Adopcja kota trudniejsza niż adopcja dziecka?
Zobacz oryginał ndz., 07/12/2014 - 16:16Przychodzi taki moment w życiu każdej pary, gdy podejmuje się decyzję o powiększeniu rodziny. Taki moment przyszedł i u nas. Stwierdziliśmy: chcemy kota.
Najlepiej takiego ze schroniska, nierasowego, no bo przecież kupowanie kota to bezsens, kiedy w schronisku tak dużo kociaków czeka na dom. Dobrze by było, jakby był rudy, no i mały, bo chcemy go wychować i przyzwyczaić do nas, zwłaszcza jeśli miałyby być dwa, to od małego łatwiej się do siebie przyzwyczają. Dobrze by było jakby też umiał w kuwete, był robaczony, szczepiony i zdrowy – kota nigdy nie miałam, po co rzucać się na głęboką wodę? Zwłaszcza, że przygarnąć chcemy dwa, bo to lepiej dla nich, bo się nie nudzą. I tu mamy plus – schroniska zazwyczaj chcą oddawać rodzeństwa w dwupaku, bo zżyte ze sobą, bo koty lepiej się zachowują gdy są razem etc. No i znalazłam dwa, wymarzone, cudne kotki: ogłoszenie wisiało długo, od jakichś dwóch tygodni, kotki wciąż do wzięcia, to musiał być znak. Na facebooku komentarz, jakby nie patrzeć – słuszny – że wymóg dwupaku zniechęca wiele osób, bo nie każdy czuje się na siłach, by zająć się dwójką (zwłaszcza, jeśli to ma być pierwszy zwierzak w domu), a tłumaczenie się, ze zżyte ze sobą, ze rodzeństwo etc. nie ma sensu, bo małe kotki zawsze są zżyte ze sobą – idąc tym tropem nie należałoby rozdzielać żadnego miotu. Cóż, jakby nie patrzeć – ma rację. Mnie jednak wizja dwóch kotów nie przeszkadzała. Dzwonię więc do fundacji, która dała ogłoszenie, z pytaniem, kiedy mogę odebrać kotki. Dostaję odpowiedź: hola hola, nie tak szybko. jest dużo chętnych. Czeka mnie casting telefoniczny i długa rozmowa, podczas której czuję się coraz bardziej niekomfortowo. Czy miała pani kota przedtem? Nie, nigdy kota w domu nie miałam; moje prośby rozwijały się zawsze o niepodważalny argument rodziców, że NA PEWNO nie będę po nim sprzątać. No cóż, minus dla mnie, bo doświadczenia nie mam – ale bronię się argumentem, że mój chłopak, z którym mieszkam, miał niejednego kota w domu i wie, jak się nim zajmować. O, to mieszka pani z kimś? Ile osób jest w mieszkaniu, aż trzy? W jakim wieku? czy jesteście ze sobą spokrewnieni? A w ogóle to jest chłopak czy narzeczony? A jak długo jesteście razem? A co jeśli się rozejdziecie, kto zajmie się kotami? Planujecie ślub, dzieci? A w przypadku ciąży co będzie z kotem? Nie wiem co powiedzieć, głos mi drży jak podczas pierwszej spowiedzi przed komunią i boję się wtrącić cokolwiek, by nie usłyszeć, że grzeszę i prowadzę rozpustne życie, żyjąc bez ślubu i w dodatku z dwoma osobnikami płci męskiej pod jednym dachem. Szybko kończę rozmowę, zanim dojdzie do pytań o stosowaną przeze mnie metodę antykoncepcji. Chyba castingu nie wygrałam.
Kolejna fundacja, kolejne kociaki. Jeden srebrny, jak z reklamy, drugi rudy – jak marzenie. Odrobaczone, odpchlone, zżyte ze sobą, nauczone kuwety. Trochę boję się sięgnąć po słuchawkę, piszę więc maila w nadziei, że dostanę odpowiedź. odpowiedź przychodzi natychmiast: lista pytań, na które mam odpowiedzieć: gdzie mieszkam, gdzie pracuję, czy planuję kastracje kota (wiem, ze odpowiedź musi być "tak"), czy zamierzam wypuszczać swobodnie na zewnątrz (no nie), jaka karmą zamierzam karmić, wpisać nazwę i firmę… Że co? Whiskas to chyba nie najlepszy pomysł – instynkt marketingowca mówi mi, że tak mocno reklamowany produkt musi byś dla kotów tym, czym dla dzieci McDonald's. Zgodnie z prawda odpowiadam, że nie wiem. Nie znam się. Wiem, że jest karma mokra i karma sucha, wiem ze koty bywają wybredne i może się zdarzyć, że jedną będą jadały, inną nie. Wiem, że są te za kilka złotych i takie za kilkadziesiąt złotych, no ale na litość boską, skoro sama kupuje produkty made in Auchan, to czemu i kota nie karmić takimi? Pewnie tego a ankiecie napisać nie mogę, bo odpowiedź "karma z Biedronki" to nie jest coś, co chcą przeczytać. Poddaję się.
