Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Działanie:
Kosmetyczne recenzje Mar: Effaclar Duo (+) Unifiant - najlepszy krem BB dla skóry trądzikowej, jaki kiedykolwiek wpadł w moje ręce
Zobacz oryginał pon., 06/03/2017 - 09:35Wraz z nadejściem wiosny zaczynamy zrzucać z siebie niepotrzebne warstwy - zarówno w ubiorze jak i w makijażu.
Nic w tym dziwnego, bo po kilku miesiącach skrzętnego opatulania się kilkoma swetrami naraz i ciągłej troski o ochronę skóry przed działaniem wiatru i mrozu możemy mieć całej tej zabawy po prostu dość.
Każda z nas wie, że nasza skóra nie lubi, kiedy obciążamy ją nadmiarem kosmetyków. Szczególnie wiedzą o tym posiadaczki skóry tłustej i trądzikowej. Jednak to właśnie im najtrudniej przychodzi zrezygnowanie z codziennego używania mocno kryjących pudrów i podkładów. Nawet latem.
Nic w tym zaskakującego - skóra trądzikowa zazwyczaj wywołuje u swoich posiadaczy i posiadaczek masę kompleksów: pokryta jest bliznami, przebarwieniami i (często, choć nie zawsze) trwale rozszerzonymi porami. To nie jest skóra, którą chcemy się chwalić i którą chcemy pokazywać światu.
Ale doskonale wiemy, że codzienne wykonywanie ciężkiego makijażu tylko pogarsza stan rzeczy - bardzo duża część najmocniej kryjących podkładów zawiera całą masę składników potencjalnie komedogennych. Wpadamy więc w błędne koło - zakrywamy twarz kilkoma warstwami fluidu po to, żeby ukryć niedoskonałości, a działanie to tylko pogarsza wygląd naszej skóry. W efekcie przybywa nam na twarzy rzeczy, które chcemy ukrywać.
Powinnam kiedyś pokusić się o napisanie serii postów pod tytułem "Jak żyć z trądzikiem i nie zwariować" - mam to w planach, nie mam jednak czasu. Korzystając z okazji powiem Wam jedno - ja wiele razy miałam (i ciągle mam) wywalone na to, jak ktoś odbierze wygląd mojej skóry.
Moja poprzednia praca pozwalała mi na to, żebym nie musiała się do niej codziennie malować. Nie robiłam więc tego i wielokrotnie przychodziłam do niej wysmarowana wyłącznie kremem z filtrem lub aktualnie stosowanymi lekami. W obecnej malować się muszę (nieco inny charakter pracy, nieco inny kontakt z klientem), ale nie muszę tego robić po pracy i w dni wolne od niej - zatem nie robię tego wtedy. I tyle.
Nie sprawia mi problemu wyjście do ludzi bez makijażu.
Nie sprawia mi problemu wyjście do ludzi bez makijażu.
Był moment (zwłaszcza w okolicach października ubiegłego roku, kiedy to moja twarz wyglądała najgorzej, jak wyglądać tylko mogła), gdy niesamowicie wstydziłam się tego, jak prezentuję się bez makijażu - jednak w momencie, w którym uświadomiłam sobie, że zrezygnowanie z make-up'u jest tak naprawdę jedyną szansą na to, by kiedykolwiek było lepiej bez jakichkolwiek trudności z wykonywania go z miejsca zrezygnowałam.
Dziękuję za to sobie i swojemu rozsądkowi - taka postawa naprawdę bardzo pomogła mi w walce o normalny wygląd mojej skóry.
Zdrowie zdrowiem, korzyści ze zrezygnowania z makijażu korzyściami, ale nie oszukujmy się - każda z nas ma takie momenty, w których chce po prostu wyglądać ładnie, kobieco i nie odstawać od reszty przedstawicielek płci pięknej.
Bez względu na to, jak bardzo w duchu czuje się feministką.
Jak pogodzić zatem chęć prezentowania się ładnie i świeżo z chęcią niezaszkodzenia chorej skórze?
Wybrać podkład lub krem BB z substancjami leczniczymi, który będzie nie tylko upiększał, ale i pielęgnował naszą skórę trądzikową.
Na krem Effaclar Duo (+) Unifiant natknęłam się w czasie wertowania wątków na Kafeterii i Wizażu, kiedy to rozpaczliwie poszukiwałam kosmetyku, który mógłby zastąpić mi w codziennym użyciu mój ulubiony podkład - Revlon Colorstay.
