arystokratka w prześcieradle
Zobacz oryginał czw., 18/06/2015 - 14:27Dear foreign readers, this post is like super boring and concentrates on issues that are just too local for you to care. I highly recommend you to ignore it and wait for the next one to come. Sorry!
Dużo ostatnio myślałam. A właściwie nie ostatnio, a na przestrzeni ostatnich kilku lat, o tym, co dla mnie jest oczywiste i naturalne, a dla innych szokujące. Zacznę może od tego, że nie zawsze jest pięknie, a internet nie ogranicza się do komentarzy pod postami. Już dawno temu zaczęłam trafiać na pierwsze fora, na których pisano o moim blogu czy samej Krynolinie, na grupy na Facebooku, gdzie ludzie, nieświadomi mojej obecności czy też ją ignorujący, wymieniali, co dokładnie im w naszej twórczości nie pasuje. Ponieważ należę do ludzi, którzy niezbyt się przejmują, przeczytałam wszystkie uwagi i zapamiętałam, by na przyszłość móc się poprawić lub namyśleć nad tym, co sądzą inni. Każdy ma w końcu prawo do własnego zdania i to ważne, co siedzi w głowach nie tylko stałym czytelnikom, ale i postronnemu odbiorcy, który wchodzi na nasze blogi przez przypadek.
Ale czas mijał, a wyrazy niezadowolenia czy niezrozumienia wobec tego, czym my się właściwie zajmujemy, powtarzały się coraz częściej. Więc może pora na... wyjaśnienia?
Dlaczego szyjemy z tanich prześcieradeł?
"To ma być rekonstrukcja? Przecież to jest POLIESTER. Przecież to są zasłony i narzuty, pościel, prześcieradła. Jak już się zabierają za stroje wyższych sfer, to mogłyby się przyłożyć. Jedwab, bawełna, wełna, a nie..." - to nie jest oczywiście dosłowny cytat, ale przez 2,5 roku zajmowania się tym hobby troszkę się tego typu wypowiedzi w internecie naczytałam, zarówno o Domowej, jak o Krynolinie.
Zdradzę wam pewien sekret. Gdyby nie poliestry i zasłony z second handów, zdobyte cudem na przecenach, tego bloga by nie było i nie powstałby żaden mój strój.
POLICZMY!
Wystarczająco gruby materiał o porządnym splocie i bez domieszek = optymistycznie 30 zł.
Materiał na tiurniurę = również optymistyczne 8 metrów = 240 zł.
Do tego dochodzą nici, igły, guziki, falbanki i inne ozdoby, które w zaokrągleniu kosztują ok. 50 zł., razem z materiałem, 310 zł.
Pomnóżmy to przez siostrę/koleżankę, która też chce się wybrać na imprezę = 620 zł.
Jasne, piękna, naturalna bawełna czy jedwabna satyna brzmią świetnie i wspaniale wyglądają, ale robi się mniej ciekawie, gdy zaglądasz do studenckiego portfela, który najczęściej jest puściutki, a ty nie pracujesz, żeby uzupełnić brakujące zasoby.
To jest naprawdę drogie hobby i muszę robić wszystko, żeby choć trochę zaoszczędzić - zwłaszcza, że często szyję kilka strojów w miesiącu na różne imprezy. Dlatego prawdziwym wybawieniem są dla mnie second-handy, gdzie często znajduję zasłony naprawdę dobrej jakości, o historycznym wzorze czy kolorze, płacąc za nie zazwyczaj około 30 zł - czyli tyle, ile za... metr naturalnego materiału. Czasem nie wychodzi i suknia wygląda sztucznie, ale czasem... widzę na Pintereście czy nawet Etsy suknie szyte z jedwabiu i wełny i "nie wierzę" im, nie wyglądają historycznie - może dlatego, że materiał jest po prostu... za dobry?
