Lista blogów » Neonowa Strzała
Czerwony Kapturek
Zobacz oryginał śr., 10/12/2014 - 01:06 spódnica, sweter sh | płaszcz House | torebka Mango | buty Pimkie
Miałam tekst. Usunęłam go. Napisałam kolejny i kolejny też usunęłam. Bez zastanowienia. Nie nadawał się. Zaczynam na nowo. Będzie o miłości, powtarzalności i czerwieni.
Zacznijmy od tego, że miałam nazwać ten wpis "Mikołajka", ale że czcionka nie posiada polskich znaków, zatem jest "Czerwony Kapturek" i z Czerwonego Kapturka mam jedynie czerwone wdzianko. Umówmy się zatem, że "Mikołajka" kryje się pod "Czerwonym Kapturkiem".
Mamy grudzień. Miesiąc miłości, dobroci. Miesiąc bezinteresowności i szczęścia. Mamy miesiąc, w którym dawanie, jest ważniejsze od tego, co dostajemy w zamian i za to też kocham ten miesiąc. Jest magiczny i szlachetny, bo właśnie niesie za sobą tą bezinteresowność o której wspomniałam, a która na co dzień jest niemalże niezauważalna. Ciągle chcemy coś dostawać. Dostać buziaka, usłyszeć komplement (to akurat błahe, zaraz wjadę z mocniejszymi), dostać nieco miłości, ale zaraz chce się dostać nową książkę, torebkę, buty, nowy samochód, nowy motor, nowe mieszkanie, czy nowe ubranie. Nową pracę i więcej kasy na koncie. Ale czy to takie ważne? Czy właśnie to, co określiłam "błahym" nie może być ważniejsze od materialnego? Gonimy za tymi cyferkami, jak szaleni. Zatracamy się w zerach pojawiających się na koncie, nie zauważając jak tracimy to, co czasem przychodzi trudniej. Stajemy się inni. Niby fajniejsi. Lepsza fura, lepsza torebka, lepszy garniak, ale zaraz, gdzie w tym wszystkim jestem prawdziwy "ja". Nie ma, znikło śmiercią naturalną, bo pieniądze zabiły jakiekolwiek człowieczeństwo, a wraz z człowieczeństwem zginęła miłość. Powiem Wam jedno, mam inne podejście bo zdołałam w minimalnym stopniu się już się przekonać jak to jest. Pogoń za pieniądzem miesza w głowie, nie jednemu, mi również, ale wróciłam do siebie. Wróciłam do swoich wartości, jakie były wklepywane mi od małego do łba: "Miłość, rodzina, zdrowie. Ola, pamiętaj, tylko to się liczy najbardziej, inaczej nie będziesz w 100% szczęśliwa." Rodzice jak zwykle mieli rację, dalej mają. A ja jestem szczęśliwa. Cieszę się z najmniejszych rzeczy, jaki mi się przytrafiają, ale też cieszę się z sukcesów, jakie inni osiągają. Może jestem dziwna i odstaję poglądami od społeczeństwa, ale nie dążę do bycia milionerką (choć M. marzy o takim Mercedesie, że nie wiem, czy do końca życia będzie mnie na niego stać, z takim podejściem na pewno NIE). Nie mogę leżeć spokojnie i patrzeć na ładujące się monetami konto, bo wcześniej chwilę naskakałam się nad innymi frajerami i tak już działa ten system, że nie muszę nic robić. JA MUSZĘ COŚ ROBIĆ. Działać. Widzieć efekty i się nimi cieszyć. Cieszyć się tym, czego jestem w stanie dokonać i czego nauczyłam się przez całe życie. Nie mówię, że milionerzy nie pracują. Pracują, bardzo ciężko! Nie mówię, że Ci ludzie są źli, bo są tacy z milionami, ale i wielkim sercem, nie brakującym szczęściem, a pieniądze dają im jedynie poczucie bezpieczeństwa (to i ja lubię), ale są tacy z wypranymi mózgami, myślącymi jak tu znów ukraść bank, ale nie mających z kim dzielić się wygraną.