Mimo wszystko moja ankieta została zaakceptowana, jedna sprawa tylko pozostaje niewyjaśniona: siatka w oknie. To wymóg, a ja wynajmuję mieszkanie i nie chcę w nim niczego modyfikować – wiercić dziur w oknie, i tak nie wiem, jak długo tu pomieszkam. Nie pomaga argument, że okna nie otwieramy, a jeśli już to na uchylenie (na kratkę uchylną sie zgodzę, bo nieinwazyjna, poza tym na litość boską zima idzie, okna na oścież nie otworzę przez pół roku, po co teraz montować coś, co nie będzie używane, a tylko od zimna i wilgoci się zniszczy?). Nie, nie ma zmiłuj, musi być jedno okno osiatkowane i już, na teraz, jeszcze przed adopcją kota, przed wizytą kontrolną w domu. Czas mija, kota nadal nie mamy, a ja tęsknie oglądam zdjęcia srebrnego i rudego cuda. Zamiast szukać kolejnych ogłoszeń, robię research w internecie. Koszt dwóch siatek, nieinwazyjnych, zakładanych na okno, łatwo zdejmowanych (na jakieś zaczepy szmery bajery) – 500zł. Druga firma nieco taniej, bo 400zł, ale kręce nosem, bo to i tak drogo. Chodzę po marketach budowlanych, szukając pomysłu, jak zrobić to samemu: drewniane listwy 20zł, kątowniki 20zł, garść śrubek i gwoździ – 10zł. jednak przy wyborze samej siatki pojawił się problem: czy wybrać solidną, taką, której kot na pewno nie uszkodzi, czy słabszą, ale taką którą w razie pożaru (odpukać!) będzie się dało łatwiej rozerwać. Dobro kota czy dobro własne? Od biedy może fundacja zgodzi się na jedno skrzydło? No, niestety – musi być całe okno, koniec kropka.
O swoich problemach opowiadam koleżankom z pracy, żaląc się, jak trudno jest zaadoptować kota. Jedna z nich pracowała długo w schronisku i opowiada mi, jak to wygląda z drugiej strony - na ilu trafiła psycholi, którzy psa ze schroniska brali aby służył jako odstraszacz na kagańcu, albo kota – maskotę do zamęczenia przez dziecko. Ile zwierząt wracało potem do schroniska i ile łez wylała, próbując je potem na nowo oswoić. Niektóre trafiały z rąk chwilowych właścicieli, inne same przybiegały, nieodpowiednio upilnowane. Jeszcze inne ginęły bezpowrotnie.
W weekend jestem u rodziców, idę pobiegać do lasu – świeże powietrze, przyjemna dla stawów, miękkie podłoże. Wiele się zmieniło, odkąd ostatni raz tu biegłam – chyba jeszcze w liceum – część drzew została wycięta, bagniska po raz pierwszy widzę suche. Dlaczego zrezygnowałam z biegania w tak pięknym miejscu, i do tego tuż pod blokiem? Przypominam sobie odpowiedź po niecałym kilometrze, gdy podbiega do mnie średniej wielkości kundel, wyglądający na przerośniętego pudla, szczekając zajadle. Właściciel na moja uwagę, że psy wyprowadza się na smyczy i w kagańcu odpowiada, że chyba zgłupiałam, to przecież las, i pies MUSI SIĘ WYBIEGAĆ. Pies nadal ujada przy mojej łydce, nie pozwalając mi ruszyć dalej. Wyciągam gaz pieprzowy – dopiero wtedy właściciel łapie psa za obrożę, odciągając go na bezpieczną odległość ode mnie, a mi grozi policją. proszę bardzo, chętnie poczekam. Użycie gazu pieprzowego w obronie własnej mnie nic nie kosztuje, pana wypuszczanie psa bez zabezpieczenia może kosztować 250zł. Ruszam dalej, klnąc pod nosem i życząc ciężkich tortur wszystkim głupim właścicielom psów. Nie umiesz wychować zwierzaka, to go nie bierz. Powinni robić testy psychologiczne i obowiązkowy egzamin z prawa każdemu właścicielowi sierściucha, myślę sobie. I pięć razy sprawdzać czy aby na pewno wiedzą, kto bierze zwierzaka do domu.
Czas mija, entuzjazm opada. Czytam o kocich karmach i w sumie zaczynam być wdzięczna, że jeszcze nie zamieszkał u mnie żaden czworonóg, bo jednak karma z biedronki to bardzo, bardzo zły pomysł. Punkt, którego nie przemyślałam – pieniądze zaoszczędzone na kiepskiej karmie to i tak pieniądze wydane na weterynarza, gdy kot nabawi się problemów gastrologicznych, cukrzycy czy innych schorzeń związanych z niedoborem składników odżywczych. Inny punkt: dobrej jakościowo karmy kot zje mniej, bo mniejsza porcja zaspokoi jego potrzeby i apetyt. A samodzielne przygotowanie karmy zaczyna być całkiem niegłupim pomysłem. Po kilku dniach znam listę składników kociego jedzenia na pamięć, Jestem z siebie dumna.
