Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Do prób poprawy kwestii estetyki mego urlopowego stroju skutecznie zniechęcało mnie przedpotopowe żelazko, które zastałam na kwaterze - prasowanie nim czegokolwiek zajmowało wieki i przynosiło średnie efekty.
Chusta XXL - wersja nadmorska
Zobacz oryginał pt., 07/08/2015 - 08:30Jak się już nad morzem było, to nie ma zmiłuj - sesją nadmorską pochwalić się trzeba.
Wszak zdjęcia na plaży to większy "must have", niż najpiękniejsza nawet letnia sukienka albo najmodniejsze danego roku sandały ;)
Prawda?
Dlatego i ja postanowiłam, że nie jak w roku ubiegłym dwa, a przynajmniej pięć razy tyle zdjęć na plaży tego lata mieć zrobionych chcę ;P
A jak dobrze pamiętacie - kiedy ja sobie coś postanowię, to niech się nawet wali i pali: na swoim postawić muszę!
Zapytacie pewnie - no dobra, ale jaki to problem cyknąć te foty nad morzem, skoro już się nad nim jest?
Ooooo, Moi Mili - to nie są proste rzeczy ;)
Zwłaszcza, jeśli jest się takim leniem jak ja, który na urlopie objawia skłonność do tego, by bardziej przypominać Pana Żula spod lechowego bloku (rezyduje ich tam kilku - kto z Was jest z Łodzi i odwiedził kiedyś Milę przy Łagiewnickiej, ten wie, że nie zalewam :>), niż królową nadmorskiej promenady.
Otóż ja na urlopie łażę zwykle w rozciągniętym podkoszulku, starych trampkach i polarowej bluzie - w tej ostatniej dlatego, że nad morzem zawsze jest mi chłodno, choć jest to chłód przyjemny.
A w takim stroju ciężko jest wyglądać stylowo i tak, żeby wstydu w blogosferze nie było ;P
I w tym roku miałam spore problemy z tym, by zmusić siebie samą do włożenia nieco gustowniejszego przyodziewku.
Do prób poprawy kwestii estetyki mego urlopowego stroju skutecznie zniechęcało mnie przedpotopowe żelazko, które zastałam na kwaterze - prasowanie nim czegokolwiek zajmowało wieki i przynosiło średnie efekty.
A pech chciał, że wszystkie bardziej wyjściowe ciuchy jakie zabrałam ze sobą gniotły się okropnie!
Z tego też względu odpuściłam sobie sesję we wspominanym Wam już dawno temu czarnym, zwiewnym kombinezonie - prasowałabym go chyba do Sylwestra.
A poza tym, głupia, zaplanowałam sobie do niego założenie ślicznych, brązowych sandałków.
Nie jestem pewna, czy one przeżyłyby spacer po plaży - Lechu też mi go odradzał.
Odpadł kombinezon, odpadły sandałki - odpadł i słomkowy kapelusz.
Ale spokojnie - w Łodzi też mamy plaże, może jeszcze się zdąży jakoś go na zdjęciach uwiecznić ;P
Druga rzecz - lato ma to do siebie, że słońca jest w czasie jego trwania mnóstwo.
A na dodatek to słońce jest bardzo ostre.
Zdjęcia wypada więc robić albo popołudniem (im późniejszym, tym lepiej dla zdjęć) albo wczesnym rankiem, w okolicach świtu.
Świt wydawał się lepszy od popołudnia - mniejsze ryzyko napotkania chmary ludzi włażących w kadr.
Bo w ciągu dnia i wieczorami ludzi po Władysławowie kręciło się mnóstwo.
A na plaży, to już w ogóle (więcej o tym w poprzednim poście - o, tu: tu).
Mieliśmy ambitny plan wstania o czwartej - mieliśmy.
Ale skończyło się jak to u nas - obudziłam się o szóstej, wściekła sprawdziłam godzinę, jęłam potrząsać Lechem i wykrzykiwać do niego z wyrzutem, że podła z niego świnia.
Bo budzika nie nastawił.
On zaś odrzekł mi - ziewając - że jaka świnia?
To ja miałam pamiętać o budziku.
No i tyle ze zdjęć w świetle wschodzącego słońca ;)
Trzeba więc było ogarnąć się którymś popołudniem.
