Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Frędzle
Zobacz oryginał czw., 23/10/2014 - 10:15Przez jakiś czas zastanawiałam się, czy w tym tygodniu pokazać Wam te zdjęcia, czy drugą sesję - wykonaną w ubiegłą sobotę i prezentującą ciuch potencjalnie mało do mnie pasujący (kto zagląda na fanpejdża ten wie, o którym mówię :>).Jednak - po konsultacjach z Lechem - doszłam do wniosku, że nie!Wszyscy i wszystkie mają na blogach piękną, złotą jesień, to i ja ją będę miała!A co mi tam!
Była zatem krata - teraz pora na frędzle.
Frędzle lubię bardzo, chyba od zawsze.
Pamiętam, że już jako obuta w glany i zbuntowana wielce nastolatka darzyłam je wyjątkową sympatią.
Miałam wtedy przeróżne ofrędzlone torby (kupowane chyba na kilogramy w indyjskich sklepach), nosiłam z upodobaniem zdobione frędzlami poncza i narzutki (część z nich mam do dzisiaj).
Wreszcie też - swego czasu w oknie miałam zawieszoną zasłonę wykończoną frędzlami.
Potem miłość do frędzli mi na jakiś czas minęła, po to żeby w ciągu kilku ostatnich miesięcy dopaść mnie ponownie - ze zdwojoną siłą.
"Frędzlowe" ponczo które właściwie nie jest ponczem a typową narzutką (jednak zawsze gdy o nim myślę, to właśnie jako o ponczu ;P) kupiłam pod koniec sierpnia, po powrocie znad morza.
Podobnie jak kraciaste cudo z poprzedniego posta i podobnie jak połowa moich rzeczy pochodzi ono z butiku Nashe - tego co to w moim rodzinnym Zgierzu, działa, pamiętacie?
Jak tylko je zobaczyłam, to od razu wiedziałam jedno: MUSI być moje.
Innej opcji nie ma.
Wahałam się, czy wybrać ten wariant kolorystyczny czy inny - do wyboru miałam jeszcze wersję z brązem i granatem. Ale jak zwykle - czerń wygrała.
Szczerze mówiąc - bałam się trochę tych frędzli.
Najbardziej tego, że zaczną się rozplatać i będą wyglądać mało ładnie.
Jednak okazało się, że moje lęki nie były zasadne - frędzle trzymają się dzielnie.
Póki co przeżyły kilka wyjść na miasto, długie jazdy autobusem, siadanie w różnych miejscach, przydeptywanie ich przy kucaniu (na przykład wtedy, kiedy idąc przez miasto wpadam w panikę bo nie jestem pewna czy schowałam do torby portfel/telefon/parasol/klucze do pracy/dokumenty, a że niczego nie mogę znaleźć w jednej lub drugiej torbie, to zrzucam ją z ramienia, stawiam na środku chodnika, kucam i szukam, szukam, szukam...) i zakładanie na nie kurtki/płaszcza.
Pranie też przeżyły.
Co prawda ręczne, to może się to nie liczy - ale gdyby ktoś pytał, to wszystko z nimi i po nim okey.
Jako że pogoda na takie szaleństwa ostatnio pozwalała, to w dniu robienia tych zdjęć "pod frędzle" przywdziałam czarny top - tubę.
Tego typu topy to mój ulubiony model bluzki w jakiekolwiek ciepłe dni.
A latem, to już w ogóle.
To jeden z niewielu fasonów letnich koszulek, w których dobrze wyglądam ;)
Ale ta narzutka bardzo dobrze wygląda też z golfem - z jakimkolwiek golfem.
Ja noszę do niej cienkie, dopasowane do ciała "golfowe" bluzki.
Tregginsy - tak, do znudzenia one.
Gdybyście pytali, dlaczego nie jakieś inne czarne spodnie to już odpowiadam: 90% spodni jakie mam w szafie jest na mnie obecnie za duże.
A że uboga ze mnie Mar, to i za zbytnie odświeżanie garderoby się nie biorę ;P
Poza tym - jest ryzyko, że kiedyś wrócę do swojej wagi.
Wtedy mogłabym się w te nowe XXS-ki nie zmieścić ;P
Najnowsze nabytki z tego zestawu to dodatki - okulary i bransoletka.
Okulary podkradłam mamie.
Moja mama jest w stanie znosić do domu kilka par okularów na tydzień.
Nie wiem co ona z nimi robi, bo zwykle widzę ją w jej jednej ukochanej parze, faktem jest jednak to, że co i rusz jakieś nowe w mieszkaniu się pojawiają.
Te znalazłam za komodą w przedpokoju - nówki, z metką.
