Lista blogów » Tina Ha - blog lifestylowo-modowy

Dlaczego afera o Tośkę tak mocno uderzyła w fanów „Nigdy w życiu!”?

Zobacz oryginał

„Nigdy w życiu!” z 2004 roku to mój ulubiony polski film. Nie jeden z ulubionych. Ulubiony.

Taki, który mogę włączyć po raz pięćdziesiąty i nadal oglądać, mimo że dokładnie wiem, co wydarzy się za chwilę. Taki, przy którym znam dialogi, pamiętam sceny i mam ten specyficzny rodzaj sentymentu, którego nie da się stworzyć żadną kampanią reklamową.

Dlatego kiedy dowiedziałam się, że po ponad 20 latach mamy wrócić do tej historii, byłam naprawdę podekscytowana. Mogli właściwie od razu sprzedawać mi bilet. Nie potrzebowałam żadnych zwiastunów, recenzji ani zapewnień, że to będzie dobry film.

Chciałam wrócić… i chyba właśnie w tym jednym stwierdzeniu mieści się cała odpowiedź na pytanie, dlaczego afera o Tośkę tak bardzo uderzyła we mnie i wszystkich fanów pierwszego filmu.

Ale jak to powrót bez prawdziwej Tosi?

Przyznaję szczerze, że nie śledziłam dokładnie, czy zdjęcia już ruszyły, kto jest na planie i na jakim etapie jest produkcja. Nie czytałam też nowej książki. Po prostu czekałam na efekt końcowy, czyli mój powrót do „Nigdy w życiu!” 20 lat później, najlepiej w formie możliwie bliskiej temu, co pamiętam.

I nagle pierwszy cios: Joanna Jabłczyńska ogłasza, że nie zagra Tosi.

Drugi przyszedł chwilę później, kiedy opowiedziała, w jakich okolicznościach się o tym dowiedziała. Tajemniczy sponsor, przegrane castingi, dziwne ruchy produkcji i cała historia, po której zamiast ekscytacji pojawiło się jedno wielkie: ale jak to?

nigdy-w-zyciu-tosia-1170x658.webpZdjęcie z planu filmu „Nigdy w życiu”

Bo tu nie chodzi o Tosię. Chodzi o powrót

Nie oszukujmy się. Nikt nie czeka na ten film dlatego, że nagle Polska zapragnęła kolejnej ekranizacji powieści Katarzyny Grocholi.

Czekamy, bo pamiętamy „Nigdy w życiu!”. Pamiętamy Judytę, Tosię, Adama, Ulkę, której zresztą również zabraknie w nowej części, i całą resztę. Kojarzymy ich twarze, głosy, relacje. To właśnie sentyment jest największą wartością tego projektu.

I nie ma absolutnie nic złego w korzystaniu z nostalgii. Hollywood robi to bez przerwy. Wracają stare seriale, filmy, zespoły, bohaterowie. Sama uwielbiam takie powroty i bardzo chętnie daję się na nie złapać.

Ale jeżeli sprzedajesz mi powrót do świata, który znam, to nie możesz później dziwić się, że mam oczekiwania wobec ludzi, którzy ten świat tworzyli.

Bo nie można z jednej strony mówić: „wracamy po 20 latach, zobaczycie znowu Judytę graną przez Danutę Stenkę, pamiętacie ten film, pamiętacie te emocje?”,a z drugiej, kiedy widzowie pytają: „okej, a gdzie jest Tosia?”, odpowiadać: „ale przecież to nie jest kontynuacja, tylko nowa ekranizacja”.

No nie.

Tak to nie działa.

Nie można uruchamiać nostalgii tylko wtedy, kiedy jest wygodna marketingowo, a kiedy zaczyna rodzić konkretne oczekiwania, nagle udawać, że przecież wszyscy powinni podejść do tego jak do zupełnie nowej historii.

I właśnie dlatego mam poczucie, że ktoś tutaj trochę próbuje zjeść ciastko i mieć ciastko. Chce naszych wspomnień, naszego sentymentu i naszej ciekawości, ale najlepiej bez całego pakietu emocji, który z nimi przychodzi.

nigdy-w-zyciu-1092x730.webpKadr z filmu „Nigdy w życiu”

Fani nie są dodatkiem do nostalgicznego sequela

I chyba właśnie tutaj leży cały problem. Widz nie jest tylko „dodatkiem”, który ma się zachwycić wtedy, kiedy produkcja potrzebuje jego sentymentu, a potem grzecznie schować emocje do kieszeni, kiedy zaczynają być niewygodne.

Zwłaszcza przy filmie, którego największym kapitałem jest właśnie sentyment widzów.

Jeśli robisz zupełnie nową historię, masz czystą kartę. Rób, co chcesz.

Ale jeśli wyciągasz z szafy film sprzed ponad 20 lat, otrzepujesz go z kurzu, dopisujesz „20 lat później” i przywracasz tę samą Judytę, to naprawdę nie powinno być zaskoczeniem, że ludzie oczekują możliwie pełnego powrotu.

Skoro nostalgia ma być głównym paliwem całego projektu, to trudno potem udawać, że podmiana ważnych twarzy nie będzie miała znaczenia, bo akurat tak lepiej pasuje do nowej wizji albo marketingu.

nigdy-w-zyciu-2-973x730.jpgKadr z filmu „Nigdy w życiu”

Produkcja sama zniszczyła magię tego powrotu

Jeszcze chwilę temu odpowiedź na pytanie, czy pójdę do kina, była oczywista: oczywiście, że tak. Najlepiej pierwszego dnia. Dzisiaj pierwszy raz naprawdę nie wiem.

I chyba trudno o lepsze podsumowanie tego, jak można popsuć coś, co właściwie sprzedawało się samo. Mieliście widza, którego nie trzeba było przekonywać. Wystarczyło powiedzieć „Nigdy w życiu! 20 lat później”, pokazać Danutę Stenkę i gotowe. Nostalgia zrobiłaby całą resztę.

Tymczasem mam wrażenie, że produkcja wzięła nasze wspomnienia, trochę je pogniotła, trochę poprzesuwała i teraz próbuje sprzedać nam je od nowa jako „powrót”. Tylko że ja już tego powrotu nie kupuję.

Może nowy film okaże się dobry. Może będzie zabawny, wzruszający i dobrze zagrany. Tylko czy nadal będzie dla mnie tym samym „Nigdy w życiu!”, na które czekałam? Tego już nie jestem pewna.

Na ten moment nie wiem, czy chcę oglądać nową wersję czegoś, co kocham od lat, czy po prostu wolę zostać przy tej starej, dobrze znanej i uwielbianej. Przy tej, w której Judyta jest Judytą, Tosia Tosią, Ula Ulą, a wszystko po prostu jest na swoim miejscu.

Bo czasem naprawdę lepiej zostawić piękne wspomnienie w spokoju, niż wracać do niego po latach i udowadniać wszystkim, że jednak da się je zepsuć.

W imieniu redakcji… Tina


Artykuł Dlaczego afera o Tośkę tak mocno uderzyła w fanów „Nigdy w życiu!”? pochodzi z serwisu TINAHA.PL.

Zaloguj się, żeby dodać komentarz.