Lista blogów » Lumpexoholiczka

Myśląc o tym jak spędzę długi weekend, wiedziałam że padnie na Hiszpanię, w której nigdy wcześniej nie byłam. Wahałam się tylko między dwoma miastami. Barceloną a Madrytem. Ostatecznie, trochę przez zrządzenie losu (czyt. tanie bilety), trochę przez Wasze podpowiedzi na moim fb padło na to pierwsze.
Nie wiem tylko czy mogę właściwie stwierdzić, że w Hiszpanii rzeczywiście byłam, bo przecież żaden Katalończyk nie powie, że Barcelona leży w Hiszpanii. Leży w Katalonii :)



Ceny w hostelu, który znaleźliśmy na Hostel World też okazały się całkiem przyjazne. Doba za 1 osobę to około 20 euro. Biorąc pod uwagę jego lokalizację, czyli właściwie samo centrum miasta (jakieś 10 minut pieszo do La Rambli) oraz to, że znajdował się w przepięknej, stylowej kamienicy myślę, że świetnie trafiliśmy.
Hostel Layetana przy Plaza Ramon Berenguer el Gran za dnia i nocą :)

A wewnątrz widna rodem z filmu Słodkich snów Jaume Balaguero, notabene ten thriller był właśnie kręcony w samym sercu Barcelony!
( jeśli nie widziałyście, zobaczcie koniecznie a zrozumiecie dlaczego dostałam gęsiej skórki na jej widok - trailer t u t a j )







Zapomniałam chyba dodać, że tuż po wylądowaniu przywitało nas czyste niebo i niemal palące słońce. Wieczorami oczywiście nie obyło się bez kurtki, ale w ciągu dnia termometr pokazywał nawet 22 stopnie! Dacie wiarę? Niezły początek listopada. Tak czy siak to właśnie pogoda zweryfikowała to jak będziemy Barcelonę poznawać. Plan metra poszedł w odstawkę. Chociaż te skrupulatnie rozsypane po mieście stacje zachęcały by skorzystać z dobrodziejstw podziemnej kolejki i w znacznie szybszy sposób poruszać się po okolicy. My jednak zaczęliśmy rozglądać się za wypożyczalnią rowerów.
W Green Bikes wypożyczyliśmy je na 24h za 10 euro od osoby. Szczegóły znajdziecie na ich stronie - t u t a j
To była najlepsza decyzja. Przyjechaliśmy do Barcelony tylko na 3 dni więc wybierając metro pewnie i zobaczyłabym znacznie więcej obowiązkowych pozycji z przewodnika. W końcu każdy szanujący się turysta powinien biegać od punku A do punktu B odhaczając kolejne zabytki... ale nie zobaczyłabym najważniejszej rzeczy - miasta. Przytulnych knajpek, starych, obdrapanych kamienic, ludzi rozmawiających na ulicach, wszystkiego tego co nadaje miejscu klimat. Co nadaje mu jedyny w swoim rodzaju charakter.





Za to inne miejsce zachwyciło mnie absolutnie - Park Guell.
Poniżej widok na całą Barcelonę z najwyższego punku widokowego w parku. Zieleń drzew, rozgrzane słońcem miasto i Morza Śródziemne w tle. Pięknie!






Głównie wejście do Park Guell :)

Zdjęciami nie jestem w stanie tego oddać, ale te schody były najbardziej zatłoczonym miejscem w parku. Ludzie szaleli przepychając się i robiąc zdjęcia. Każdy chciał zapozować na tle domków, które wyglądały jak chatki z piernika. Oczywiście nie było możliwe żeby w takim ścisku nie mieć w kadrze innych turystów, ale chyba właśnie na tym poleca urok tego miejsca :)



Taras z ułożoną faliście, misternie zdobioną i najdłuższą na świecie(!) kamienną ławką, która z zewnętrznej strony stanowi jego gzyms.