Mamy grudzień. Miesiąc miłości, dobroci. Miesiąc bezinteresowności i szczęścia. Mamy miesiąc, w którym dawanie, jest ważniejsze od tego, co dostajemy w zamian i za to też kocham ten miesiąc. Jest magiczny i szlachetny, bo właśnie niesie za sobą tą bezinteresowność o której wspomniałam, a która na co dzień jest niemalże niezauważalna. Ciągle chcemy coś dostawać. Dostać buziaka, usłyszeć komplement (to akurat błahe, zaraz wjadę z mocniejszymi), dostać nieco miłości, ale zaraz chce się dostać nową książkę, torebkę, buty, nowy samochód, nowy motor, nowe mieszkanie, czy nowe ubranie. Nową pracę i więcej kasy na koncie. Ale czy to takie ważne? Czy właśnie to, co określiłam "błahym" nie może być ważniejsze od materialnego? Gonimy za tymi cyferkami, jak szaleni. Zatracamy się w zerach pojawiających się na koncie, nie zauważając jak tracimy to, co czasem przychodzi trudniej. Stajemy się inni. Niby fajniejsi. Lepsza fura, lepsza torebka, lepszy garniak, ale zaraz, gdzie w tym wszystkim jestem prawdziwy "ja". Nie ma, znikło śmiercią naturalną, bo pieniądze zabiły jakiekolwiek człowieczeństwo, a wraz z człowieczeństwem zginęła miłość. Powiem Wam jedno, mam inne podejście bo zdołałam w minimalnym stopniu się już się przekonać jak to jest. Pogoń za pieniądzem miesza w głowie, nie jednemu, mi również, ale wróciłam do siebie. Wróciłam do swoich wartości, jakie były wklepywane mi od małego do łba: "Miłość, rodzina, zdrowie. Ola, pamiętaj, tylko to się liczy najbardziej, inaczej nie będziesz w 100% szczęśliwa." Rodzice jak zwykle mieli rację, dalej mają. A ja jestem szczęśliwa. Cieszę się z najmniejszych rzeczy, jaki mi się przytrafiają, ale też cieszę się z sukcesów, jakie inni osiągają. Może jestem dziwna i odstaję poglądami od społeczeństwa, ale nie dążę do bycia milionerką (choć M. marzy o takim Mercedesie, że nie wiem, czy do końca życia będzie mnie na niego stać, z takim podejściem na pewno NIE). Nie mogę leżeć spokojnie i patrzeć na ładujące się monetami konto, bo wcześniej chwilę naskakałam się nad innymi frajerami i tak już działa ten system, że nie muszę nic robić. JA MUSZĘ COŚ ROBIĆ. Działać. Widzieć efekty i się nimi cieszyć. Cieszyć się tym, czego jestem w stanie dokonać i czego nauczyłam się przez całe życie. Nie mówię, że milionerzy nie pracują. Pracują, bardzo ciężko! Nie mówię, że Ci ludzie są źli, bo są tacy z milionami, ale i wielkim sercem, nie brakującym szczęściem, a pieniądze dają im jedynie poczucie bezpieczeństwa (to i ja lubię), ale są tacy z wypranymi mózgami, myślącymi jak tu znów ukraść bank, ale nie mających z kim dzielić się wygraną.
Ja wygrywam los na loterii codziennie. Wygrywam 86400 sekund dziennie, które mogę zagospodarować jak chcę. Nie pytajcie mnie ile poświęcam ich na Neonową, bo wiele, ale to mnie jara. Daje mi siłę, że coś tworzę, a ktoś chce to oglądać, a część z Was nawet przeczyta te przemyślenia mini blogerskiego móżdżka. Wpadacie tu, a ja się staram za każdym razem do Was uśmiechać. Za każdym raz przegotować coś super, aby Was nie rozczarować. Staram się Was inspirować, czasem dawać rady, pokazywać, że niemożliwe, staje się możliwe. Sama sobie udowadniam, że wszystko jest możliwe. Kwestia otwartości umysłu. I tak dwa lata temu bym się tak nie ubrała. Ja wiem, moda się zmienia, a połączenie powyżej jest aktualnie dość modne w kręgach tych lubiących ekstremalne połączenia i ryzyko. Ale chodzi mi o to, że to nie jest bezpieczne rozwiązanie. Jest wybuchowe. Przez nietypowość formy i kolor (widziałam takie zestawy jedynie w zachowawczych kolorach), i to właśnie mi chodzi, że nie pokusiłabym się o coś nietypowego, bo bałabym się odstawać od tłumu. Trochę się zmieniło, a z ryzykiem zawitał i rozwój. Dlatego Wam również życzę podjęcia ryzyka, bez względu na to, w jakiej dziedzinie działacie ;)
Na koniec mikro słowo o gościnnej czerwieni i jak się ona miała na wybiegach. A miała się wybitnie, bo aż wrzało od jej ilości. Na grafice poniżej zobaczycie moje ulubione sylwetki (i tak nie wszystkie się zmieściły), choć czerwieni nie brakowało jeszcze na wybiegach H&M Studio, Saint Laurent, Matthew Williamson, Issa, Rag&Bone, Carolina Harella, House of Holand i z pewnością jeszcze wielu innych, których się nie dopatrzyłam ;)
zdjęcia pochodzą ze strony elle.pl; kolekcje jesień-zima 2014/15
P.S. Przygotowałam dla Was świąteczne rozdanie, naszyjnik z House of Mima do zgarnięcia. Śmiało się zgłaszajcie pod tym LINKIEM :)
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




