Lista blogów » Corba Style

Dlaczego wszyscy chcą mi wmówić dziecko?

Zobacz oryginał

Czy wy też tak miałyście (mam na myśli mężatki), że większość ludzi oczekiwała, iż jakiś miesiąc po ślubie ogłosicie radosną nowinę o ciąży? Ja rozumiem, że trzeba pracować nad przyrostem naturalnym, ale bez przesady :) Na którymś z zabiegów kosmetycznych (chyba w czerwcu na mikrodermabrazji) pani właścicielka dowiedziała się, że wychodzę za mąż. Od razu zaczęła snuć plany na przyszłość. Na moją przyszłość. Tak samo znajome. Większość założyła, że chcemy zaraz po ślubie mieć dziecko. Czy to jakiś przepis jest? Znajomy był wręcz zawiedziony, że z podróży poślubnej nie wróciliśmy w trójkę, czego nam życzył. Nie no ja rozumiem, oni czekali 5 lat na wymarzoną córkę i są moją wielką nadzieją, że leczenie niepłodności (nie myląc z bezpłodnością) daje efekty, ale nie powinni przenosić swoich wyobrażeń o małżeństwie na inne pary.
Coś jednak musi w tym być, że nawet moja lekarka wpadła w dziwną euforię na wiadomość o ślubie i zasugerowała zmiany w leczeniu, wręcz odstawienie leków.
Ho ho, hold your horses, lady :P
Ja nie mówię nie. Gdybym usłyszała taką diagnozę jak moja koleżanka, że albo teraz, albo wcale (czyli, że ma z roku na rok mniejsze szanse) to bym się pewnie zdecydowała. Zresztą przy drugiej ciąży przytrafiło jej się samoistne oberwanie łożyska, a na to jest szansa jeden na sto tysięcy. Ale moja brzmiała zgoła odwrotnie i nie mam zamiaru się spieszyć. Boję się, że niepowodzenie spowodowałoby niepotrzebne frustracje. A nam póki co dobrze jest, tak jak jest. Zresztą nie mamy warunków na dziecko. Nasze mieszkanie jest dwuosobowe i nie przeskoczymy tego. Łóżeczko to ja bym może i wepchnęła do sypialni, ale co potem? Będzie się bawić klockami na podłodze w kuchni?
Nie mówię, że finansowo nas nie stać. Dobrze zarabiam jak na pierwszą pracę. Ale dopiero ją zaczęłam, to chyba normalne, że nie chcę iść na zwolnienie.

