Lista blogów » Lena Magda Spot
JA I MOJE SKRZYPCE - HISTORIA PEWNEJ ZNAJOMOŚCI
Zobacz oryginał wt., 03/06/2014 - 00:32zdjęcie sprzed dwóch lat - sami rozumiecie... ;)
Wiele razy zastanawiałam się nad powstaniem takiego postu i nigdy nie doszło to do skutku, aż tu nagle naszła mnie ochota na taki spontaniczny wpis. Może akurat was to zainteresuje. A może nie ;) Na blogu skupiam się tylko na modzie/ubraniach, ale nie samymi szmatkami w końcu człowiek żyje. Ja żyję głównie skrzypcami.
Wszystko zaczęło się w maju 1996 roku na urodzinach mojej przyjaciółki z przysłowiowej piaskownicy. Do piaskownicy chadzamy już znacznie rzadziej, ale przyjaźnimy się do dziś. Starsze rodzeństwo Sandry uczęszczało do szkoły muzycznej położonej w sąsiednim mieście, w końcu i ona poszła w ich ślady. Wiedziałam o tym, ale nigdy dotąd nie miałam styczności z żywym instrumentem, nie wzbudzało to więc mojego szczególnego zainteresowania. Na swojej imprezie urodzinowej jako jedną z atrakcji (zaraz po szampanie Piccolo) Sandrusia zaplanowała swój mały występ ze skrzypcami. Nie pamiętam tego konkretnego momentu, pierwszego dźwięku skrzypiec - pamiętam tylko z opowieści, że odkąd wróciłam do domu, przez kilka najbliższych tygodni nie przestawałam mówić "mamo, tato, ja chcę grać na skrzypcach, ja po prostu muszę, błagam!". Byłam już wtedy uczennicą pierwszej klasy zwykłej szkoły, był to - jak już wspominałam - maj, zatem moje prośby o posłanie mnie do szkoły muzycznej wydawały się być absurdalne. Rodzice oczywiście traktowali to jak zwykły dziecięcy kaprys, o którym za chwilę zapomnę, ale nie zapominałam. Po latach mama opowiedziała mi, jak to pytając o radę swoją koleżankę usłyszała w odpowiedzi "co zrobicie, jeśli ona za dwadzieścia lat wypomni wam, że nie pozwoliliście jej grać na skrzypcach, choć tak bardzo chciała?". W szkole muzycznej pani w sekretariacie popukała się w głowę na wieść, że chciałabym zdawać za miesiąc do drugiej klasy, choć jeszcze nie zaczęłam grać... ale zamierzam się nauczyć. Mama i tata poruszyli niebo i ziemię, znaleźli altowiolistę z filharmonii, Pana Franka, który zgodził się udzielać mi lekcji (na wszelki wypadek - altówka to "te większe skrzypce" ;)). Przez ten miesiąc wzajemnie katowaliśmy się ćwiczeniami, nauką nut i moim zarzynaniem strun. Zdałam. Tę radość pamiętam do dziś - już nigdy później nie powtórzyła się po żadnym występie. Odtąd ja i moje skrzypce byliśmy w końcu razem, a dwadzieścia lat później rodzice przyjechali posłuchać mojego recitalu dyplomowego kończącego studia w Akademii Muzycznej w Krakowie :) Pan Franek natomiast wpadł kilka lat wcześniej na dyplom kończący szkołę. Czasami spotykamy się przypadkiem, a moja wdzięczność i sentyment do pierwszego nauczyciela muzyki są nieopisane.
A tak wygląda skrzypek po wielu godzinach grania...
Wiele razy zastanawiałam się, jak wyglądało by moje życie i kim byłabym, gdybym nie zaczęła grać na skrzypcach. Pewnie zabrzmi banalnie i patetycznie, ale myślę, że naprawdę nie byłabym tym, kim jestem - muzyka ukształtowała mnie tak, jak nic innego. Środowisko muzyków klasycznych jest specyficzne, szkoła była specyficzna, studia też. W ciągu osiemnastu lat obcowania ze skrzypcami miałam jakieś tysiąc pięćset sto dziewięćset momentów, kiedy chciałam to rzucić i mieć święty spokój. Instrumentalistą jest się siedem 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu, lista poświęceń i wyrzeczeń dla muzyki jest naprawdę długa. Pamiętam, jak moja koleżanka skrzypaczka co roku martwiła się już na kilka miesięcy przed swoimi urodzinami, że jeśli wyprawi z tej okazji imprezę, nie będzie mogła tego dnia poćwiczyć, a urodziny miała miesiąc przed egzaminami kończącymi rok szkolny. Bo ćwiczy się codziennie. Dzień w dzień, czy boli głowa, czy palec, czy masz okres czy grypę, czy rzucił cię chłopak, czy zdechł pies. To nie ma znaczenia, gdy wychodzisz na scenę, publiczność nie pyta, czy miałeś odpowiednie warunki i czas, aby się przygotować. Mało tego, nikt nie pyta, ile procent umiejętności udało ci się zaprezentować podczas tej jednej szansy, którą dostałeś. Nieśmiertelny tekst uczniów opuszczających salę egzaminacyjną brzmiał "gdybym mógł tam jeszcze raz wejść i zagrać tak, jak potrafię!". Czyli tak, jak w sporcie - możesz przygotowywać się do olimpiady 10 lat i spieprzyć ten jeden bieg, lub akurat złamać nogę kilka dni wcześniej. Ryzyko zawodowe. Naprawdę nie miałam zamiaru narzekać, nie wiem czemu tak wyszło! Gra na skrzypcach dała mi oczywiście też mnóstwo radości, wzruszeń, znajomości, przygód, podróży... Kończę na dziś, żeby was całkiem nie zanudzić. Ciekawe, czy zainteresowałoby was wstawienie kiedyś na bloga fragmentu mojej gry?
A jakie są wasze pasje, talenty, zawody? :)
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.