Kolejne ogłoszenia na OLX, kolejne telefony i kolejne przeszkody. Ankiety, deklaracje, wywiady w domu. Kilka ogłoszeń było ok, bez żadnych wymogów poza obietnicą dożywotniej miłości, ale zanim zorganizowalismy transport do Radomia czy Mińska Mazowieckiego, ktoś nas ubiegał. Jesli kot był z Warszawy, najczęściej znikał jeszcze tego samego dnia (sami właściciele zresztą słusznie nas ostrzegali, ze nie ma co się umawiać na jutro, bo do jutra moze ich już nie być). Trafiamy na bardziej liberalne fundacje, wypełniamy kolejne ankiety adopcyjne, a zaraz po ankiecie przychodzi także umowa adopcyjna, którą muszę podpisać, a w niej deklaracja, że nigdy, przenigdy nie oddam kota osobie trzeciej. I tu pojawia się problem, nie do przeskoczenia dla mnie: zwierzak to dla mnie członek rodziny i nie zamierzam się go pozbywać, ale taka deklaracja działa na mnie jak kiedyś bierzmowanie na moje chodzenie do kościoła: gdy coś staje się przymusem, automatycznie przestaje być moją wolą. Jeśli czegoś nie muszę, zrobię to prędzej niż gdy ktoś nade mną stoi. Nie byłam w stanie podpisać takiej deklaracji. A co, jeśli zachoruję i nie będę w stanie się nim zajmować? Znalazłabym mu dom u kogoś znajomego, komu ufam, że bedzie dobrze traktowany i kochany, ale umowa na to nie pozwala – nowego domu bedzie mu w takim wypadku szukać fundacja. Rozumiem, skąd ten zapis, rozumiem, że różni sa ludzie i czasem trzeba tak restrykcyjnych umów, jednak psychicznie nie potrafię się pogodzić z tym, że kot nadal prawnie należeć będzie bardziej do fundacji niż do mnie. Poddajemy się i rezygnujemy z kota – moze chomik? Myszoskoczek? Tarantula? Skolopendra? Zaczynam myśleć nawet o rasowym, choć zawsze kupno kota to był dla mnie głupi pomysł – nie będzie problemu z umowami i sprawdzaniem warunków, płacę i już, mam kota, który będzie miał łatwiejszy do przewidzenia charakter, bez deklaracji, umów i siatek w oknach.
Na szczęście historia ma dobre zakonczenie – w końcu się przełamaliśmy, bo trafiliśmy, na kota, w któwym zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia, choć łamał większość z naszych wymogów: wcale nie jest taki malutki, szczepień nie przeszedł, znaleziony był na ulicy skąd trafił do schroniska, był strasznie przestraszony i – jak się okaząło w domu – fotel upodobał sobie bardziej niż nowiutką kuwetę pełna czyściutkiego żwirku. Adopcja kota odbyła się na szczęście bez masy wymogów, choć od umowy nie uciekliśmy, ale trudno, ja już po dwóch dniach zachorowałam na koci odpowiednik PZM* i nawet gdyby ktoś pryszedł skontrolować kocie warunki w naszym domu, dumnie pokazałabym, jak gotuję samodzielnie mięso z marchewką żeby tylko kicia miała świeży, pożywny posiłek. Po tygodniu uciekania od nas, i prychania i syczenia, po godzinach głaskania i miziania kot zaczął ogarniać, że mu krzywdy nie robimy. Ba, odkrył, do czego służy kuweta i zaczął nieśmiało mruczeć – aż popłakałam się ze szczęścia, gdy usłyszałam pierwsze trakotanie o częstotliwości silnika Diesla. A o zabezpieczeniu okna jeszcze pomyślimy, gdy zrobi się cieplej – serce by mi pękło, gdyby coś jej się stało.

P.S. Ogłoszenie, o którym pisałam wyżej (dwa koty – rudy i srebrny) od końca października do dziś (6 grudnia) wciąż regularnie pojawia się na Gumtree i OLX jako nowe ogłoszenie, z kolejnymi zdjęciami i update na temat ich wieku. Cóż, przez te półtora miesiąca NA PEWNO znalazłoby się kilku, kilkanastu, ba, kilkudzięsieciu nawet kochających je właścicieli (małe kotki z ogłoszeń znikają w ciągu 2-3 dni, gorzej ze starszymi czy chorymi, ale rzadko widzę z powrotem to samo ogłoszenie, a śledzę wszystkie). Ciekawi mnie, kto się pierwszy złamie. No i trochę szkoda kotków, które nadal czekają.
*PZM – pieluszkowe zapalenie mózgu, typowe u młodych matek. Więcej na ten temat tutaj i tutaj :)
Post Adopcja kota trudniejsza niż adopcja dziecka? pojawił się poraz pierwszy w Blog o modzie.
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