Prawdziwy kryzys ciśnienia na naturalne materiały przeżyłam szyjąc niedawno mój riding habit z... polaru. Wzorowałam się głównie na przepięknym stroju Couture Mayah, którego zdjęcia poddałam dogłębnej analizie i z ekscytacją odkryłam, że jego faktura jest niemal identyczna jak mojego polaru! Aby potwierdzić mój triumf i przekonać się na pewno, że autorka również go użyła, przeczytałam dołączony do zdjęć tekst. A tam Mayah opisuje, jak udało jej się zdobyć naturalną, czystą wełenkę na habit... No i znów moje zwątpienie, bo czy ma sens zamiast kilku strojów w ciągu roku szyć jeden, naturalny, skoro efekt końcowy jest ten sam, a to na nim właśnie mi zależy? Oczywiście ile krawcowych historycznych, tyle różnych podejść do tematu - niektóre bardzo pieczołowicie zbierają na wyłącznie naturalne materiały. Ja tyko pytam samą siebie - czy warto, skoro współczesne techniki produkcji tkanin pozwalają na niemal nieodróżnialne (nawet przez specjalistów, z bliska, no bo kto by podejrzewał, że stoi przed tobą dziewczyna w żakiecie z koca) kopie tych naturalnych, a ja jestem jedynie nędznym studenciakiem, w dodatku dość skąpym?
Strój z kocyka z IKEI (żakiet) i polaru (spódnica)
Poliestrowa narzuta z second-handu skończyła jako edwardiańskie kimono
Suknia a la Jane Eyre powstała z kolei z second-handowego prześcieradła...
Dlaczego odtwarzam tylko arystokrację?
Na bogato w moim riding habicie 1740'sMoże zacznijmy od tego, że... nie odtwarzam. Zajmuję się niemal wyłącznie ubiorem i akcesoriami. Nie przychodzę na spotkania i nie przedstawiam się jako Lady Eleonora, wachlując się od niechcenia. Zazwyczaj jestem po prostu Karoliną, która zawsze nadmiernie gestykuluje, robi dziwne miny i nadużywa niehistorycznych zwrotów typu "LOOL" czy "YOLO". Oczywiście kostium wymaga pewnego rodzaju powściągliwości, ale wynika to raczej z jego natury i konstrukcji, niż mojego pragnienia, by stać się "damą". Tę powściągliwość zachowuję na momenty, gdzie faktycznie trzeba coś odegrać - zdjęcia, scenki dla oglądających...
Czasem mam wrażenie, że tym różni się kostiuming od rekonstrukcji historycznej. Większości z nas zależy po prostu na dobrej zabawie w strojach, nawet rekonstrukcjach ubioru, ale nie ma do tego "dołączonej" żadnej fabuły, hierarchii, podziału ról. Co nie oznacza, że taką formę negujemy - ja na przykład chciałabym spróbować kiedyś rekonstrukcji historycznej z prawdziwego zdarzenia, gdzie kontroluje się zarówno swój język i gesty, jak i regulowane są kontakty z innymi uczestnikami. Ale jakże przyjemnie jest czasem po prostu usiąść z kilkoma nowopoznanymi osobami i ponarzekać na trudny wykrój, drogi materiał i skomplikowane zdobienia, które wszystkim sprawiły problem.
Szczerze mówiąc, "status społeczny" noszonego przeze mnie stroju w ogóle nie jest dla mnie ważnym czynnikiem. Wybieram daną suknię czy dany okres, bo podobają mi się wrażenia wizualne, jakich dostarcza. Jeśli ta suknia należała do arystokratki, to fajnie. Jeśli do nauczycielki, to fajnie. Jeśli ten typ ubioru był domeną mieszczaństwa - też fajnie. Jeśli to wiejski strój ludowy akurat przypadł mi do gustu - super. Naprawdę, jest mi to całkowicie obojętne. Podobają mi się na przykład wiktoriańskie stroje cyrkowe i teatralne, a wiadomo, jaką reputację miały noszące je damy. Czy w jakikolwiek sposób mi to przeszkadza? Nie. Na takiej samej zasadzie nie czuję przeszkód, by skopiować którąś z tegorocznych sukni oscarowych - czy dlatego, by poczuć się jak gwiazda? Nie, to zupełnie nie ten kontekst. Po prostu lubię proces tworzenia pięknego ubrania i zakładania go. Lubię widzieć, jak historyczna sylwetka na moich oczach ożywa.
Dlaczego nie mamy służących?