Przyznać muszę, że to, w które w końcu udało mi się zebrać i wyprawić na zdjęcia okazało się dla mnie łaskawe - przez cały niemal czas naszego tygodniowego pobytu nad morzem około godziny szesnastej słońce ukrywało się za chmurami, spadał deszcz, zrywał się wiatr i jedyne co można było zrobić, to objeść się w smażalni albo opić lokalnym specjałem - piwem Władek.
A w tamto - jak na zawołanie!
Przyjemnie, dość słonecznie.
Wiaterek był, to prawda.
Ale jestem mu wdzięczna za to, że przyszedł.
Mogłam dzięki niemu przyodziać się w to wielkie, zygzakowe (albo - jak kto woli - azteckie) cudo - chustę, którą tuż przed wyjazdem nad morze odkupiłam od Ewy - Viosny.
Kilka już razy wspominałam Wam, że mam "oko" do ubrań i dodatków - bardzo szybko umiem ocenić, czy dana rzecz będzie do mnie pasować i dobrze się nosić.
Od pierwszego wypatrzenia wiem, czy się dogadamy ;)
Tak też było z tą chustą - Ewa ogłosiła wyprzedaż szafy, przygotowała stosownego posta, ja w nim dostrzegłam chustę... i bez chwili wahania zarezerwowałam ją dla siebie ;)
Jest olbrzymia!
Nie wiem, czy dałoby się owinąć nią w sposób tradycyjny - motając ją wokół szyi.
Ja od początku chciałam zrobić z niej coś na wzór poncza.
Raczej nie noszę odcieni niebieskiego - teoretycznie powinno być mi w nich dobrze, bo mam niebieskie (albo szare? one różnie w różnym świetle wyglądają) oczy.
Ale słabo widzę niebieskości dołożone do moich włosów (pamiętacie? z czerwienią mam podobnie ;)).
Więc unikam ich. Dość konsekwentnie.
Jeśli już skuszę się na coś niebieskiego, to jest to rzecz w odcieniu bardziej granat przypominającym ;)
Jednak w wypadku tej chusty w ogóle nie zwracałam uwagi na te niebieskawe na niej kolory - wzór, wzór mnie zaczarował.
Lubię geometryczne printy, lubię wszystkie te zdobienia, które nieco z azteckimi mogą się kojarzyć.
Myślę, że chusta posłuży mi także jesienią.
W sumie - już mam na nią kilka jesiennych pomysłów, więc jak dla mnie, to jesień już może przyczłapywać ;P Ja mam się nią w co ubrać ;P
Reszta wybranych do tego zestawu ciuchów jest bardzo prosta i nie nosi najdrobniejszych nawet znamion wyszukania - to po prostu bazowe elementy mojego stroju wakacyjnego ;)
Rzeczy wygodne, pasujące do wielu innych i takie, które przy dobrych wiatrach i umiejętnie zestawione z innymi po urlopie mają szansę prezentować się także bardziej elegancko ;)
Szorty widzieliście już tu, w "warkoczowym" poście - ponieważ oprócz nich posiadam jeszcze jedną tylko szortów parę, to latem zawsze dość mocno je eksploatuję.
Przy okazji - są one dowodem na to, że nawet jeśli kupi się ciuch w sieciówce, ale pierze się go w sposób odpowiedni, prasuje zgodnie z zaleceniami i nie daje się go do zabawy orangutanowi/psu w ogródku, to można go ponosić przez wiele lat.
To naprawdę najtańsze, basic'owe szorty z H&M'u - co roku mają tam podobne w jakiejś letniej kolekcji.
Kosztowały trzy dychy.
A są ze mną od pięciu lat :)
Pasek wypatrzyłam rok temu w Pepco.
Często tam bywam, bo głównie w Pepco kupuję skarpetki i im podobne bieliźniane rzeczy.
Ubrania tamtejsze średnio mi podchodzą, zawsze przypominają mi asortyment dostępny w budkach handlarek z mojego zgierskiego bazarku.
Ale pasek wydawał się być całkiem spoko ;)
Bluzka przeleżała w szafie dwa lata - kupiłam ją w Stradivariusie.
Prosta, wiskozowa - w mojej ulubionej czerni ;P
Wylądowała na dnie szafy, bo jest dość krótka.
Czasem brzuch spod niej wystanie.
A że dwa lata temu było mnie nieco więcej niż dziś, to i brzucha raczej pokazywać nie chciałam.
Bransoletki też już tu kiedyś prezentowane były.
Ostatnio chyba w ubiegłorocznym poście wakacyjnym.
