Lista blogów » Lena Magda Spot
Dobra dobra, dawaj konkrety!
HISTORIA PEWNEGO WIELORYBA: JAK SCHUDŁAM 18 KG, W MIĘDZYCZASIE ZOSTAJĄC MAMĄ
Zobacz oryginał czw., 05/06/2014 - 21:42Sorry for the short translation, this post is just about how I lost 18 kilos :) Three years ago I've been even more fat then on the left picture, but I couldn't find a worse picture... But the most funny is that I became mother in the meantime, what motivated me a lot, I really didn't want to be an unattractive, fat mum, so I did my best and here is an effect of my personal makeover :)
zdj. po lewej: Salvatore Carpentiero
Postanowiłam dodać ten wpis z dwóch powodów. Po pierwsze, sama miliony razy przetrzepywałam internet poszukując motywacji w postaci czyjejś metamorfozy, po drugie, marzyłam wtedy, że i ja będę kiedyś mogła pochwalić się takimi efektami. To się chwalę :) Nadal mam trochę do zrzucenia tu i ówdzie, to nie jest efekt docelowy, ale myślę, że widać różnicę. Powyższe zdjęcie to wcale nie jest szczyt moich ówczesnych możliwości, potem ważyłam jeszcze więcej, ale "grubszego" nie udało mi się znaleźć z oczywistych względów - wszystkich najgorszych ujęć pozbywałam się na bieżąco.
Wielorybem być
Nie mam genetycznych predyspozycji do bycia szczupłą, jeśli popatrzeć na moją rodzinę. Zawsze byłam pączkiem, choć wielokrotnie chudłam... i z powrotem tyłam. Nie będę się rozpisywać o wynikających z tego kompleksach - kwestia znana każdemu, kto musi walczyć ze swoją wagą. Kiedy już pogodziłam się z tym, że nigdy nie pokażę się na plaży w stroju kąpielowym i do końca życia będę w 40-stopniowym upale udawać, że wygodnie mi w długich jeansach, ku swojemu zaskoczeniu, jako stara baba (zbliża się ćwierćwiecze) doszłam do rozmiaru 34, o którym nawet nie marzyłam.
Wieloryb zaciążył
Najśmieszniejsze, że "po drodze" zaszłam w ciążę i urodziłam dziecko ;) co nie przeszkodziło mi, a wręcz pomogło w osiągnięciu celu. Jakim cudem? Będąc w ciąży, tak bardzo bałam się, że przytyję 100 kilo, że z tego strachu przytyłam tylko 12 - pilnowałam się. Potem poszło już z górki, postanowiłam sobie, że nie zostanę roztytą, zaniedbaną Matką Polką, i że nic nie będzie gorzej niż przedtem, ale lepiej. Od chwili powrotu ze szpitala schudłam 11 kg, co razem daje 18 kg mniej, niż waga startowa sprzed dwóch i pół roku.
Wieloryb zaciążył
Najśmieszniejsze, że "po drodze" zaszłam w ciążę i urodziłam dziecko ;) co nie przeszkodziło mi, a wręcz pomogło w osiągnięciu celu. Jakim cudem? Będąc w ciąży, tak bardzo bałam się, że przytyję 100 kilo, że z tego strachu przytyłam tylko 12 - pilnowałam się. Potem poszło już z górki, postanowiłam sobie, że nie zostanę roztytą, zaniedbaną Matką Polką, i że nic nie będzie gorzej niż przedtem, ale lepiej. Od chwili powrotu ze szpitala schudłam 11 kg, co razem daje 18 kg mniej, niż waga startowa sprzed dwóch i pół roku.
Just do it
Pamiętam ten dzień. Siódmego listopada 2011 roku postanowiłam sobie, że będę szczupła, a rok później ważyłam o 12 kg mniej. Kiedyś, czytając ten tekst, w tym momencie załamałabym ręce i spytała "pff, tylko 12 kg w rok? ja muszę tyle schudnąć w 3 miesiące!" - ale zaraz, zaraz. Nie zliczyłabym, ile razy w życiu szybko schudłam. Tyle samo, co potem szybko przytyłam. Robiłam plany, rozpiski, silne postanowienia zmiany trybu życia o 180 stopni. Ba, obliczałam, ile schudnę do: sylwestra/świąt/urodzin/wakacji - w zależności od okazji. Oczywiście nigdy nie udało mi się dotrzymać tego założenia, a każda kolejna nieudana próba zwiększała tylko frustrację. Tamtego dnia natomiast nie zrobiłam żadnego harmonogramu, nie kupiłam karnetu na siłownię, nie wyrzuciłam z lodówki wszystkiego nie przypominającego zielonej sałaty, a nawet nie obliczyłam, ile kilogramów schudnę przez najbliższy miesiąc. Postanowiłam po prostu, że wygram ze sobą i będę szczupła, nic więcej. Od tamtej pory baaardzo wolno, lecz nieustannie, zmniejszam swoje gabaryty (z małą przerwą na urodzenie dziecka ;)), a jedyne, co zmieniłam, to myślenie. Nie byłam na żadnej tymczasowej diecie, a zmieniłam nawyki odżywiania i podejście do kwestii jedzenia.