Bardzo lubię Revlon Colorstay, choć wiem, że ogół ma o nim opinie skrajne.
Część użytkowniczek twierdzi, że pogarsza im stan skóry (ja szczerze mówiąc nigdy nie zauważyłam, żeby tak działo się u mnie), część narzeka na jego dziwną konsystencję, jeszcze innym przeszkadza jego nienajlepszy skład. Ja też wielu rzeczy w nim nie lubię, ale za dwie muszę go pochwalić - kryje świetnie i jest jedynym podkładem, który potrafi przetrwać dość długo na mojej twarzy bez zmiany swojego na niej wyglądu. Wiadomo, że jeśli ma się skórę tłustą, to żaden podkład nie wytrzyma na niej w stanie nienaruszonym ośmiu lub dwunastu godzin - cuda się nie zdarzają. Ale jeśli podkład umie wytrzymać już cztery do pięciu godzin bez zamieniania się w ciasto, to jest to podkład bezsprzecznie świetny.
Jeśli chodzi zaś o to, czego w nim nie cierpię, to konieczności obtykania się z nim jak z jajkiem w czasie aplikacji - z Revlonem jest bowiem masa zachodu. Trzeba go dobrze wstrząsnąć, nakładać na krem, najlepiej pędzlem (nakładany palcami wymaga użycia pod niego korektora, poza tym niestety zostawia smugi). O tyle, o ile nie mam z tym problemu kiedy wybieram się na zdjęcia albo na jakąś imprezę, to gdy spieszę się do pracy nie mam najmniejszej ochoty marnować godziny na wykonywanie makijażu (Revlonovi należy dać około piętnastu minut na wyschnięcie zanim zaczniemy nakładać na niego róż, bronzer, puder i całą resztę tego majdanu). Dlatego też postanowiłam zamienić go na coś łatwiejszego w obsłudze i lżejszego. Revlon Colorstay jest bowiem jednym z cięższych podkładów (nic dziwnego, skoro tak mocno kryje) i niestety - mając go na twarzy ciągle czujemy jego obecność.
Znaleźć jego godnego zastępcę nie było łatwo, zwłaszcza, że za główny cel poszukiwań postawiłam sobie znalezienie produktu, który miałby naprawdę fajny skład i nie zniweczył efektów mojej wielomiesięcznej pracy nad cerą (i - przy okazji - kilku tysięcy złotych, które wydałam chcąc uporać się z jej problemami).
Jak pisałam - nigdy nie odczułam negatywnych skutków malowania się Revlonem, ale wzięłam pod uwagę to, że przez ostatnie dwa lata nie byłam zmuszona używać go codziennie.
Nie chciałam więc ryzykować.
W pierwszej kolejności postanowiłam wybrać któryś z podkładów mineralnych, ale po lekturze wielu wpisów na rozmaitych blogach i portalach urodowych dałam sobie spokój - kupowanie któregokolwiek z nich w ciemno nie wchodziło w grę, a w znanych mi sklepach stacjonarnych żadnego nie mogłam uświadczyć.
Mój problem rozwiązał się, gdy trafiłam na recenzje opisywanego dziś przeze mnie kosmetyku.
Effaclar Duo (+) Unifiant to nic innego, jak wersja tonująca znanego od lat produktu koncernu La Roche-Posay Effaclar Duo, przemianowanego później po zmianie formuły na Effaclar Duo (+) - jednego z lepszych preparatów aptecznych dostępnych bez recepty i służących do samodzielnej, delikatnej regulacji skóry z lekkim lub średniozaawansowanym trądzikiem oraz cer po terapii antytrądzikowej, w celu podtrzymania na nich uzyskanego wskutek kuracji efektu.
To krem znany od lat, jego unowocześniona wersja zawiera w swoim składzie wiele fajnych rzeczy:
- Procerad - substancję o działaniu przeciwzapalnym i zapobiegającą powstawaniu brzydkich, czerwonych lub brunatnych śladów po wygojonych wypryskach.
- Niacynamid - czyli nic innego jak witaminę B3, także działającą przeciwprzebarwieniowo i przeciwzapalnie, ale również przeciwtrądzikową i wzmacniającą ochronę przed działaniem wolnych rodników oraz nawilżającą skórę.
- Kwas lipohydroksylowy i kwas salicylowy - czyli bardzo fajne substancje keratolityczne, złuszczające i odnawiające powierzchnię naszej skóry.
