Lista blogów » lifeINblond

Inglot Full & Dense Lashes

Zobacz oryginał
P1100322.JPG


9 ml- 15 zł

Swoją przygodę z marką Inglot rozpoczynałam, jak większość wielbicielek kosmetyków, od cieni do powiek. Nie zawiodłam się. Do dziś matowa seria jest u mnie na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o makijaż oka. Dlatego też podczas ostatniej wizyty przy inglotowskim stoisku dałam się przekonać do zakupu maskary. Niska cena i makijaż ekspedientki ( niby wykonany tym tuszem) wygrały z moją słabą-silną wolą. Usprawiedliwieniem miała być jakość. Jeśli cienie są świetne, to i w tym przypadku nie może być inaczej! Niestety! Tym razem instynkt łowcy zawiódł. Dobrze się stało, mam nauczkę, żeby nie kupować:
a). jeśli nie potrzebuję tego kosmetyku na już 
b). jeśli nie sprawdziłam wcześniej recenzji 
c). tylko dlatego, że coś jest tanie

P1100323.JPG


Zacznijmy jednak od zalet, nie zwykłam popadać ze skrajności w skrajność, więc i tych się dopatrzyłam. Przede wszystkim plusem jest dla mnie szczoteczka. 
Mój ulubiony typ. Krótka, niezbyt duża i zaokrąglona. Pozwala na precyzyjne wytuszowanie wszystkich rzęs. Ułożone spiralnie włoski mają to do siebie, że umożliwiają nam równomierne rozprowadzenie produktu. Dzięki temu unikamy również efektu sklejenia. Rzęsy są dokładnie pokryte i rozdzielone. W tej kwestii Inglot spisał się na medal.
Na pochwałę zasługuje także kolor. Mamy tutaj do czynienia z głęboką czernią. Żadnych prześwitów, czy szarych refleksów. Kruczoczarna oprawa oka gwarantowana. 




Z  przykrością muszę stwierdzić, że na tym kończą się pozytywy. Z założenia prezentowany tusz miał dawać efekt pogrubienia. Nie zauważyłam, aby moje rzęsy zyskały na objętości. Byłabym jednak w stanie to przeboleć i używać go mimo wszystko w codziennych makijażach, kiedy nie zależy mi na spektakularnym spojrzeniu. Inglot niestety zrobił wszystko, aby mi to uniemożliwić. Po kilku godzinach od aplikacji można zauważyć, że tusz niemiłosiernie się kruszy. Okolica oka pokryta jest czarnymi drobinkami, które przy najmniejszym dotknięciu tworzą smugi na twarzy. Ale, ale, to jeszcze nie wszystko. Wychodząc zimą na mróz, czy latem na ostre słońce mam problem z łzawiącymi oczami. Po raz pierwszy jednak zdarzyło mi się, aby tusz pod tym wpływem zaczynał się rozmazywać. Co najzabawniejsze, trudno jest go zmyć płynem micelarnym, czy mleczkiem. Bez tarcia płatkami kosmetycznymi się nie obejdzie.

Przygoda z tą maskarą uświadomiła mi, że nie ma na rynku marki, która miałaby w swojej ofercie same doskonałej jakości kosmetyki. Nie warto nastawiać się na kontretnego producenta, bo spod każdej igły wychodzą zarówno hity, jak i kity. Tym razem Inglot mnie rozczarował. Nie znaczy to jednak, że nie będę testować ich kolejnych nowości. Wcześniej jednak dokładnie zapoznam się z recenzjami. 




Zaloguj się, żeby dodać komentarz.