Walczymy z sobą, nie z czekoladą
Nie jestem psychologiem, ale nie mam wątpliwości, że osoby walczące z nadwagą toczą walkę nie z czekoladą i pizzą, a ze swoją psychiką i emocjami. Obżerając się zabijamy nudę, każemy się za niepowodzenia lub się po nich pocieszamy, usprawiedliwiamy się mówiąc, że to jedna z niewielu przyjemności w naszym życiu. Pamiętam sytuację, która była jednym z bodźców do zmiany. Jedząc jak zwykle coś o kaloryczności oscylującej wokół miliona powiedziałam na głos, że właściwie nawet mi to nie smakuje, a koleżanka zapytała "jak ci nie smakuje, to po co jesz?". Ha! Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie, kilka tygodni lub miesięcy. Jadłam z przyzwyczajenia, tak o, po prostu, żeby coś zjeść; nie dlatego, że byłam głodna. A teraz jem wszystko, na co mam ochotę i niczego sobie nie odmawiam - brzmi, jak kiepska reklama tabletek na odchudzanie, ale to prawda. Zwracam uwagę na to, co jem, zastanawiam się, na co naprawdę mam ochotę, i co się okazuje - wcale nie mam ochoty na pożarcie całej lodówki (i to jeszcze z zawartością ;)). Jeśli coś bardzo kalorycznego śni mi się po nocach - w końcu pozwalam sobie na to, oczywiście w rozsądnej ilości. Kocham jedzenie i nigdy nie mogłam wytrzymać na żadnej diecie pozbawionej smaku i pozbawiającej przy okazji chęci do życia.
Walczymy z sobą, nie z czekoladą
Nie jestem psychologiem, ale nie mam wątpliwości, że osoby walczące z nadwagą toczą walkę nie z czekoladą i pizzą, a ze swoją psychiką i emocjami. Obżerając się zabijamy nudę, każemy się za niepowodzenia lub się po nich pocieszamy, usprawiedliwiamy się mówiąc, że to jedna z niewielu przyjemności w naszym życiu. Pamiętam sytuację, która była jednym z bodźców do zmiany. Jedząc jak zwykle coś o kaloryczności oscylującej wokół miliona powiedziałam na głos, że właściwie nawet mi to nie smakuje, a koleżanka zapytała "jak ci nie smakuje, to po co jesz?". Ha! Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie, kilka tygodni lub miesięcy. Jadłam z przyzwyczajenia, tak o, po prostu, żeby coś zjeść; nie dlatego, że byłam głodna. A teraz jem wszystko, na co mam ochotę i niczego sobie nie odmawiam - brzmi, jak kiepska reklama tabletek na odchudzanie, ale to prawda. Zwracam uwagę na to, co jem, zastanawiam się, na co naprawdę mam ochotę, i co się okazuje - wcale nie mam ochoty na pożarcie całej lodówki (i to jeszcze z zawartością ;)). Jeśli coś bardzo kalorycznego śni mi się po nocach - w końcu pozwalam sobie na to, oczywiście w rozsądnej ilości. Kocham jedzenie i nigdy nie mogłam wytrzymać na żadnej diecie pozbawionej smaku i pozbawiającej przy okazji chęci do życia.
Dobra dobra, dawaj konkrety!
Co jem? Wszystko, poza: białym makaronem, chlebem i ryżem - wszystko to spożywam w wersjach pełnoziarnistych. Kawę słodzę słodzikiem - wiem, że niezdrowo, ale gorzkiej nie zdzierżę. Oczywiście od chipsów, hamburgerów i innych paskudztw trzymam się z daleka, ale nie brakuje mi tego ani trochę. Nie mogę żyć bez słodyczy, więc prawie codziennie jem: kilka kostek czekolady/małego loda/croissanta. Raz na jakiś czas piekę ciasto czy muffinki, starając się w miarę możliwości zastąpić składniki mniej kalorycznymi: zamiast śmietany - gęsty jogurt naturalny, zamiast białego cukru - oczywiście brązowy. O tortach z kremem czy innych napoleonkach nie ma mowy, ale nawet za nimi nie przepadam. Mięso jem codziennie (kocham), ale już zapomniałam, co to panierka. Ochotę na słodycze zaspokajam też jogurtami owocowymi i colą zero (nigdzie nie twierdziłam, że odżywiam się super zdrowo ;)). Jem co kilka godzin i nie trzymam się żadnego nie jedzenia po 18, to bujda na resorach - no chyba, że chodzicie spać o 21. Czasami do chrupania, jako alternatywę dla chipsów, kupuję popcornowe krążki lub paprykowe, pełnoziarniste "ciasteczka". Nie piję słodzonych soków, z napojów gazowanych tylko czasami wspomniana cola light. Szczęśliwie, mam w domu wielkiego pasjonata kuchni - tatę, który piecze na przykład niskokaloryczną, cieniutką pizzę z pełnoziarnistej mąki - uwielbiam! Jeśli chodzi o alkohol (spożywany przeze mnie w ilościach śladowych) to przekonałam się do czerwonego, wytrawnego wina, które jest o wiele mniej kaloryczne od piwa i drinków.
Trochę się rozpisałam, więc kończę już. Mam nadzieję, że nie zanudziliście się na śmierć! Miłego wieczoru :)
Trochę się rozpisałam, więc kończę już. Mam nadzieję, że nie zanudziliście się na śmierć! Miłego wieczoru :)
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