Wersja Unifiant miała łączyć w sobie działanie klasycznego Effaclar Duo i jednocześnie w pewnym choć stopniu zastępować działanie kosmetyku przeznaczonego do malowania skóry.
Spodobało mi się to, bo zdejmowało ze mnie konieczność stosowania jakiegokolwiek kremu pod makijaż - tu miałam już produkt 2 w 1.
Poza tym wiedziałam, że dostaję produkt lekki, nieobciążający skóry i wyglądający na niej naturalniej, niż inne tego typu kosmetyki przeznaczone do skór trądzikowych - lubiany przeze mnie Dermablend 3 D od Vichy, choć jest najlepszym chyba podkładem do skóry z bardzo nasilonym trądzikiem, to przestaje się sprawdzać w momencie wyleczenia twarzy: jego niesamowite wprost krycie nie jest nam wówczas już tak potrzebne i zaczyna nam wówczas przeszkadzać efekt maski, jaki zostawia na twarzy (blogerkom natomiast wadzić będzie sposób, w jaki odbija się na nim światło - umalowana nim twarz nie będzie nigdy wyglądać dobrze na zdjęciach).
Jak sprawdził się u mnie Effaclar Duo (+) Unifiant?
Co o nim sądzę i czy zostanie ze mną na dłużej?
Aspekt cenowy oraz stosunek ceny do jakości i wydajności produktu:
To nie jest tani produkt, ale jego cena nie różni się zbytnio od wielu standardowo używanych przeze mnie kosmetyków do makijażu lub pielęgnacyjnych.
Za plastikową tubkę z aplikatorem o pojemności 40 ml zapłaciłam około 50 złotych. Nie jest to mało, ale gdybym się postarała i przeszukała dokładnie Allegro oraz gazetki promocyjne kilku sieciowych aptek, to udałoby mi się znaleźć go już w cenie zaczynającej się od 30 złotych. Preparat jest jednak bardzo wydajny - nie trzeba nakładać go wiele, żeby pokryć nim całą twarz, wydaje mi się więc, że spokojnie wystarczy na przynajmniej 3 miesiące.
50 dzielone przez 3 daje nam niecałe 17 złotych na miesiąc, a to jest już kwota znośna.
Ten aplikator o którym wspomniałam bardzo pomaga w optymalnym dozowaniu kosmetyku - możemy wycisnąć dokładnie tyle kremu, ile aktualnie potrzebujemy, nic nam się nie wylewa na rękę/pędzel (nie zostajemy więc z nadmiarem produktu, który z braku innych pomysłów na jego wykorzystanie moglibyśmy potem zmyć z ręki).
Dzięki wąskiej końcówce aplikatora krem nie zasycha u jej wylotu i unikamy kłopotów z wyciśnięciem produktu po dłuższym czasie nieużywania go.
Konsystencja/aplikacja/zapach/odcień:
Effaclar Duo (+) Unifiant jest dość rzadki, w moim odczuciu posiada konsystencję niemalże nieróżniącą się od jego klasycznej wersji pozbawionej pigmentu koloryzującego.
Bardzo dobrze rozprowadza się po skórze, nawet tej nieco przesuszonej i o nierównej powierzchni. Nie ślizga się, nie wałkuje i nie zostawia smug. Najlepiej i najwydajniej aplikuje się go na twarz pędzlem przeznaczonym do nakładania kremu (aczkolwiek pędzlem przeznaczonym typowo do nakładania podkładu także nałożymy go bez kłopotów).
Pachnie także podobnie do wariantu bez pigmentu - owocowo i świeżo. Zapach nie utlenia się ze skóry, czujemy go na niej przez dłuższy czas po użyciu kosmetyku.
Kwestia odcienia jest chyba jedną z najciekawszych w wypadku pisania o Effaclar Duo (+) Unifiant.
Specjalnie przygotowałam dla Was porównanie używanego przeze mnie odcienia Light do innych kosmetyków koloryzujących, których używam - Revlonu Colorstay w odcieniu 180 oraz Dermablendu 3D w odcieniu 15.
Może się wydawać, że wpada w pomarańcz, ale nic z tych rzeczy - zamiast żółtych tonów posiada po prostu więcej tych różowych. I dlatego tak bardzo mi odpowiada!
