowania - spłukujemy.
Tak wygląda opakowanie peelingu z drugiej strony tuby ;)
A teraz skład:
Mam do tego składu trochę uwag.
Kupiłam ten produkt dlatego, że wiem, że mnie nie uczula ani nie powoduje u mnie jakichś twarzowych niespodzianek.
Poza tym - nie używam peelingu codziennie, więc i jego kontakt z moją cerą nie jest zbyt częsty.
Ale gdybym miała zaryzykować, to nie wiem, czy bym się skusiła.
Niech mi ktoś wytłumaczy, po co w grubej, plastikowej, nieprzepuszczającej promieni słonecznych tubie Titanium Dioxide?
Przecież te promienie słońca tam nie dotrą, a poza tym - jak mają się przebić do mojej łazienki? Światłowodem jakimś?
aaaaaa.... irytacja.
Takich cudów w składzie peelingu Sorayi jest jeszcze kilka (taaaak wieeeele alkoholu, tak duuuużo parabenów... i ten SLS, co prawda nie na początku składu, ale jednak), ale że mam słabe z natury serce, to złościć się nie będę.
Zdaję sobie sprawę, że Soraya nie jest marką ekskluzywną i nie musi się martwić o innowacyjność składów części swoich produktów, bo po jej kosmetyki do skór trądzikowych sięgają głównie nastolatki, ale chemia kosmetyczna idzie jednak do przodu i nawet półkowe Sorayi konkurencje ulepszają nieco złożenia.
Soraya jednak - nie.
Może kiedyś.
Póki co - nie jest to produkt, po który sięgną konsumentki ortodoksyjnie do pojęcia dobrego składu kosmetyku podchodzące.
Jednak jeśli ktoś szuka peelingu wydajnego (z tego co pamiętam jedno opakowanie wystarczało mi na rok stosowania - pojemność starej wersji była taka sama, konsystencja także) i takiego, który jest oczyszczającym drapakiem - warto wypróbować.
Poza tym dla kogoś, kto nie jest alergikiem i na zwyczajowo stosowane w chemii kosmetycznej konserwanty nie reaguje źle, ten peeling powinien być zadowalający.
Takiej osobie preparat przyniesie więcej pożytku, niż szkody.
Cena, jak wspomniałam - plus minus 10 złotych.
W innych drogeriach widziałam go ostatnio w podobnej cenie.
Producent zapewniał, że produkt ma nam dać:
*efekt czystej i gładkiej skóry
*mniej wągrów i zaskórników
*zmniejszone pory
*rozjaśnioną i promienną cerę
Skóra jest rzeczywiście oczyszczona i gładka.
Pory są oczyszczone, zaskórników idzie się pozbyć.
Czy pory są zmniejszone?
Moje nie są raczej rozszerzone, ale te, które jakoś tam wyglądają anormalnie wyglądać tak nie przestały.
Skóra wygląda ładnie, ale żeby promieniała....
No nie no, czepiam się. Ta obietnica to i tak taki standardowy chwyt marketingowy, jest chyba na każdym kosmetyku ;) nie będę się do niej odnosić ;P
Za działanie stawiam temu peelingowi 5.
Miał oczyszczać i oczyszcza.
W sumie nie mogę się do niczego przyczepić.
Skład - niestety 3.
A teraz maska:
Przyjemna dla oka, prawda?
Niewielka, bardzo poręczna tubka.
Zapakowana jeszcze dodatkowo w kartonik.
Prosta szata graficzna, kojarząca się trochę z szatą graficzną maści aptecznych.
(Też modny ostatnio chwyt wśród producentów kosmetyków, które w nazwie mają "dermo" ;))
Maseczka nie należy do tego rodzaju maseczek, które cenię najbardziej - tych glinkowych, pudrowych, zasychających na pyszczku i kredowych.
To maseczka żelowa.
Zapach jest.... zastanawiający.
Na początku pachnie trochę cytrusami, trochę drożdżami, a po chwili rozwija się... w aromat wędzonej makreli. Przynajmniej według mnie.
Mnie to nie przeszkadza, ale jak ktoś wrażliwy, to nie wiem, jak to zniesie.
Skład jest znośny, myślę, że jak na dostępne na rynku i nie typowo glinkowe maseczki z tej półki cenowej - dość dobry:
Bawi mnie trochę adnotacja, że "SLS free". Maseczka nie jest do mycia twarzy, to po co niby miałby tam być ten SLS?
Ale mamy modę na podkreślanie, że paczaj, kliencie, nie ma u nas SLSu (co się moim zdaniem i tak za rzadko jeszcze zdarza...), no to takie są skutki tej mody ;)
Mnie osobiście w tym składzie chyba najbardziej złości ten nieszczęsny PEG.
Ale naprawdę nie jest źle!
Nie ma przynajmniej parabenów i alkoholu.
Z substancji aktywnych mamy tu wyciągi z lawendy (odkaża), trawy cytrynowej (odświeża i koi, zmniejsza produkcję łoju) i drzewa herbacianego (działa przeciwzapalnie i tak jak lawenda odkaża).
