Jestę morsę
Zobacz oryginał wt., 06/01/2015 - 17:41Tytuł zobowiązuje. Zaznałam zimowej kąpieli dopiero raz, to chyba się jeszcze nie kwalifikuję, z drugiej jednak strony, jest na piśmie, więc trzeba potraktować to serio, nie jak przypadkową akcję.
To ja może opowiem, jak to było? Interesuje to kogoś?
W przerwie między świętami a sylwestrem spotkaliśmy się ze znajomymi. Mała wyżerka, drineczki, kalambury te sprawy. Patrzę na Łukasza, ma dziwne dłonie. Szare jakieś. Jakby węgiel przerzucał i nie domył. Grześ prędko wytłumaczył: "A bo on się dziś długo pomostu trzymał"
Ke??
I się okazało. Łukaszowi od jakiegoś czasu chodziło po głowie, by spróbować kąpieli zimą, zahartować się trochę. Poczytał, zagłębił się w temat, przemyślał całą logistykę i zaczął. Wciągnął szwagra, sąsiada i tak dalej. Jedenastu chłopa spotykało się co niedzielę o tej samej porze na tej samej plaży, by wykąpać się w jeziorze. Ostatnio musieli już skuwać lód, by móc to zrobić.
Założyli sobie profil na facebooku - znajdziecie go TUTAJ.
Od słowa do słowa i właściwie padła smutna refleksja, że nie ma w tym gronie żadnej babeczki. Na wspomnianym spotkaniu kobiet było trzy i wszystkie z krzywym, nieśmiałym uśmiechem zadeklarowały, że heja, trzeba spróbować.
Moja pierwsza myśl: i tak z tego nic nie będzie.
Moja druga myśl: jeśli to zrobię, to muszę mieć stylówkę, w zwykłym stroju kąpielowym nie wejdę;-))
I stało się. W tę niedzielę ja z Kingą wpakowałyśmy się do jeziora (trzecia odpuściła, ale będą rozmowy). Sama siebie zadziwiłam zapałem, konsekwencją i siłą postanowienia, bo przecież jedną z moich flagowych cech jest słomiany zapał.
Wytrzymacie trochę jeszcze? Opowiem jak było...
Oto miejsce kąpieli Murowanych Morsów.
Najpierw rozgrzewka - wiedziałam tylko, że musi pojawić się takie uczucie, że ma się ochotę zdjąć ciuchy. Ma być ciepło, właściwie za ciepło. Rozgrzewka w moim wydaniu była nieudolna, bo dwa dni wcześniej zaliczyłam fatalny upadek na lodowisku i cała góra ciała bolała mnie tak, że z trudem odpalałam kuchenkę i spłukiwałam wodę w toalecie (serio).
Ale biegać mogłam;-)
Od razu nadmieniam, że ciuchy, które mam na sobie, to bardzo przemyślany zestaw - wszystko szybko się zdejmowało i wkładało. Buty bez wiązania, kurtka bez zamka, dresy.
Długo jeszcze? ;-)
Dość już tego biegania. Jest mi ciepło!
Szybka zmiana anturażu.
I wchodzę...
Piszczę jak dzika, ale to bardziej dla hecy, bo woda okazuje się nie taka znowu zimna.
Dopiero po chwili czuć, że jednak jest lodowata. Nie jest źle, tylko nogi dziwnie szczypią.
Ale głębiej nie dam rady, choć z pomostu nawołują.
Na pierwszy raz wystarczy. Już czuję się w temacie morsowania rozdziewiczona. Może zaszaleję przy kolejnej okazji. Za tydzień. Brrrr.
Po wyjściu skóra szczypie, trochę jakby ktoś wbijał w nią setki małych igiełek. Ale ogólnie powiem Wam, że górę bierze przyjemne uczucie rześkości, jakiegoś wewnętrznego ciepła, no i satysfakcji;-)
Szlafroczek mile widziany, chociaż mimo zimna i podłego wiatru mogłam sobie stać półnago i nie odczuwałam tego szczególnie dotkliwie. Przynajmniej przez kilka minut tak jest.
Jeszcze odrobina bekstejdżu.
I po akcji. Spróbowałam i bardzo się z tego cieszę. Chciałabym jeszcze. Podobno to niezły sposób na cellulit - i tego będę się trzymać.
Myślę, że to forma przygody, sportu, czegoś dla zdrowia, hartu ducha i ciała.
A przy tym grupa sympatycznych i pomysłowych ludzi. Czego chcieć więcej?
A, jeszcze kubeczka gorącej herbaty i chwila kontemplacji własnej dumy;-)
reszta mojej wodnej stylówki to czapka z woalką DIY, strój kapielowy F&F, buty do wody nn oraz rękawiczki avenue
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.

















