Lista blogów » Starej Lumpeksiary internetowe wywody.
Gdzie te ogórki z dżemem i majonezem?
Zobacz oryginał pon., 09/03/2015 - 21:57Jak zapewne część z Was, która już kiedyś mnie tu odwiedziła wie, że mój obecny stan to stan błogosławiony. Po czterech miesiącach (a w zasadzie to po trzech, bo przez pierwszy nie wiedziałam, że ktoś u mnie w brzuchu zamieszkał) mogę powiedzieć, że nie tak ciążę sobie wyobrażałam. Tak, to zaledwie półmetek, ale część "przypadłości" które uważałam (ja i wiele innych osób) za nieodłącznych towarzyszy tego stanu, krótko mówiąc, ominęło mnie szerokim łukiem. Koleżanki moje doświadczeń w tej kwestii raczej nie miały, najlepsza przyjaciółka miewała jedynie zachcianki typu chrupki kukurydziane maczane w gorącej czekoladzie (co aż takim niebanalnym połączeniem nie jest), więc wszystkie dotychczasowe informacje czerpałam z gazet i internetu, oczywiście książek i filmów. Czyli byłam przygotowana na to co każdy z ciążą utożsamia: żywieniowe fanaberie i dziwactwa, niekończące się mdłości, hormony buzujące i uprzykrzające życie innym oraz ciągła senność.
Ogórki z majonezem i dżemem? Nie, dziękuję. Nadal w głowie nie mieści mi się takie połączenie. O jakich zachciankach ciągle jest mowa? O jakim wydziwianiu w kwestii ustalania menu? Ja nie miałam ochoty praktycznie na nic, duża część moich ulubionych potraw poszła w totalną odstawkę (w tym kapusta kiszona, która ponoć też przez ciężarne jest uwielbiana). Nie ma też takiej rzeczy, którą zajadałabym się dzień w dzień. Jedyne dwie rzeczy na które mam permanentną ochotę to barszcz ukraiński (ale tylko ten jaki robi teściowa, nie żadne warzywka z paczki z Biedry) i spaghetti z Piccolo (poznanianki wiedzą o co chodzi). Chociaż przypuszczam, że po czterech dniach z rzędu i te dwa przysmaki mogłyby mi zbrzydnąć.
Poranne mdłości? Ja to widziałam dokładnie tak jak pokazywane było to na filmach. Nagły odruch wymiotny, sprint do kibelka (bądź poszukiwanie byle jakiego pojemnika) i obfite wymiociny. Dopiero po braku takich reakcji u siebie wyczytałam, że jest to właściwie sam odruch i rzadko dochodzi do ostatecznej fazy. Poza tym, mdłości w tej postaci i tak dopadały mnie jedynie wtedy kiedy mój sen był przerywany nienaturalnym dźwiękiem budzika (czyt. musiałam jeszcze jeździć do pracy).
Humorki. Szczerze? Większe wahania nastrojów miewałam przed okresem. Nie zapłaczę teraz na zawołanie. Nie złoszczę się z błahych powodów (chociaż z natury jestem strasznym cholerykiem i trzymanie nerwów na wodzy nie należy do moich mocnych stron). Nie zmieniam zdania co pięć minut.
Podobno ktoś kiedyś mówił, że ciężarne bardzo lubią spać. I zasypiają z prędkością światła snem sprawiedliwego. Wiecie co, ten kto tak twierdził, nie wiedział co przechodzę ja. Zasypianie to katorga, wiercę się nawet kilka godzin, a jak już się uda, nagle poczuję zew pęcherze i zabawa zaczyna się od nowa. Wujek google twierdzi, że kłopoty ze spaniem pojawiają się dopiero w trzecim trymestrze. Jeżeli to się u mnie sprawdzi (w co akurat nie wątpię), sen i ja przestaniemy być tak dobrymi przyjaciółmi jak dotychczas.
A teraz zapraszam Was na mały mix zdjęć (typowo pokazujących w co jestem ubrana nie będzie dopóki mój mąż nie nauczy się porządnie mnie obfotografowywać :P)
Sobotni spacer z Sonią, czyli Sonia pędząca, Sonia rozdziawiająca japę, taka tam muszla i nasza ścieżka.
Mój pierwszy "wypiek bez pieczenia", czyli ciasto-galaretka. Jestem z niego dumna i musiałam się pochwalić ;)
I co nieco z niedzielnego spaceru z odpowiednim wyeksponowaniem rosnącego brzuszka + róża od męża z okazji Dnia Kobiet.
Na koniec dzisiejszy look + znalezisko z Tesco, pamiętacie gwiazdki Milky Way? Ja już traciłam nadzieję, że jeszcze będzie mi dane ich spróbować. Tak, opakowanie już jest puste, bo zjadłam wszystkie po drodze ;)
Miłego wieczoru :*
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