W gorsecie Corsetry&Romance. Nie wiem, co on ma do tematu, ale każda okazja by go pokazać jest dobra
Szczerze mówiąc, akurat w moim przypadku wynika to z przyczyn etycznych. Po prostu nie bawiłabym się dobrze na imprezie, na której połowa moich znajomych by mi usługiwała. Jasne, to wciąż tylko zabawa, ale kojarzycie eksperyment więzienny Zimbardo? Psychologia trochę mnie przeraża i obawiam się, że niektórzy mogliby za bardzo "wczuć się" w role panów. Wszyscy uwielbiamy oglądać służących na ekranach, ale była to naprawdę bardzo ciężka fizycznie, psychicznie i nie oszukujmy się - poniżająca praca. Współcześnie często podkreśla się, że służący byli bardzo dumni ze swojej profesji, ale szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, żeby komukolwiek z moich znajomych łatwo było całkowicie zrezygnować z dbania o siebie, ze swoich praw, wybrać bycie traktowanym jako ktoś o niższym statusie społecznym, tylko po to, by spełnić zachcianki kogoś innego. To bardzo delikatna kwestia i trzeba ją umiejętnie rozegrać. Ja w każdym razie połowę takiej imprezy spędziłabym na upewnianiu się, że moi "służący" nie czują się głupio. A że zasznurować gorset i ubrać się potrafię sama i z nalewaniem napoju do szklanki również nie mam problemu, to na razie służącym podziękuję (nie zmienia to oczywiście faktu, że jest to dla mnie fascynujący temat!).
Dlaczego jesteśmy takie zamknięte?
się z nami poznana we wrześniu Marylou (w zielonej sukni) czy napotkana na sierpniowym Złotym Popołudniu Melancholia (samotna głowa :D). Nie mówiąc o Raganie (druga od prawej), którą spotkałyśmy pierwszy
raz zaledwie kilka godzin wcześniej.
Już tyle razy to słyszałam. "Jesteście zamknięte na nowe osoby", "Ciężko do was dołączyć", "Widziałam was, ale bałam się podejść, bo byłyście zajęte sobą."
Wyobraźcie sobie klasę. W podstawówce, gimnazjum, liceum, obojętne, schemat jest ten sam. Wyobraźcie sobie, że musicie do takiej klasy dołączyć. W pierwszym tygodniu szkoły jest jeszcze łatwo, bo wszyscy się znają. Potem klasa jedzie na wspólny wyjazd, po takim wyjeździe jest już trochę trudniej. A teraz pomyślcie, że takich wyjazdów jest coraz więcej i okazuje się, że cała klasa ma te same zainteresowania, które wspólnie rozwija...
Im więcej spędzasz z kimś interesującym czasu, tym więcej chcesz z tym kimś spędzać czasu - to ludzkie. Ale nie oznacza, że nowe osoby są wykluczone ze społeczności. Oczywiście, że jest trudniej, niż osobom, które są w "klasie" od początku. Oczywiście, że dużo osób zna się nawzajem - a jak miałoby być, skoro widzą się conajmniej kilka razy do roku i bawią razem? Omijanie się szerokim łukiem na każdym z tych wydarzeń byłoby co najmniej dziwne. Jeśli kiedyś zda wam się, że jesteśmy zamkniętą paczką przyjaciół, która krzywo patrzy na każdego przybysza z zewnątrz, to wyobraźcie sobie, że wygląda to bardziej jak bardzo duża klasa. Wszyscy się znają, bo "tak wyszło", bo znaleźli się w takich, a nie innych okolicznościach. Że się między sobą dość lubią - cóż, bywają klasy mniej lub bardziej zgrane. Ale zawsze w klasie znajdzie się parę osób, które zainteresuje się i zajmie "tymi nowymi", bo dobrze wie, że to oni mogą już niedługo stać się jej nieodłączną częścią.
W Krynolinie są osoby, które znam od początku mojej przygody, jak i takie, które poznałam na wydarzeniach zaledwie kilka miesięcy temu - i już teraz czuję się, jakbym znała je wszystkie tak samo długo. Niektóre pieczołowicie pracują nad swoimi umiejętnościami, inne zaczęły - i bum, już ich pierwszy strój był perfekcyjnie dopasowany. Naprawdę, jesteśmy sympatycznym światkiem i nie należy się nas bać, bo już niedługo z kilkudziesięciu osób zrobi się kilkaset i to, kto kogo lepiej zna i z kim się kumpluje, nie będzie miało absolutnie żadnego znaczenia ;)
To chyba wszystko, co chciałam wam tak naprawdę, od serca, wytłumaczyć czy wyjaśnić. A teraz zakończmy te ciężkie niczym Sansa skacząca z muru tematy i powróćmy do marzenia o pięknych strojach, które uszyjemy w wakacje!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.