(co mi tu w takim razie makrelą zajeżdżało???)
Maseczka jest dość rzadka i lepka.
Trochę się leje po palcach i komfort jej nakładania jest przez to średni.
Ale ja jestem twardy człowiek. Tak jak zapach, tak i to znieść mogę, jeśli warto.
Na kartoniku jest adnotacja, że należy maseczkę nałożyć na twarz i zostawić na 15 minut. Potem spłukać.
Nie napisali, czy na suchą twarz, czy wilgotną, ja nakładam na wilgotną.
Po nałożeniu maseczka... hm... nazwijmy tę czynność rozgrzewaniem.
Czuję, że moja twarz jest gorąca.
To nie jest pieczenie.
Ciężko to określić.
Coś takiego czułam, kiedy stosowałam jakiś czas temu maseczkę Oriflame z serii Pure Nature - tę z łopianem.
Ja nie wiem, może to ta lawenda, może coś innego.
Trochę to złości.
To nie jest uczulenie, chociaż przez jakieś pół godziny po użyciu maseczki skóra, rzeczywiście, jest zaczerwieniona - potem to mija.
Z tą maseczką od Oriflame było tak samo, a bardzo ją sobie chwaliłam.
Może się nie znam, może jak tak jest, to znaczy, że kosmetyk działa... prosty humanista ze mnie, wiecie...
tak czy siak - mało przyjemna rzecz.
Maseczka nie wysycha.
Ona się wchłania.
Powiedzmy, bo jak zwilżymy twarz żeby ją spłukać, to okaże się, że wcale się nie wchłonęła.
Ale to też typowe dla maseczek żelowych ;)
Skóra po użyciu jest gładka ale - niestety - brakuje mi tego, co dawał mi mój cud z Sensilisu: uczucia oczyszczenia twarzy! :(
Ja wiem, że to tylko złudzenie, że to normalne przy takich maseczkach, ale do czego innego już się przyzwyczaiłam...
Chociaż, z drugiej strony, mam wrażenie, że pomaga ona trochę walczyć skórze moich policzków z przesuszaniem - być może to jest to, co producent ukrył pod obietnicą zapewnienia skórze nawilżenia ;)
Buzia nie jest jednak taka mięciutka, jak po zafundowaniu sobie kuracji moją dotychczasową maską.
Oprócz nawilżenia producent obiecuje nam jeszcze w związku z używaniem tej maseczki regulację pracy gruczołów łojowych i ograniczenie wydzielania sebum, zamknięcie rozszerzonych porów, zapobieganie tworzenia wyprysków, wykwitów i zaskórników.
Moja skóra obecnie nie przetłuszcza się jakoś wyjątkowo, ciężko mi więc ocenić wpływ maski na ten fakt, pory - jak pisałam wyżej - też nie są u mnie jakieś problematyczne, drobne niedoskonałości zawsze mi będą wyskakiwać, ale tak, zaskórników nie mam, maseczka nie spowodowała też wysypu żadnych nowych spraw.
Myślę więc, że podobnie jak peeling Sorayi jest to dobry produkt dla tych z Was, które i którzy szukają jakiegoś preparatu dogłębnie oczyszczającego, od którego nie będą wymagać nie wiadomo czego.
Z tego co wiem, to żadna maska antybakteryjna (poza maską z glinki, ale takiej prawdziwej glinki) cudów nie działa, nie jest to więc preparat dla kogoś, kto cudów oczekuje.
Ale jeśli macie skórę w dość dobrym stanie, a używanie maseczki to dla Was po prostu nawyk, to polecam ten produkt.
Nie powinien zrobić krzywdy.
Pamiętajcie tylko o tym grzaniu!
Może występuje jedynie u mnie, ale wolę ostrzec, niż potem przeczytać, że nie ostrzegłam, a ktoś tu o tej maseczce przeczytał, zakupił i mu zaszkodziła :(
Oceniam kosmetyk na 4.
4 za to "rozgrzewanie".
Zapach pominę, bo na Wizażu dziewczyny piszą, że czują w tej maseczce cytrynę, to może ja mam powonienie latami nikotynizmu zaburzone, po prostu...
------------------------------------------------------------------------------------------
Podsumowując - poszukiwanie kosmetyku/kosmetyków, który/które zastąpi/zastąpią mi moją maseczkę z peelingiem 2 in 1 z serii Sensilis, Pure Perfection zakończyło się sukcesem tylko połowicznym.
Peeling Sorayi radzi sobie z peelingowaniem wcale nie w mniejszym stopniu dobrze, niż produkt Sensilisu, ale maseczka od Avy nie daje takiego uczucia miękkości i komfortu używania, jak mój poprzedni kosmetyk.
Po jej zużyciu chyba na powrót wrócę do glinek - stosowałam je jakiś czas temu i byłam bardzo zadowolona.
A Wy?
Lubicie tego typu kosmetyki?
Wasza skóra ich potrzebuje?
Pozdrawiam Was z zaśnieżonej i zalodzonej Łodzi.
Wasza Mar.
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.









