Lista blogów » aschaaa
Bali - Ubud i małpi gaj, czyli Indonezja cześć 4
Zobacz oryginał sob., 25/10/2014 - 18:00Obiecałam dziś dużo małp i będzie ich cala masa. Ale od początku.
Skończyłam swoja opowieść na tym, ze małymi busikami zostaliśmy zawiezieni na Bali. I tak jak do promu jechało się bardzo luksusowo bym powiedziała na indonezyjskie warunki, tak prom i to, co działo się później było mniej śmieszne. Popychani jak bydło na rzez musieliśmy szybko wchodzić na prom. W tym miejscu warto wspomnieć, ze Indonezyjczycy strasznie dużo palą. Palą ciągle i wszędzie, jeden za drugim! No i na tym promie kurzyli jak lokomotywy – przecież nie będą przerywać sobie na te kilkadziesiąt minut. Nie, ze ja jakaś wrażliwa dama jestem, przecież w lokalach tez się pali, na przystankach tramwajowych, ale to dziadostwo śmierdziało tak szkaradnie, ze można bylo się udusić. Po przybyciu na brzeg szybko zbieraliśmy nasze bagaże i do kolejnych busików. To już była ostatnia rzecz w cenie naszego pakietu kupionego jeszcze w Yogykarcie. I ten busik to dopiero komedia. Wyobraźcie sobie 5 Polaków, nasza dwójkę, Brazylijczyka, 4 Chińczyków, 3 Francuzów, 3 osoby nieznanej mi narodowości, kierowca, kontroler biletów i dwóch Indonezyjczyków siedzących na schodach. Słuchajcie to był taki maleńki busik, no taki maksymalnie na 8 osób bez kierowy w naszych europejskich warunkach. Oni wcisnęli tam 22 osoby! Szaleństwo! Przyszło mi w udziale miejsce w „ławce” przewidzianej dla dwóch osób albo dla dzieci, bo nogi się nie dało tam włożyć.... Chińczyków posadzili na deskach między siedzeniami po prawej i lewej, ze ten chłop się nie burzył to aż się dziwie. Do mnie kontroler podbił kilka razy, ze mam się przesunąć, byłam nieugięta i powiedziałam ze nie... tu nie dało się nogi wsadzić a co dopiero siedzieć tak przez 5 godzin! Po 2 godzinach nie czuliśmy tyłków, a kolega kierowca nawet na siku nie chciał się zatrzymać! W końcu zaczęliśmy go trochę bajerować i zrobił aż JEDNA przerwę, szaleństwo słuchajcie! Po 5 godzinach wywalili nas wszystkich w Denpansar – stolicy Bali. Ale my stamtąd musimy jeszcze do Ubud – bo tam zamierzamy zabawić najbliższych kilka dni. Z grupą Francuzów zrzuciliśmy się na „taksówkę” i jedziemy. Hotel okazał się malutki, trochę na obrzeżach Ubud, z czego się bardzo cieszyliśmy. Byliśmy jednymi z trzech gości, bo hotelik miał tylko 3 pokoje do wynajęcia! Niesamowicie miły właściciel, ładnie urządzone i czyste pokoje, pyszny omlet i świeżo wyciskany sok z owoców na śniadanie. Bajka! Tak bardzo nam się spodobało, ze od razu przedłużyliśmy nasz pobyt z 5 do 8 nocy, rezygnując z zobaczenia wyspy Nusa Lembongan, gdzie hoduje się algi. Nie żałujemy!
Pierwszy dzień po przyjeździe zrobiliśmy sobie taki bardzo spokojny. W planie był masaż, las małp, jakiś pyszny obiadek i dojście do siebie po „trudach” ostatnich dni. Sok ananasowy i ciasto bananowe na tarasie z widokiem na pola ryżowe skutecznie pomogły nam się odstresować!
Ale tak pisze, a obiecałam Wam te małpy. No wiec małpi gaj znajduje się w Ubud i jest absolutnym „must see”, jeśli tam jesteś na wakacjach! Strasznie byłam podekscytowana tym ze małpy będą na mnie wskakiwać, żeby moc zeżreć banana :D Takie wiecie – dziecięce marzenia :D Przy samym wejściu kupiliśmy kiść bananów, które Peta szybko musiał schować, a Pani sprzedawczyni kijem odganiały małpy. One są sprytne stwory! Banany to czuja już z daleka! Zdjęciom, zachwytom i piskom szczęścia (te akurat tylko z mojej strony) nie było końca! Moje 5 bananów szparowalam, żeby mieć fajna fotę – tylko wiecie fotę na aparacie i telefonie. Wiec potrzebuje dwóch owoców. Dwa banany straciłam, bo się wystraszyłam i mi wredota wyrwała go z reki. Trzeci banan poszedł jak usiadłam na ławce i małpiszona wskoczyła na mnie. Zdjęcia byłyby piękne, ale w tym momencie słońce wyszło za chmury, Peta nie przestawił kołeczek w aparacie i jestem prześwietlona. Super zostały mi dwa banany... Chodziliśmy tak sobie dalej, aż weszliśmy do bardziej zalesionego miejsca w gaju. Co kilkadziesiąt metrów stal „stróż” – pracownik pilnujący wrednych istot. Zrobiłam z siebie głupka, no wiecie „Bardzo chciałabym zdjęcie z małpą, ale one zjadły już moje banany... i co teraz”. Facet dał mi miętówkę (tak, cukierka), kazał wyciągnąć rękę do góry i czekać aż małpy się zjawia. Delikatnie wyciągnęłam łapkę do góry i w tym momencie wskoczyły na mnie aż trzy! Kolejne proby np. Z ciasteczkiem były lepsze a małpy okazał się na tyle „przyjacielskie” ze siedziały albo u mnie, albo u Pety pięknie pozując do zdjęć :D
Tak patrze na te setki naszych zdjęć u z urlopu i myślę jakby Wam to pokazać... Nie wiem czy każdy dzień z osobna czy jakoś streścić te nasze wycieczki po balijskich świątyniach. No nic, jeszcze pomyśle, tymczasem uciekam spędzać dalej wieczór z moja kochana Babunia :*
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.
