Mama nie była sobie w stanie przypomnieć gdzie i kiedy je kupiła. Kiedy mogły tam wpaść - też nie.
To już chyba choroba...
W każdym razie - jakoś tak mi się spodobały. Postanowiłam przygarnąć.
Bransoletka podobnie jak "frędzle" pochodzi z Nashe.
Kupiłam ją przy okazji nabywania kraciastej narzutki z poprzedniego posta - jak tylko zobaczyłam ją w gablotce z biżuterią, to już wiedziałam, że będzie idealnie pasować do tego frędzlastego cuda.
No i nie pomyliłam się - pasuje świetnie!
I - przede wszystkim - jest "inna".
Jak wiecie - wszystkie "inności" biżuteryjne przyciągają mnie do siebie jak magnes :>
Torebkę - worek mieliście i miałyście okazję podziwiać już dwukrotnie na blogu.
W wakacje.
Raz w zestawie z różową koszulą wiązaną na brzuchu (link) a raz przy okazji posta traktującego o musztardowej marynarce kupionej w lumpeksie i trochę przeze mnie ulepszonej (tu też link).
Lubię ją bardzo.
Żałuję tylko, że jest taka mała.
Ja to muszę mieć jednak wielkie torby - małe są ładne, ale zbyt dużą potrzebę noszenia ze sobą połowy dobytku odczuwam, żeby czuć się z nimi komfortowo ;P
Botki też już były.
Wiosną, bo wtedy to dałam im "drugą szansę".
Teraz już pewnie nie pamiętacie jak pisałam, że mają trzy lata.
Kupiłam je, bo w dniu kiedy to się stało byłam obolała po pewnym bardzo nieprzyjemnym badaniu diagnostycznym (nie chcecie wiedzieć, co to za potworność była).
Blada i słaba czekałam na autobus, który miał mnie zawieźć do domu.
Ale że styczeń to był, że zimno, że śnieżyca, to postanowiłam poczekać na ten autobus w BOTI.
A tam trwała wyprzedaż...
Botki były skórzane, porządne, ocieplane.
Samo dobro, wszystko czego można od botków oczekiwać.
A że jeszcze były tanie (120 złotych! za skórzane botki!)...
Dopiero po powrocie do domu zdałam sobie sprawę z tego, że obcas taki nieco toporny i cholewka taka wąska...
Wtedy wydawało mi się, że to są dwie botków cechy, które skreślają je z listy modeli jakie mogę nosić bez wyglądania w nich śmiesznie.
Botki powędrowały na samo dno mojego pudła z butami.
O ich kupieniu postanowiłam jak najszybciej zapomnieć.
I przyrzekłam sobie, że w chwilach gorszego samopoczucia nie będę więcej robić jakichkolwiek ciuchowych/obuwniczych zakupów.
Oczywiście - słowa nie dotrzymałam i jeszcze wiele po tym razy kupiłam coś w czasie choroby - na poprawienie nastroju ;)
Leżały w tym pudle aż do zeszłorocznej jesieni.
Wtedy to wreszcie postanowiłam je nosić, ale i tak zdarzało się to sporadycznie.
Taką prawdziwą "drugą szansę" raczyłam dać im dopiero tegoroczną wiosną.
No i okazało się, że ich zakup był jednak bardzo dobrą decyzją.
Są niezwykle eleganckie.
A przy okazji - w ciągu tych trzech lat które minęły od ich zakupu nieco zmieniła się moda - teraz zarówno takie obcasy jak i cholewki znowu są modne, więc tłumaczę sobie że nawet jeśli moje nogi nie wyglądają w nich rewelacyjnie, to może nikt tego nie zauważy ;P
Narzutka/ponczo - no name (butik NASHE - Zgierz, ul. Parzęczewska)
Top - H&M
Tregginsy - H&M
Szal - H&M
Melonik - H&M
Okulary - no name
Bransoletka - no name (butik NASHE - Zgierz, ul. Parzęczewska)
Torebka - no name (Allegro)
Botki - Sarah Karen (dla BOTI/CCC)
O, byłabym zapomniała!
Mam dla Was niespodziankę!
Zawsze piszecie, że najbardziej podobają Wam się te zdjęcia, na których śmieję się/uśmiecham.
No to dziś (trochę też w ramach rekompensaty za to, że post pojawia się jednak w czwartek, nie w środę - ale uwierzcie, mało w tym mojej winy było, więcej okoliczności zewnętrznych, opresyjnie mnie czasu wolnego pozbawiających!) trochę radosnych, innych zdjęć ;)
Takich w ruchu zrobionych ;)
Miejsce było takie ładne, a ja taka radosna, że sama zaproponowałam próbę popełnienia takich właśnie ;)
Uciekam - dokształcać się, a potem pracować.
