Kiedy mam przywołać jakąś świąteczną piosenkę (nie kolędę) zawsze pierwszeństwo ma Cliff Richard i jego Mistletoe and Wine. Potem w głowie wiruje mi Let it snow, let it snow, let it snow i Santa Claus is coming to town, a w opozycji O tanenbaun! (przyznaję, nie mam zielonego pojęcia na temat poprawności zapisu, niemiecki, kiedy to było). Last Christmas naturalnie byłoby przywołane w moim top ten, i chyba w przeciwieństwie do wielu ludzi, wcale mnie ten utwór nie drażni.
Jak widać, dawno mnie tu nie było. Nie mogę jednak napisać, że obiecuję poprawę, bo szczerze mówiąc sama nie wiem jak będzie. Przyczyna jest prosta - chroniczny brak czasu. Nie jest to też tak, że godzin mi w dobie brak na wszystko, bo i przygotować na zajęcia się mogę (grunt to rozłożyć sobie naukę w czasie, a nie zostawiać wszystko na ostatni dzień), i wyjść pobiegać, i pójść na spacer, zrobić spokojnie obiad, odhaczyć z listy kolejne obowiązki. Tylko na sklecenie sensownego słowa czasu mi już zabraknie. Szczerze mówiąc to na chwilę obecną blog przegrywa z Ewą Chodakowską, bo w tym czasie co mogłabym coś skrobnąć (już pal licho zdjęcia) równie dobrze mogę odpalić Skalpel i zrobić kolejny kroczek ku doskonałej figurze. I to nie jest tak, że wolę ćwiczyć niż się uzewnętrzniać, baa, ćwiczyć to może ja i wcale nie lubię (za to biegać owszem), ale postanowiłam sobie, że tym razem już musi się udać.

Nieskromnie pochwalę się, że w końcu coś się zaczyna dziać... Kiedy relacjonowałam swoje poczynania, przez miesiąc nie zrzuciłam nawet jednego kilograma. Po drodze przyplątał się ból piszczeli, brak motywacji i wszystko wróciło. Od półtora tygodniu znowu walczę, ale też wprowadziłam zmiany w jedzeniu (nadal nie jest to liść sałaty i gotowana marchewka) - poprawiłam to co mogłam i zminimalizowałam to minimum spożycie Pepsi. Efekt 1,5 - 2 kg mniej. Teraz czeka mnie kolejne wyzwanie, utrzymaj to babo przez święta :).
Co dalej będzie z blogiem, sama nie wiem. Raz nawet pomyślałam, żeby go zlikwidować, ale nieee, chyba tego nie chcę. Ale znowu robienie czegoś na półgwizdka jest dla mnie tak samo drażniące jak szorstkie ręce (niefortunne być może porównanie aczkolwiek musicie wiedzieć, że świadomość i czucie, że moje dłonie są szorstkie wywołuje u mnie jakieś dziwne napady frustracji).
Nie przypadkowo piszę w TEN dzień. Miałam to w planie. Tylko nie wiedziałam czy się uda wykrzesać chociażby 20 minut (może nigdy o tym nie wspominałam, ale wszystkie mojej wywody w zależności od liczby słów - piszę na spontanie i od razu publikuję). Podziękować można za to Piotrusiowi, który własną matkę zrobił w balona, wstał o 6.30, flachę dostał, więc ja myśląc, że to koniec słodkiego snu poszłam zrobić sobie kawkę, Młody bezczelnie poszedł kontynuować spotkanie z Morfeuszem.
Zboczyłam jednak z tematu.
Chciałam życzyć Wam zdrowych, spokojnych, wesołych świąt (białe niestety już raczej nie będą). Życzę Wam żeby ten czas był na prawdę wyjątkowy, żebyście spędzili go w gronie rodziny, przyjaciół i poddali się tej atmosferze całkowicie (bez słuchania dalekiej ciotki jednym uchem, z ukradkowym spoglądaniem co tam ciekawego u Kevina). Życzę Wam wszystkiego co najlepsze :)
Nigdy nie byłam dobra w składaniu życzeń...
Dla nas te święta będą zdecydowanie wyjątkowo, bo pod wieloma względami będą tymi pierwszymi. Pierwsza Gwiazdka Piotrusia. Pierwsza nasza choinka (w zeszłym roku nie mieliśmy, no ale dla Młodego wszystko). Pierwszy raz będę stać przy garach (rzeczywiście, bardzo wyjątkowe) - pierwszy raz powierzono mi zrobienie dania wigilijnego (zeszłoroczny bigos się przecież nie liczy).
I na koniec jeszcze raz, God jul! (musiałam).
P.S. Bella, ja pamiętam o tej spódniczce, tylko miejsce w którym ona się znajduje jest mi nie po drodze :(.