Zapewne uznacie za dziwne, że osoba zmagająca się z problemem niedoskonałości i przebarwień celuje w podkłady/kremy koloryzujące z różowymi pigmentami, ale patrząc na powyższe zdjęcie od razu rzuca się w oczy fakt, że moja skóra posiada więcej chłodnych, naturalnie różowych pigmentów, niż ciepłych, beżowych. Z większością jasnych odcieni podkładów mam ten problem, że są dla mnie za żółte i za bardzo odcinają mi się od koloru szyi. Dawno temu dostępny był na rynku odcień Revlonu o numerze 200, nazywał się bodajże Nude. Załapałam się ledwie na jedną jego butelkę, po czym nigdy więcej już się z nim nie spotkałam (nadal dostępny jest na rynku odcień 200 dla skóry suchej).
Odcień jasny Effaclaru Duo (+) Unifiant to mój strzał w dziesiątkę w kwestii koloru, jaki powinien mieć stosowany przeze mnie podkład/krem koloryzujący. Po roztarciu na skórze odcień nieco jaśnieje i traci pigment, więc jeśli boicie się efektu świnki Piggy, to spokojnie - uwierzcie mi na słowo, że po zakończeniu procesu nakładania kremu na twarz kosmetyk wygląda na niej naprawdę naturalnie :)
Odcień jasny Effaclaru Duo (+) Unifiant to mój strzał w dziesiątkę w kwestii koloru, jaki powinien mieć stosowany przeze mnie podkład/krem koloryzujący. Po roztarciu na skórze odcień nieco jaśnieje i traci pigment, więc jeśli boicie się efektu świnki Piggy, to spokojnie - uwierzcie mi na słowo, że po zakończeniu procesu nakładania kremu na twarz kosmetyk wygląda na niej naprawdę naturalnie :)
Krycie i trwałość:
Effaclar Duo (+) Unifiant nie jest podkładem, nie będzie więc produktem tak kryjącym, jak typowe fluidy. Wcale się tego po nim nie spodziewałam. Powiem więcej - nie sądziłam nawet, że będzie krył tak, jak kryje. Zakrywa zaczerwienienia (także te wywołane działaniem retinoidów) i drobne ślady po niedoskonałościach, nie radzi sobie jednak z dużymi przebarwieniami pozapalnymi i bliznami - chcąc je ukryć muszę przed aplikacją kremu położyć na nie odrobinę korektora albo zwyczajowo stosowanego przeze mnie podkładu.
Zgodnie z obietnicą producenta świetnie ujednolica jednak koloryt całej skóry na którą go stosujemy - twarz wygląda z nim naturalnie i promiennie, bardzo zdrowo.
Z problemem małej trwałości można sobie łatwo poradzić - ja nie nakładam na krem żadnego innego kosmetyku poza sypkim pudrem ryżowym albo bambusowym. Dzięki temu w momencie kiedy krem zaczyna mi się warzyć na skórze od nowa wsmarowuję go w twarz - ewentualnie profilaktycznie nakładam nową porcję kremu kilka razy w ciągu dnia. Na zwykłym podkładzie nigdy nie robiłam takich poprawek, ponieważ raz, że kilka warstw podkładu rzadko kiedy wygląda fajnie, a dwa, że nie chciałam ryzykować nadmiernego obciążenia skóry.
Z problemem małej trwałości można sobie łatwo poradzić - ja nie nakładam na krem żadnego innego kosmetyku poza sypkim pudrem ryżowym albo bambusowym. Dzięki temu w momencie kiedy krem zaczyna mi się warzyć na skórze od nowa wsmarowuję go w twarz - ewentualnie profilaktycznie nakładam nową porcję kremu kilka razy w ciągu dnia. Na zwykłym podkładzie nigdy nie robiłam takich poprawek, ponieważ raz, że kilka warstw podkładu rzadko kiedy wygląda fajnie, a dwa, że nie chciałam ryzykować nadmiernego obciążenia skóry.
Skład:
Skład jest naprawdę bardzo fajny, jedyne do czego można się przyczepić to alkohol (tu w funkcji rozpuszczalnika) i fakt, że kosmetyk jest perfumowany. Wątpliwości budzić może jeszcze składnik ukrywający się pod nazwą Methyl Methacrylate Crosspolymer, czyli filmotwórcza substancja zagęszczająca, która może (choć nie musi) podrażniać skórę. Jest ona dość wysoko w składzie.
Mamy tu jednak całą masę dobrych składników, których ze świecą szukać w drogeryjnych kremach typu BB:
- Dimethicone - nieszkodliwy silikon rozpuszczalny w wodzie, tworzący na skórze przyjemny film, a jednocześnie pozbawiony właściwości komedogennych.