Kiedy opuściliśmy park zaczęło już się ściemniać, ale w drodze powrotnej pojechaliśmy zobaczyć jeszcze inne prace Gaudiego, Casa Mila (po prawej) oraz Casa Batllo (po lewej).
Właśnie to urzeka w Barcelonie, jedziesz ulicą, mijasz stare kamienice, które już same w sobie robią wrażenie, a wśród nich wyrasta nagle architektoniczna perełka. Niesamowita, przyciągająca uwagę. Kompletnie niespójna z sąsiednimi budynkami i jednocześnie idealnie do nich pasująca.



ZDJĘCIA : Ja i Maciej
BARCELONA
Zobacz oryginał pt., 09/11/2012 - 13:51Myśląc o tym jak spędzę długi weekend, wiedziałam że padnie na Hiszpanię, w której nigdy wcześniej nie byłam. Wahałam się tylko między dwoma miastami. Barceloną a Madrytem. Ostatecznie, trochę przez zrządzenie losu (czyt. tanie bilety), trochę przez Wasze podpowiedzi na moim fb padło na to pierwsze.
Nie wiem tylko czy mogę właściwie stwierdzić, że w Hiszpanii rzeczywiście byłam, bo przecież żaden Katalończyk nie powie, że Barcelona leży w Hiszpanii. Leży w Katalonii :)

Ceny w hostelu, który znaleźliśmy na Hostel World też okazały się całkiem przyjazne. Doba za 1 osobę to około 20 euro. Biorąc pod uwagę jego lokalizację, czyli właściwie samo centrum miasta (jakieś 10 minut pieszo do La Rambli) oraz to, że znajdował się w przepięknej, stylowej kamienicy myślę, że świetnie trafiliśmy.
Hostel Layetana przy Plaza Ramon Berenguer el Gran za dnia i nocą :)

A wewnątrz widna rodem z filmu Słodkich snów Jaume Balaguero, notabene ten thriller był właśnie kręcony w samym sercu Barcelony!
( jeśli nie widziałyście, zobaczcie koniecznie a zrozumiecie dlaczego dostałam gęsiej skórki na jej widok - trailer t u t a j )


Gotycka Katedra Świętej Eulalii z którą Layetana właściwie sąsiadował znajduje się w najstarszej i najpiękniejszej moim zdaniem dzielnicy Barcelony - Barri Gotic (Dzielnica Gotycka).
Katedra która wybudowana została na przełomie XIII / XV wieku, chociaż jej historia tak na prawdę sięga jeszcze czasów rzymskich, zrobiła na mnie o wiele większe wrażenie estetyczne niż Sagrada Familia.
Katedra która wybudowana została na przełomie XIII / XV wieku, chociaż jej historia tak na prawdę sięga jeszcze czasów rzymskich, zrobiła na mnie o wiele większe wrażenie estetyczne niż Sagrada Familia.

Zapomniałam chyba dodać, że tuż po wylądowaniu przywitało nas czyste niebo i niemal palące słońce. Wieczorami oczywiście nie obyło się bez kurtki, ale w ciągu dnia termometr pokazywał nawet 22 stopnie! Dacie wiarę? Niezły początek listopada. Tak czy siak to właśnie pogoda zweryfikowała to jak będziemy Barcelonę poznawać. Plan metra poszedł w odstawkę. Chociaż te skrupulatnie rozsypane po mieście stacje zachęcały by skorzystać z dobrodziejstw podziemnej kolejki i w znacznie szybszy sposób poruszać się po okolicy. My jednak zaczęliśmy rozglądać się za wypożyczalnią rowerów.
W Green Bikes wypożyczyliśmy je na 24h za 10 euro od osoby. Szczegóły znajdziecie na ich stronie - t u t a j
To była najlepsza decyzja. Przyjechaliśmy do Barcelony tylko na 3 dni więc wybierając metro pewnie i zobaczyłabym znacznie więcej obowiązkowych pozycji z przewodnika. W końcu każdy szanujący się turysta powinien biegać od punku A do punktu B odhaczając kolejne zabytki... ale nie zobaczyłabym najważniejszej rzeczy - miasta. Przytulnych knajpek, starych, obdrapanych kamienic, ludzi rozmawiających na ulicach, wszystkiego tego co nadaje miejscu klimat. Co nadaje mu jedyny w swoim rodzaju charakter.

