Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar

Kosmetyczne recenzje Mar: styczniowe odkrycia

Zobacz oryginał


Nowy Rok - inni postanawiali, że schudną, znajdą pracę życia i męża/żonę...


a ja powzięłam decyzję, że będę oszczędzać.
Skończyło się jak zwykle.
Nie muszę nawet pisać jak...

W każdym razie - dzięki temu, że rzadko kiedy dotrzymuję postanowień noworocznych udało mi się znaleźć w drogeriach i aptekach kilka rzeczy bez których w najbliższym czasie prawdopodobnie trudno mi będzie się obejść.

Wszystkie nabyłam przypadkiem, a w każdym razie wpadły mi w oko i w rękę, kiedy szukałam na sklepowych półkach czegoś zupełnie innego ;)

Pierwszą z moich styczniowych nowości z których jestem bardzo zadowolona jest taka oto paletka 12 cieni


Nude make - up kit firmy Lovely
 Wypatrzyłam ją kompletnym przypadkiem - szukałam bowiem jakiejś pomadki, która miała być jednocześnie utrzymującym się na ustach przez bite dziesięć godzin błyszczykiem i o której wspomniała mi dobra koleżanka, a która ponoć miała mieć jakość Guerlaina za cenę piętnastu złotych. Firma była koleżance bliżej nieznana, ale wiadomym było, że to któraś z tanich marek dostępnych w Rossmannie. Oczywiście - szukanego cuda nie znalazłam, ale za to dojrzałam paletkę.

Początkowo byłam w stosunku do niej sceptyczna - tak jakoś tandetnie połyskiwały sobie te cienie do mnie, dwie paletki były w dodatku zbite i połamane. Ale że cena była oszałamiająca (11 złotych!), a odcienie wybitnie moje (każdy kto mnie zna i każdy, kto choć kilka moich postów "modowych" przejrzał wie, że maluję powieki tylko takimi odcieniami), to postanowiłam zaryzykować.

2.jpg


1.jpg



Po moim powrocie do domu już wiedziałam, że bez względu na wszystko będę musiała Wam ją pokazać - pudełeczko jest urocze :)
Co z tego, że plastikowe i nie wygląda na zbyt trwałe, co z tego, że trochę przyduże (dłuuuugie jest - nie włazi mi do kosmetyczki, którą zawsze noszę ze sobą) - ale takie pastelowe i stylizowane na dosyć stylowe.

Odcieni jest 12 - 3 matowe (bazowy, prawie biały, jasny beż i ciemny beż) i 9 perłowych.

Cienie okazały się dobre i zaspokajające moje cieniowe wymagania - jak widać na załączonym zdjęciu (po śladach zużycia) przede wszystkim interesowało mnie, jak wyglądają na oku ciemne cienie: czy się nie osypują i czy w ogóle są jakkolwiek napigmentowane.
Okazało się, że nie ma dramatu - po umalowaniu się nimi połowa makijażu nie ląduje na policzku, a cienie nie zbierają się w załamaniu powieki (chociaż zaznaczam, że ja smaruję powieki moim Revlonem Colorstay - odkąd tak robię żaden cień jeszcze ani razu mi się tak paskudnie nie rozwarstwił na powiece). Pigmentacja jest niezła.
Ponieważ ja zawsze nakładam najpierw na powiekę cień bazowy, a potem delikatny, perłowy cień beżowy, to po nałożeniu na powiekę ciemnego cienia zawsze efekt mnie zadowala.
Jeśli położę od razu ciemny cień, to prawie nigdy nie podoba mi się, jak to wygląda.

Raczej nie będę korzystać z czarnego i szarego cienia, bo nie lubię, natomiast wszystkie zawarte w paletce odcienie brązu i beżu na pewno nie raz i nie dwa będą przeze mnie wykorzystane.
"Moje" cienie to numer 1, 2, 3, 5 i 11. To odcienie, których używam przy każdym, nawet najprostszym makijażu oka.