Życzę Wam bardzo udanego, mile spędzonego weekendu.
Niech będzie taki nawet jeśli pracujecie/uczycie się.
I nawet jeśli pogoda jaką obecnie mamy za oknem (przynajmniej w Łodzi i okolicach jest - póki co - paskudna) nie będzie zamierzała się poprawić ;)
Ściskam Was bardzo, Wasza Mar!
P.S. W dniu wczorajszym na łamach portalu FashionWall.pl ukazał się wywiad ze mną.
Można poczytać - całkiem sensownie (jak na mnie) się tam wypowiadam ;P
klik!
"Frędzlowe" ponczo które właściwie nie jest ponczem a typową narzutką (jednak zawsze gdy o nim myślę, to właśnie jako o ponczu ;P) kupiłam pod koniec sierpnia, po powrocie znad morza.
Podobnie jak kraciaste cudo z poprzedniego posta i podobnie jak połowa moich rzeczy pochodzi ono z butiku Nashe - tego co to w moim rodzinnym Zgierzu, działa, pamiętacie?
Jak tylko je zobaczyłam, to od razu wiedziałam jedno: MUSI być moje.
Innej opcji nie ma.
Wahałam się, czy wybrać ten wariant kolorystyczny czy inny - do wyboru miałam jeszcze wersję z brązem i granatem. Ale jak zwykle - czerń wygrała.
Szczerze mówiąc - bałam się trochę tych frędzli.
Najbardziej tego, że zaczną się rozplatać i będą wyglądać mało ładnie.
Jednak okazało się, że moje lęki nie były zasadne - frędzle trzymają się dzielnie.
Póki co przeżyły kilka wyjść na miasto, długie jazdy autobusem, siadanie w różnych miejscach, przydeptywanie ich przy kucaniu (na przykład wtedy, kiedy idąc przez miasto wpadam w panikę bo nie jestem pewna czy schowałam do torby portfel/telefon/parasol/klucze do pracy/dokumenty, a że niczego nie mogę znaleźć w jednej lub drugiej torbie, to zrzucam ją z ramienia, stawiam na środku chodnika, kucam i szukam, szukam, szukam...) i zakładanie na nie kurtki/płaszcza.
Pranie też przeżyły.
Co prawda ręczne, to może się to nie liczy - ale gdyby ktoś pytał, to wszystko z nimi i po nim okey.
Jako że pogoda na takie szaleństwa ostatnio pozwalała, to w dniu robienia tych zdjęć "pod frędzle" przywdziałam czarny top - tubę.
Tego typu topy to mój ulubiony model bluzki w jakiekolwiek ciepłe dni.
A latem, to już w ogóle.
To jeden z niewielu fasonów letnich koszulek, w których dobrze wyglądam ;)
Ale ta narzutka bardzo dobrze wygląda też z golfem - z jakimkolwiek golfem.
Ja noszę do niej cienkie, dopasowane do ciała "golfowe" bluzki.
Tregginsy - tak, do znudzenia one.
Gdybyście pytali, dlaczego nie jakieś inne czarne spodnie to już odpowiadam: 90% spodni jakie mam w szafie jest na mnie obecnie za duże.
A że uboga ze mnie Mar, to i za zbytnie odświeżanie garderoby się nie biorę ;P
Poza tym - jest ryzyko, że kiedyś wrócę do swojej wagi.
Wtedy mogłabym się w te nowe XXS-ki nie zmieścić ;P
Najnowsze nabytki z tego zestawu to dodatki - okulary i bransoletka.
Okulary podkradłam mamie.
Moja mama jest w stanie znosić do domu kilka par okularów na tydzień.
Nie wiem co ona z nimi robi, bo zwykle widzę ją w jej jednej ukochanej parze, faktem jest jednak to, że co i rusz jakieś nowe w mieszkaniu się pojawiają.
Te znalazłam za komodą w przedpokoju - nówki, z metką.
Mama nie była sobie w stanie przypomnieć gdzie i kiedy je kupiła. Kiedy mogły tam wpaść - też nie.
To już chyba choroba...
W każdym razie - jakoś tak mi się spodobały. Postanowiłam przygarnąć.
Bransoletka podobnie jak "frędzle" pochodzi z Nashe.
Kupiłam ją przy okazji nabywania kraciastej narzutki z poprzedniego posta - jak tylko zobaczyłam ją w gablotce z biżuterią, to już wiedziałam, że będzie idealnie pasować do tego frędzlastego cuda.
No i nie pomyliłam się - pasuje świetnie!
I - przede wszystkim - jest "inna".