Pierwszym przystankiem na naszej rowerowej trasie była rzecz jasna wspomniana już wcześniej Bazylika Gaudiego - Sagrada Familia.
Dojeżdżając na miejsce poczułam rozczarowanie. Po pierwsze okolica bazyliki to jakieś zaniedbane blokowisko, wielka płyta, odpychająca i ziejąca chaosem. Po drugie paskudne dźwigi górujące nad budowlą wręcz kuły po oczach i totalnie niweczyły cały urok Sagrady Familii. Po trzecie to co wydawało mi się wcześniej jej największym atutem, atrakcją, czyli fakt że budowa trwa nieprzerwanie od jakiś 130 lat ( o ile można to nazwać budową bo dźwigi stały nieruchowo, a i żadnego budowlańca też nie widziałam) jest według mnie kiepskim pomysłem. Nowsze elementy różnią się od tych, które wyszły spod ręki mistrza, brakuje tam spójności i konsekwencji. Coś co miało być wielkim dziełem, jednym organizmem, zostało zepsute, a atmosfera wiecznie niedokończonej konstrukcji to chyba tani chwyt marketingowy - kompletnie niepotrzebny przecież. Do środka rzecz jasna na znak buntu nie weszłam.
Dojeżdżając na miejsce poczułam rozczarowanie. Po pierwsze okolica bazyliki to jakieś zaniedbane blokowisko, wielka płyta, odpychająca i ziejąca chaosem. Po drugie paskudne dźwigi górujące nad budowlą wręcz kuły po oczach i totalnie niweczyły cały urok Sagrady Familii. Po trzecie to co wydawało mi się wcześniej jej największym atutem, atrakcją, czyli fakt że budowa trwa nieprzerwanie od jakiś 130 lat ( o ile można to nazwać budową bo dźwigi stały nieruchowo, a i żadnego budowlańca też nie widziałam) jest według mnie kiepskim pomysłem. Nowsze elementy różnią się od tych, które wyszły spod ręki mistrza, brakuje tam spójności i konsekwencji. Coś co miało być wielkim dziełem, jednym organizmem, zostało zepsute, a atmosfera wiecznie niedokończonej konstrukcji to chyba tani chwyt marketingowy - kompletnie niepotrzebny przecież. Do środka rzecz jasna na znak buntu nie weszłam.

Za to inne miejsce zachwyciło mnie absolutnie - Park Guell.
Poniżej widok na całą Barcelonę z najwyższego punku widokowego w parku. Zieleń drzew, rozgrzane słońcem miasto i Morza Śródziemne w tle. Pięknie!

Głównie wejście do Park Guell :)
Zdjęciami nie jestem w stanie tego oddać, ale te schody były najbardziej zatłoczonym miejscem w parku. Ludzie szaleli przepychając się i robiąc zdjęcia. Każdy chciał zapozować na tle domków, które wyglądały jak chatki z piernika. Oczywiście nie było możliwe żeby w takim ścisku nie mieć w kadrze innych turystów, ale chyba właśnie na tym poleca urok tego miejsca :)

Taras z ułożoną faliście, misternie zdobioną i najdłuższą na świecie(!) kamienną ławką, która z zewnętrznej strony stanowi jego gzyms.

Kiedy opuściliśmy park zaczęło już się ściemniać, ale w drodze powrotnej pojechaliśmy zobaczyć jeszcze inne prace Gaudiego, Casa Mila (po prawej) oraz Casa Batllo (po lewej).
Właśnie to urzeka w Barcelonie, jedziesz ulicą, mijasz stare kamienice, które już same w sobie robią wrażenie, a wśród nich wyrasta nagle architektoniczna perełka. Niesamowita, przyciągająca uwagę. Kompletnie niespójna z sąsiednimi budynkami i jednocześnie idealnie do nich pasująca.

ZDJĘCIA : Ja i Maciej
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.