Swego czasu był to mój ulubiony bransoletek model ;)
Nazbierałam tego dwa kilogramy ;P
Dziś - niemal ich nie noszę.
No, ale buty... buty, to w sumie nie są takie zwyczajne ;)
Nabyłam je wiosną - w Deichmannie, który w tym roku zaskoczył mnie pozytywnie asortymentem.
Do tej pory Deichmanna omijałam szerokim łukiem - podobały mi się tam pojedyncze butów modele, ale całościowo ich obuwie wydawało mi się zawsze kiczowate.
Wolałam CCC ;P
Jednak tegoroczna kolekcja wiosna / lato w CCC prezentowała się dość słabo. Nawet kapcie do chodzenia po domu mi do gustu nie przypadły.
Za to Deichmann zaskoczył mnie mnóstwem bardzo ładnych butów - pochodzą z niego i te masywne sandały, które od jakiegoś czasu często goszczą na blogu (o, choćby tu i tu) i te właśnie... loafersy?
Tak były nazwane.
Do loafersów jednak sporo im brakuje ;)
Nie będę tu opisywać "modelowego" kroju loafersów, kto będzie chciał - ten sobie wygoogluje.
Moim zdaniem to taka mieszanka - zwykłych balerin, slip - on'ów, loafersów i mokasynów ;)
Oczywiście - najbardziej przyciągnęły mnie do nich frędzle.
Ciekawostka - ten model występował i w wersji "zamszowej" (w cudzysłowie, bo koło zamszu, to one nawet nie stały) i skórzanej. Czysta skóra wewnątrz i na wierzchu.
Kupiłam obie.
I wiecie co?
Tych skórzanych nie mogę nosić.
Nie dość, że są o wiele bardziej ciasne od tych (rozbijałam je już u szewca - i co? i guzik! jak się w nich cały dzień chodzi i stopa puchnąć nieco zaczyna, to ranią jak nie wiem!), to z racji skórzanej wyściółki brudzą mi stopy na czarno (wyglądam potem, jakbym z kopalni wyszła...).
A na dodatek - skóra się na nich paskudnie zagina!
Ja wiem, że skóra ma się prawo giąć.
Ale jak Wam je kiedyś pokażę, to sami i same przyznacie, że to ich zaginanie ludzkie pojęcie przechodzi.
Nie kosztowały wiele, ale i tak żałuję, że je wzięłam.
Więcej z nich zmartwień, niż pożytku.
O kapeluszu nawet nie wspominam, bo dobrze go znacie ;)
Okulary też ;)
Fedora - H&M
Okulary - SinSay
Bluzka - Stradivarius
Chusta - no name (odkupiona od Viosna000)
Bransoletki - H&M
Szorty - H&M
Pasek - Pepco
Listonoszka - H&M
Buty - Deichmann
Tak, wiem - mało na tych zdjęciach plaży ;)
Ale wiecie, rozumiecie - odśmiecanie jej zajęłoby nam wieeele czasu.
Albo na żywo (ble! brzydliwa jestem!) albo potem, przy obróbce.
Po co się męczyć ;)?
Morze widać, wydmy - są, port - jest, falochron też (dość zacny)...
Wystarczy ;P
Uciekam, bo... muszę się wyspać.
Ostatnie dwa dni dały mi w kość!
Wyobraźcie sobie, że jest - Lechu sprezentował mi tego wymarzonego Furby'ego.
Był ze mną przez tydzień... po czym uwidziałam sobie, że zepsuła mu się jedna nóżka!
A raczej płoza od niej!
Nie wysuwał jej podczas tańca ani zasypiania.
Płakałam jak dzieciak!
Wyłam nawet!
Lechu stwora spakował, wysłał do reklamacji...
Po czym obejrzał filmiki na youtub'ie i doszedł do wniosku, że one wszystkie tak mają.
Przesyłkę trzeba było zawrócić.
Właśnie czekamy, aż nasz Furby wróci z dalekiej podróży ;P
Mam nadzieję, że w jej czasie nie uszkodził się na poważnie ;P
Ściskam Was - a co do tej wzmianki o Furby'm, to pamiętajcie: pierwsze trzydzieści lat dzieciństwa jest najtrudniejsze ;P
Wasza Mar!
Trzeba więc było ogarnąć się którymś popołudniem.