Trochę brakuje tym cieniom miękkości i tego, że nie da rady nałożyć ich na mokro (albo po prostu nie umiem tego robić, ale do tej pory z każdym cieniem jaki miałam to się udawało), ponieważ się rozmazują.

Jeszcze nie używałam załączonego do paletki pędzelka - nie chciałam go ufajdać, żeby nie straszyć Was zdjęciami z brudnym pędzelkiem.
Wydaje mi się, że przyjdzie mi to z drobną trudnością, bo pędzelek jest długi - najwygodniej korzysta mi się z krótkich pędzli.
Jednak to, że pędzelek jest dołączony do paletki jest jej niewątpliwą zaletą.
Zwykle tego mi we wszelkich paletkach brakuje.

Nie zgadzam się z opiniami innych blogerek, jakoby matowe cienie miały być beznadziejne i w ogóle nie kryć - moim zdaniem kryją ładnie, trzeba tylko nałożyć je na powiekę zagruntowaną podkładem lub bazą pod cienie. Poza tym są to moim zdaniem odcienie, które mają przygotować oko do nakładania innych kolorów, więc jako same spektakularnego efektu dawać nie muszą.
Ale nie jestem wizażystką, nie znam się na niuansach makijażu - uważam jednak, ze jakość tych cieni jest na pewno nieco wyższa, niż sugerować może to ich cena.
W każdym razie - jest to dobra paletka do trzymania jej w domowej kosmetyczce i do wykonania makijażu w domowym zaciszu.
Na zabranie jej ze sobą nie pozwalają rozmiary i mało wytrzymałe pudełko - chyba bałabym się, że włożone do torby luzem nie wytrzyma kontaktu z portfelem, kluczami, książkami i wrzucanymi na to wszystko w pośpiechu zakupami.
Wolę nie ryzykować.

To nie jest mój pierwszy "cieniowy" zakup z niższej półki, który okazał się dobrym wyborem - przez wiele lat byłam wierna cieniom od AVON (zużyłam już masę różnych cieni tej firmy), a we wrześniu zakupiłam w H&M'ie taką oto paletkę, z którą od tej pory byłam nierozłączna: 


5.jpg




Jak widać - jestem bardzo konsekwentna w kwestii wyboru kolorów ;)
W wypadku tej paletki także wahałam się nad zakupem - odstraszał mnie brak pędzelka i (przede wszystkim) brak miejsca na tenże. Bałam się też słabego napigmentowania.
Ale kolory mnie skusiły - zakupu nie żałuję.
Makijaż jest ładny, trwały, a opakowanie okazało się być odporne na sajgon, jaki funduję mu wrzucając je z całym tabunem moich kosmetyków do kosmetyczki i nosząc je tak w torbie cały dzień ;) Widać na nim po tych kilku miesiącach ślady zużycia, ale sprawuje się nieźle.
Cienie są wydajne - nie trzeba ich nabierać dużo, żeby się umalować.
Paletka posłuży mi zapewne jeszcze przez dłuuuuugi czas....

6.jpg


Myślę więc, że w dłuższej perspektywie i paletka od Lovely okaże się czymś, bez czego nie będę wyobrażała sobie mojego codziennego makijażu ;)

------------------------------------------------------

Kolejne ze styczniowych odkryć kosmetycznych Mar:


Kremowa emulsja do mycia twarzy Oillan Balance
Sięgnęłam po nią, kiedy używany przeze mnie ostatnio Cleanance od Avene zafundował mi na twarzy Pustynię Gobi - tak ni z tego, ni z owego z posiadaczki cery mieszanej stałam się osobą, którą zaczęła trapić łuszcząca się skóra na policzkach.
Ja to całe życie mam problem z preparatami do mycia twarzy - te, które bardzo ładnie pomagały mi ograniczać jej przetłuszczanie się i rozwój wyprysków notorycznie mnie wysuszały. Tyle, że nałożenie kremu zawsze ten problem likwidowało.
Niestety - jak widać: do czasu.