Jak wiecie - wszystkie "inności" biżuteryjne przyciągają mnie do siebie jak magnes :>
Torebkę - worek mieliście i miałyście okazję podziwiać już dwukrotnie na blogu.
W wakacje.
Raz w zestawie z różową koszulą wiązaną na brzuchu (link) a raz przy okazji posta traktującego o musztardowej marynarce kupionej w lumpeksie i trochę przeze mnie ulepszonej (tu też link).
Lubię ją bardzo.
Żałuję tylko, że jest taka mała.
Ja to muszę mieć jednak wielkie torby - małe są ładne, ale zbyt dużą potrzebę noszenia ze sobą połowy dobytku odczuwam, żeby czuć się z nimi komfortowo ;P
Botki też już były.
Wiosną, bo wtedy to dałam im "drugą szansę".
Teraz już pewnie nie pamiętacie jak pisałam, że mają trzy lata.
Kupiłam je, bo w dniu kiedy to się stało byłam obolała po pewnym bardzo nieprzyjemnym badaniu diagnostycznym (nie chcecie wiedzieć, co to za potworność była).
Blada i słaba czekałam na autobus, który miał mnie zawieźć do domu.
Ale że styczeń to był, że zimno, że śnieżyca, to postanowiłam poczekać na ten autobus w BOTI.
A tam trwała wyprzedaż...
Botki były skórzane, porządne, ocieplane.
Samo dobro, wszystko czego można od botków oczekiwać.
A że jeszcze były tanie (120 złotych! za skórzane botki!)...
Dopiero po powrocie do domu zdałam sobie sprawę z tego, że obcas taki nieco toporny i cholewka taka wąska...
Wtedy wydawało mi się, że to są dwie botków cechy, które skreślają je z listy modeli jakie mogę nosić bez wyglądania w nich śmiesznie.
Botki powędrowały na samo dno mojego pudła z butami.
O ich kupieniu postanowiłam jak najszybciej zapomnieć.
I przyrzekłam sobie, że w chwilach gorszego samopoczucia nie będę więcej robić jakichkolwiek ciuchowych/obuwniczych zakupów.
Oczywiście - słowa nie dotrzymałam i jeszcze wiele po tym razy kupiłam coś w czasie choroby - na poprawienie nastroju ;)
Leżały w tym pudle aż do zeszłorocznej jesieni.
Wtedy to wreszcie postanowiłam je nosić, ale i tak zdarzało się to sporadycznie.
Taką prawdziwą "drugą szansę" raczyłam dać im dopiero tegoroczną wiosną.
No i okazało się, że ich zakup był jednak bardzo dobrą decyzją.
Są niezwykle eleganckie.
A przy okazji - w ciągu tych trzech lat które minęły od ich zakupu nieco zmieniła się moda - teraz zarówno takie obcasy jak i cholewki znowu są modne, więc tłumaczę sobie że nawet jeśli moje nogi nie wyglądają w nich rewelacyjnie, to może nikt tego nie zauważy ;P
Narzutka/ponczo - no name (butik NASHE - Zgierz, ul. Parzęczewska)
Top - H&M
Tregginsy - H&M
Szal - H&M
Melonik - H&M
Okulary - no name
Bransoletka - no name (butik NASHE - Zgierz, ul. Parzęczewska)
Torebka - no name (Allegro)
Botki - Sarah Karen (dla BOTI/CCC)
O, byłabym zapomniała!
Mam dla Was niespodziankę!
Zawsze piszecie, że najbardziej podobają Wam się te zdjęcia, na których śmieję się/uśmiecham.
No to dziś (trochę też w ramach rekompensaty za to, że post pojawia się jednak w czwartek, nie w środę - ale uwierzcie, mało w tym mojej winy było, więcej okoliczności zewnętrznych, opresyjnie mnie czasu wolnego pozbawiających!) trochę radosnych, innych zdjęć ;)
Takich w ruchu zrobionych ;)
Miejsce było takie ładne, a ja taka radosna, że sama zaproponowałam próbę popełnienia takich właśnie ;)
Uciekam - dokształcać się, a potem pracować.
Życzę Wam bardzo udanego, mile spędzonego weekendu.
Niech będzie taki nawet jeśli pracujecie/uczycie się.
I nawet jeśli pogoda jaką obecnie mamy za oknem (przynajmniej w Łodzi i okolicach jest - póki co - paskudna) nie będzie zamierzała się poprawić ;)
Ściskam Was bardzo, Wasza Mar!
P.S. W dniu wczorajszym na łamach portalu FashionWall.pl ukazał się wywiad ze mną.
Można poczytać - całkiem sensownie (jak na mnie) się tam wypowiadam ;P
klik!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.

