Przyznać muszę, że to, w które w końcu udało mi się zebrać i wyprawić na zdjęcia okazało się dla mnie łaskawe - przez cały niemal czas naszego tygodniowego pobytu nad morzem około godziny szesnastej słońce ukrywało się za chmurami, spadał deszcz, zrywał się wiatr i jedyne co można było zrobić, to objeść się w smażalni albo opić lokalnym specjałem - piwem Władek.
A w tamto - jak na zawołanie!
Przyjemnie, dość słonecznie.
Wiaterek był, to prawda.
Ale jestem mu wdzięczna za to, że przyszedł.
Mogłam dzięki niemu przyodziać się w to wielkie, zygzakowe (albo - jak kto woli - azteckie) cudo - chustę, którą tuż przed wyjazdem nad morze odkupiłam od Ewy - Viosny.
Kilka już razy wspominałam Wam, że mam "oko" do ubrań i dodatków - bardzo szybko umiem ocenić, czy dana rzecz będzie do mnie pasować i dobrze się nosić.
Od pierwszego wypatrzenia wiem, czy się dogadamy ;)
Tak też było z tą chustą - Ewa ogłosiła wyprzedaż szafy, przygotowała stosownego posta, ja w nim dostrzegłam chustę... i bez chwili wahania zarezerwowałam ją dla siebie ;)
Jest olbrzymia!
Nie wiem, czy dałoby się owinąć nią w sposób tradycyjny - motając ją wokół szyi.
Ja od początku chciałam zrobić z niej coś na wzór poncza.
Raczej nie noszę odcieni niebieskiego - teoretycznie powinno być mi w nich dobrze, bo mam niebieskie (albo szare? one różnie w różnym świetle wyglądają) oczy.
Ale słabo widzę niebieskości dołożone do moich włosów (pamiętacie? z czerwienią mam podobnie ;)).
Więc unikam ich. Dość konsekwentnie.
Jeśli już skuszę się na coś niebieskiego, to jest to rzecz w odcieniu bardziej granat przypominającym ;)
Jednak w wypadku tej chusty w ogóle nie zwracałam uwagi na te niebieskawe na niej kolory - wzór, wzór mnie zaczarował.
Lubię geometryczne printy, lubię wszystkie te zdobienia, które nieco z azteckimi mogą się kojarzyć.
Myślę, że chusta posłuży mi także jesienią.
W sumie - już mam na nią kilka jesiennych pomysłów, więc jak dla mnie, to jesień już może przyczłapywać ;P Ja mam się nią w co ubrać ;P
Reszta wybranych do tego zestawu ciuchów jest bardzo prosta i nie nosi najdrobniejszych nawet znamion wyszukania - to po prostu bazowe elementy mojego stroju wakacyjnego ;)
Rzeczy wygodne, pasujące do wielu innych i takie, które przy dobrych wiatrach i umiejętnie zestawione z innymi po urlopie mają szansę prezentować się także bardziej elegancko ;)
Szorty widzieliście już tu, w "warkoczowym" poście - ponieważ oprócz nich posiadam jeszcze jedną tylko szortów parę, to latem zawsze dość mocno je eksploatuję.
Przy okazji - są one dowodem na to, że nawet jeśli kupi się ciuch w sieciówce, ale pierze się go w sposób odpowiedni, prasuje zgodnie z zaleceniami i nie daje się go do zabawy orangutanowi/psu w ogródku, to można go ponosić przez wiele lat.
To naprawdę najtańsze, basic'owe szorty z H&M'u - co roku mają tam podobne w jakiejś letniej kolekcji.
Kosztowały trzy dychy.
A są ze mną od pięciu lat :)
Pasek wypatrzyłam rok temu w Pepco.
Często tam bywam, bo głównie w Pepco kupuję skarpetki i im podobne bieliźniane rzeczy.
Ubrania tamtejsze średnio mi podchodzą, zawsze przypominają mi asortyment dostępny w budkach handlarek z mojego zgierskiego bazarku.
Ale pasek wydawał się być całkiem spoko ;)
Bluzka przeleżała w szafie dwa lata - kupiłam ją w Stradivariusie.
Prosta, wiskozowa - w mojej ulubionej czerni ;P
Wylądowała na dnie szafy, bo jest dość krótka.
Czasem brzuch spod niej wystanie.
A że dwa lata temu było mnie nieco więcej niż dziś, to i brzucha raczej pokazywać nie chciałam.
Bransoletki też już tu kiedyś prezentowane były.