Wylądowałam u dermatologa, zostałam odprawiona z receptą na nawilżającą maść recepturową i przykazaniem kupienia Physiogelu oraz definitywnego pożegnania się z Cleanance'm.
Odwiedziłam aptekę, ale Physiogelu nie wzięłam - odstraszył mnie od niego skład: woda z parabenami.
Kątem oka dostrzegłam jednak tę emulsję, kazałam sobie ją podać, co by w spokoju zlustrować skład, a że był dobry, to skuszona niską ceną (18 złotych!) postanowiłam ją kupić.


7.jpg


4s0y.jpg

Preparat jest zalecany do użytku  w przebiegu dysfunkcji i schorzeń dermatologicznych (takich, jak AZS, łuszczyca, trądzik, trądzik różowaty), jak również po zabiegach dermatologicznych oraz medycyny estetycznej (np. peelingi chemiczne, mikrodermabrazja, zabiegi laserowe, mezoterapia igłowa). Cała seria przeznaczona jest do stosowania u osób powyżej 3.roku życia.

Pojemność:
150 ml e / 5.1 fl. oz.
Składniki/Ingredients:
Aqua, Paraffinum Liquidum, Cocamidopropyl Betaine, Ammonium Lauryl Sulfate, Glycerin, Acrylates Copolymer, Acrylamide/Sodium Acrylate Copolymer, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Panthenol, Glycyrrhiza Glabra (Liquorice) Root Extract, Borago Officinalis Seed Oil, Arginine, Neopentyl Glycol Diheptanoate, Polyester-7, Allantoin, Methylisothiazolinone, Butylene Glycol, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Trideceth-6.
Moim zdaniem skład naprawdę jest niezły - w emulsji jest co prawda parafina, ale jeśli ktoś staje w obliczu problemu maksymalnego wysuszenia skóry twarzy, to moim zdaniem powinien się tą parafiną w ogóle nie przejmować. Ja, chociaż ciągle wykazuję skłonność do zmian trądzikowych, w ogóle nie odczułam na sobie negatywnych skutków działania parafiny. Emulsja mnie nie zapchała ani nie przetłuściła mi twarzy. Ale nie to jest w moim wypadku jej główną zaletą...

Ulga! - to pierwsze, co przyszło mi na myśl po jej użyciu.
Twarz przestała szczypać!
Była miła w dotyku, bardzo miękka i gładka.

Konsystencja emulsji jest gęsta, rzeczywiście kremowa, daleko jej do wodnistości, jaką miały używane przeze mnie do tej pory żele oczyszczające.

W dodatku okazało się, że produkt bardzo dobrze radzi sobie ze zmywaniem makijażu - pięknie zmył mi z twarzy podkład Revlonu, nawet nie musiałam katować mojej biednej skóry płynem micelarnym.
Skóra była miękka i bardzo delikatna.
Problem z suchością i łuszczeniem minął po kilku dniach, nie wiem, czy to zasługa tej emulsji, czy maści od dermatologa, wiem jednak, że nie zmienię już tego kosmetyku na żaden dla skóry mieszanej i tłustej docelowo przeznaczony.
Ponieważ naprawdę dobrze oczyszcza twarz i nie wywołuje tłuszczenia się skóry mojej twarzy pozostanę mu już wierna przez długi, długi czas.

Polecam emulsję wszystkim Paniom, które mają problemy z suchą skórą twarzy, ale także tym, które denerwuje uczucie ściągnięcia skóry po zastosowaniu dotychczas używanego preparatu oczyszczającego.