39715_dziecko7m.jpg

No i przy tej okazji chciałam wam opowiedzieć o niestosownym pytaniu, o którym wspominałam miesiąc temu. Pracuję w firmie rodzinnej. Całością rządzi Mariusz choć w papierach jest tylko dyrektorem handlowym, a właścicielem jest jego ojciec. Pan Zbyszek jednak nie nadaje się do prowadzenia biznesu, zbyt nieogarnięty jest więc dobrze, że jego syn trzyma rękę na pulsie. Oprócz tego jest jeszcze pani Wiesława, matka Mariusza. Siedzi z nami w biurze (przychodzi na 4 godziny) jako główny technolog, czy coś. Ale ma coś z biodrem (albo ogólnie ze stawami?) i ostatnio jej nie było więc w głównego technologa bawiłam się ja. Robiliśmy próby zupek instant i manewrowałam procentowym składem tak, by to było jak najsmaczniejsze. Choć tu akurat przydałaby się moja siostra, która się na tym zna. Ja nie jadam tego typu śmieci. Ale klient zamówił 340kg i trzeba było zlecić produkcję. Nie kłócę się z klientami :)
No więc ta pani Wiesława, ubierająca się wyłącznie w obcisłe spódnice i buty na koturnie choć waga i problemy ze stawami jej to utrudniają, zapytała mnie pierwszego dnia pracy (uwaga!) czy mam zamiar w najbliższym czasie zajść w ciążę.
Padłam.
Oczywiście przypomniał mi się spot kampanii promującej równe prawa w pracy. Tam tego typu pytanie zadano mężczyźnie obrazując jak człowiek się w tym momencie czuje. Nie powiedziałam pani Wiesławie, że to niestosowne pytanie. Użyłam słowa "dziwne". Szybko się zreflektowała tłumacząc, że ostatnio trzy dziewczyny były w ciąży i dlatego pyta. Mogłam odmówić odpowiedzi, wiem. Ale w sumie powiedziałam prawdę - póki co nie planuję. Zakończyłyśmy rozmowę. Myślałam, że przesadza z tymi trzema dziewczynami, ale nie. Później dowiedziałam się, że oprócz Mariolki, która jest na macierzyńskim i obecnie przejęłam jej obowiązki, ale jak wróci to będzie miejsce dla nas obu (tak zapewnia Mariusz), jest jeszcze Ania z produkcji z ciążą zagrożoną (na zwolnieniu od kilku miesięcy) i jest (a raczej była) Sabina. O tej ostatniej napiszę jeszcze w następnym poście bo czuję, że jest to osoba, z którą mogłabym się zaprzyjaźnić. Szkoda, że mamy mały kontakt bo pracuje na produkcji. Czy ta praca była przyczyną jej nieszczęścia? Mogę tylko zgadywać, ale trzyma się dobrze. Ja bym się załamała pewnie i nie wystarczyłoby mi 10 dni zwolnienia.
A skoro już o pracy mówimy. Jest dobrze. Zaaklimatyzowałam się. Stałam się bardziej samodzielna, wykazuję własną inicjatywę. Zdobyłam już kilku klientów i mam pomysł na nowych. Do tego ogarniam przygotowanie ofert do przetargów z naszej branży bo przerabiałam już bardziej skomplikowane w biurze podróży. Przestałam się też barć odbierania telefonów, choć zdecydowanie za wcześnie szef kazał mi to robić. Nie czułam się gotowa do udzielania jakichkolwiek informacji. Klient chce znać cenę, a ja nie jestem w stanie nawet mu powiedzieć czy mamy dany produkt na stanie.
Wolę więc szukanie transportu dla importowanych surowców, kontakty zagraniczne bo najlepiej w firmie mówię po angielsku czy obsługę sklepu internetowego (co mi się przyda, gdy będę chciała założyć swój własny).
Do tego dochodzi moje "ulubione" zajęcie czyli aktualizowanie cenników w Excelu (lub tworzenie od nowa co trwa nawet trzy dni), nadzór nad wdrażaniem systemu jakościowego FSSC 22000 i pilnowanie bieżących przypomnień dla Mariusza (typu zaległe płatności, bardzo zaległe płatności, telefon do kontrahenta czy... wizyta u fryzjera xD).
Można więc powiedzieć, że pracuję w dziale sprzedaży i jakości, a pozostałe koleżanki w dziale realizacji zamówień i nadzoru produkcji. Chyba od nowej umowy poproszę o zmianę stanowiska na umowie :)

b01.jpg


b02.jpgMoja paczka do Rosji, ciekawe czy dotarła :)b03.jpgOdmierzanie prawidłowego dozowania zupek instant. A potem... kosztowanie :P b04.jpgMoja łopatka do próbek soli :)

b05.jpg

b07.jpgMoja podręczna szuflada z próbkami :)b06.jpgI znowu ten nieszczęsny Excel :(A wracając do głównego tematu postu - ja nie mówię nie. Popracuję rok i pomyślimy. W końcu mój mąż nie młodnieje :D Śmiałam się z niego, że będzie siwym tatusiem odprowadzającym dziecko (a najlepiej trójkę) do przedszkola. Tak to jednak bywa. Póki co nie czuję się gotowa i on to akceptuje. Dobrze nam we dwójkę. A mam nadzieję, że za kilka lat, może, gdy będziemy już mieli cały dom dla siebie, będzie nas piątka :)

Zaloguj się, żeby dodać komentarz.