Ostatnio chyba w ubiegłorocznym poście wakacyjnym.
Swego czasu był to mój ulubiony bransoletek model ;)
Nazbierałam tego dwa kilogramy ;P
Dziś - niemal ich nie noszę.
No, ale buty... buty, to w sumie nie są takie zwyczajne ;)
Nabyłam je wiosną - w Deichmannie, który w tym roku zaskoczył mnie pozytywnie asortymentem.
Do tej pory Deichmanna omijałam szerokim łukiem - podobały mi się tam pojedyncze butów modele, ale całościowo ich obuwie wydawało mi się zawsze kiczowate.
Wolałam CCC ;P
Jednak tegoroczna kolekcja wiosna / lato w CCC prezentowała się dość słabo. Nawet kapcie do chodzenia po domu mi do gustu nie przypadły.
Za to Deichmann zaskoczył mnie mnóstwem bardzo ładnych butów - pochodzą z niego i te masywne sandały, które od jakiegoś czasu często goszczą na blogu (o, choćby tu i tu) i te właśnie... loafersy?
Tak były nazwane.
Do loafersów jednak sporo im brakuje ;)
Nie będę tu opisywać "modelowego" kroju loafersów, kto będzie chciał - ten sobie wygoogluje.
Moim zdaniem to taka mieszanka - zwykłych balerin, slip - on'ów, loafersów i mokasynów ;)
Oczywiście - najbardziej przyciągnęły mnie do nich frędzle.
Ciekawostka - ten model występował i w wersji "zamszowej" (w cudzysłowie, bo koło zamszu, to one nawet nie stały) i skórzanej. Czysta skóra wewnątrz i na wierzchu.
Kupiłam obie.
I wiecie co?
Tych skórzanych nie mogę nosić.
Nie dość, że są o wiele bardziej ciasne od tych (rozbijałam je już u szewca - i co? i guzik! jak się w nich cały dzień chodzi i stopa puchnąć nieco zaczyna, to ranią jak nie wiem!), to z racji skórzanej wyściółki brudzą mi stopy na czarno (wyglądam potem, jakbym z kopalni wyszła...).
A na dodatek - skóra się na nich paskudnie zagina!
Ja wiem, że skóra ma się prawo giąć.
Ale jak Wam je kiedyś pokażę, to sami i same przyznacie, że to ich zaginanie ludzkie pojęcie przechodzi.
Nie kosztowały wiele, ale i tak żałuję, że je wzięłam.
Więcej z nich zmartwień, niż pożytku.
O kapeluszu nawet nie wspominam, bo dobrze go znacie ;)
Okulary też ;)
Fedora - H&M
Okulary - SinSay
Bluzka - Stradivarius
Chusta - no name (odkupiona od Viosna000)
Bransoletki - H&M
Szorty - H&M
Pasek - Pepco
Listonoszka - H&M
Buty - Deichmann
Tak, wiem - mało na tych zdjęciach plaży ;)
Ale wiecie, rozumiecie - odśmiecanie jej zajęłoby nam wieeele czasu.
Albo na żywo (ble! brzydliwa jestem!) albo potem, przy obróbce.
Po co się męczyć ;)?
Morze widać, wydmy - są, port - jest, falochron też (dość zacny)...
Wystarczy ;P
Uciekam, bo... muszę się wyspać.
Ostatnie dwa dni dały mi w kość!
Wyobraźcie sobie, że jest - Lechu sprezentował mi tego wymarzonego Furby'ego.
Był ze mną przez tydzień... po czym uwidziałam sobie, że zepsuła mu się jedna nóżka!
A raczej płoza od niej!
Nie wysuwał jej podczas tańca ani zasypiania.
Płakałam jak dzieciak!
Wyłam nawet!
Lechu stwora spakował, wysłał do reklamacji...
Po czym obejrzał filmiki na youtub'ie i doszedł do wniosku, że one wszystkie tak mają.
Przesyłkę trzeba było zawrócić.
Właśnie czekamy, aż nasz Furby wróci z dalekiej podróży ;P
Mam nadzieję, że w jej czasie nie uszkodził się na poważnie ;P
Ściskam Was - a co do tej wzmianki o Furby'm, to pamiętajcie: pierwsze trzydzieści lat dzieciństwa jest najtrudniejsze ;P
Wasza Mar!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




