- Isocetyl Stearate - emolient o pośrednim działaniu nawilżającym.
- Niacynamid - o którego właściwościach wspominałam wcześniej.
- 2-oleamido-1, 3-octadecanediol - tłuszcz pochodzenia roślinnego, redukujący czerwone ślady pozapalne i zapobiegający hiperpigmentacji.
- Linoleic Acid - kwas linolowy; Emolient odblokowujący pory i poprawiający jakość wytwarzanego przez skórę sebum.
- Capryloyl Salicylic Acid - ester kwasu kaprylowego i kwasu salicylowego delikatnie złuszczający zrogowaciałe partie naskórka i hamujący powstawanie zaskórników.
- Capryl glycol - substancja zmiękczająca i poprawiająca nawilżenie naskórka.
- Zinc PCA - ograniczający nadmierne wytwarzanie łoju i działający antybakteryjnie.
- Piroctone Olamine - składnik jednocześnie przeciwbakteryjny, przeciwgrzybiczy i przeciwzapalny.
Działanie:
Ciężko jest mi odnieść się do obietnic producenta, ponieważ nie używam tego kremu codziennie, a 2-3 razy w tygodniu. Prawdą jest, że bardzo fajnie radzi sobie z jakimiś świeżymi wypryskami - przysusza je i goi. Po całym dniu noszenia go na twarzy nie wchodzi w pory skóry (co zdarza mi się bardzo często choćby po dniu spędzonym w makijażu wykonanym Revlonem Colorstay). Jego działania przeciwprzebarwieniowego również nie mogę ocenić, dlatego że ciągle na noc stosuję retinoidy i jestem w trakcie zabiegów mikronakłuwania - stale postępujący proces rozjaśniania się moich przebarwień potrądzikowych zawdzięczam prędzej nim, niż temu kosmetykowi.
Plusy kosmetyku:
- Możliwość stosowania jednego produktu do pielęgancji i makijażu - oszczędzamy czas i pieniądze, nie musimy też rezygnować z pielęgnacji dziennej, jeśli chcemy wyjść z domu trochę choć umalowane (wiele typowych kremów przeciwtrądzikowych przeznaczonych do stosowania na dzień nie współpracuje z większością dostępnych podkładów, podkład roluje się na nich, zostawia brzydkie smugi lub szybko się warzy - tu tego nie ma!).
- Bardzo fajny skład niewystępujący w innych kremach BB odpowiedni dla osób zmagających się z niedoskonałościami cery - substancje przeciwzapalne i złuszczające skumulowane w jednym preparacie (makijaż wykonywany Effaclarem Duo (+) Unifiant na pewno nie zniweczy efektów wielomiesięcznych, kosztownych kuracji przeciwtrądzikowych!).
- Przyjemny zapach.
- Brak uczucia, że cokolwiek mamy na twarzy.
- Gwarancja, że przy nakładaniu na twarz nawet kilku warstw kosmetyku nie obciążymy cery i nie zaszkodzimy jej.
- Odcień jasny (Light) idealnie dopasowany do skóry bladej, ale wpadającej w różowe tony.
- Preparat nie podrażnia skóry będącej w trakcie leczenia zewnętrznymi preparatami na bazie retinoidów, nadaje się także do makijażu skóry po zabiegach dermatologicznych.
Jego minusy:
- Brak mocnego krycia (bez pomocy korektora nie przykryje dużych przebarwień i świeżych pryszczy) - ale to krem w podobie kremów BB, nie podkład!
- Słaba trwałość - bez poprawek wytrzymuje na skórze przetłuszczającej się około trzech godzin.
- Średnia współpraca preparatu z różami, pudrami i produktami przeznaczonymi do konturowania - to produkt, na który najlepiej jest nałożyć wyłącznie puder ryżowy lub bambusowy. Wszystko inne po prostu spłynie Wam wraz z nim z twarzy.
Moim zdaniem jest to naprawdę świetny produkt, który oceniam na pełną 5.
Mogłabym, oczywiście, odjąć mu jedną notę za średnie krycie, ale - jak napisałam wyżej - nie można oceniać kremu będącego czymś w rodzaju kremu BB jakby był fluidem.
Producent nie opisuje nam tu krycia jako czegoś, co ten kosmetyk ma nam zapewnić - bądźmy więc uczciwe.
ODWIEDŹCIE MNIE NA:
Miłego i spokojnego tygodnia dla Was - pozdrawiam, Wasza Mar!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.