--------------------------------------------------

Trzecie i ostatnie styczniowe, kosmetyczne odkrycie Mar:


Kremowe mleczko nawilżająco-wygładzające firmy EVELINE

5.jpg


Złapałam to mleczko w SuperPharm'ie tylko dlatego, że było tanie
(14 złotych za pół litra kosmetyku!) a używanego przeze mnie do tej pory balsamu Tołpy nie było na półce.
W ogóle nie patrzyłam na jego skład, potrzebowałam jakiegoś balsamu do pielęgnacji skóry ramion i łydek (do pielęgnacji reszty ciała mam "swój" balsam, którego nigdy nie zamienię na inny, jeśli zaś chodzi o zwykłe nawilżanie, to lubię eksperymentować).

Po przyjściu do domu okazało się, że wybór był strzałem w dziesiątkę!

Po pierwsze - pompka. Lubię kosmetyki z pompką, mogę dzięki niej wydozować odpowiednią ilość kosmetyku prosto na skórę, którą chcę posmarować.
Po drugie - zapach. Bardzo neutralny, szybko się ulatnia.
Po trzecie - nie spodziewałam się takiego nawilżenia!

Preparat bardzo dobrze radzi sobie nawet z bardzo suchą skórą łydek.
Zawiera sporą ilość silikonu  - w wypadku innych kosmetyków, na przykład tych przeznaczonych do skóry twarzy lub włosów, bardzo by mnie to raziło. Tutaj - nie przeszkadza mi to wcale.
Dzięki silikonom mleczko zostawia na skórze delikatny film - nie jest to film tłusty, raczej takie uczucie, jakie ma się po posmarowaniu twarzy bazą pod podkład.
Skóra wydaje się bardzo gładka, bardzo jędrna i przyjemna w dotyku.
To uczucie utrzymuje się przez cały dzień, do czasu następnej kąpieli, a i po kąpieli (przy regularnym stosowaniu, ja używam produktu codziennie) skóra jest bardzo miękka, nie jest sucha już wkrótce po wytarciu się ręcznikiem.
Pomimo pozostającego na skórze filmu mleczko nie brudzi ubrań i bardzo szybko się wchłania.
Preparat nie uczula, ale w historii mojej pielęgnacji ciała udało się to jedynie dwóm balsamom (jeden firmy Ziaja, drugi - z Nivelazione), więc nie wiem, jak sprawa by wyglądała w wypadku używania mleczka przez osobę z uporczywymi skłonnościami do alergii.

W przeciwieństwie bowiem do emulsji Oillan Balance produkt ten nie jest przeznaczony do skór alergicznych. Pomimo adnotacji, że jest testowany dermatologicznie.


9.jpg





Powyższe zdjęcie zamieściłam po to, żeby zaprezentować Wam skład produktu.
Chociaż jest w nim znienawidzona gliceryna i dostrzec można tonę parabenów (zawsze się zastanawiam, po co im ich aż tyle w takim jednym kosmetyku...), to wysoko w składzie są soja, mocznik, olejek kokosowy i masło Shea.

Nie jest to dobry wybór, jeśli stawiacie na kosmetyki dalece naturalne!
Ale jeśli szukacie taniego, wydajnego i naprawdę poprawiającego wygląd suchej skóry nóg lub ramion preparatu, to jest coś dla Was.

Produkt jest bardzo wydajny, nawet niewielka ilość mleczka pozwala posmarować dużą powierzchnię skóry.
Opakowanie wykonane jest z miękkiego plastiku - to, czego przy końcu preparatu nie da rady wygrzebać pompką z pewnością wydobędziemy przez rozcięcie butelki nożem.

Mleczko nie jest testowane na zwierzętach!

Moim zdaniem - warto spróbować.


A czy Wy? Macie jakieś swoje styczniowe odkrycia w kwestii kosmetyków?


P.S. Dziękuję Wam bardzo za wszystkie odwiedziny, komentarze i obserwacje i jednocześnie przepraszam za to, że nie wrzucam tutaj kilku postów tygodniowo. 
Jesteście kochani i kochane, że chce Wam się mnie odwiedzać :)


Zaloguj się, żeby dodać komentarz.