Lista blogów » aschaaa
29.10.2013 - urlop cz.2
Zobacz oryginał wt., 29/10/2013 - 15:00Dzisiaj zabieram Was w kolejna podroż po Sri Lance. Wyjeżdżamy z Kandy i pociągiem kulamy się (tak, kulamy się, bo 8 godzin spędzonych w pociągu po to by pokonać odcinek 140 kilometrów to nie byle jakie tempo). Zdecydowaliśmy się na pociąg bo to właśnie na tym odcinku rozpościerają się najpiękniejsze pola herbaty na całej Sri Lance. Można podziwiać piękne zielone wzgórza a od czasu do czasu za drzewami pojawiają się pola ryzowe i Tamilki - kobiety zbierające herbatę. Ich praca jest bardzo niewdzięczna bo pracują od rano do wieczora i w każdych warunkach pogodowych. Na plecach maja wielki worek, do którego wrzucają uzbierane listki. Wszystkie listki są dokładnie wazone i Tamilka dostaje za to pieniądze. Te najbardziej pracowite potrafią zebrać nawet do 50 kilogramów liści.
Wiadomo, ze jazda pociągiem się dłuży a człowiek się robi głodny. O wagonie jadalnym można zapomnieć, ale Sri Lankijczykom nic nie jest obce. Pociąg zatrzymuje się na stacji a kilku panów wchodzi na tory i sprzedaje tamtejsze przysmaki.
Do Ella dotarliśmy juz wieczorem, a z samego rana wyruszyliśmy z naszym przewodnikiem na trekking po górach :P Nienawidzę gór, nienawidzę się męczyć a juz w ogóle nienawidzę mieć na nogach górskich trekingowych butów. Z mężem wiele się nie przejmowaliśmy i założyliśmy japonki, czyli to samo obuwie, które miał na nogach nasz przewodnik. Mijała nas grupa Francuzów i patrzyli się na nas co najmniej jak na dinozaurów, ale my byliśmy całkiem zadowoleni, bo szlak nie okazał się wcale aż taki ciężki a ciężkie buty były zbędne.
Co do naszego przewodnika. Samemu nie radziłabym iść na taka wycieczkę bo można się baaardzo szybko zgubić. Droga prowadzi najpierw przez tory kolejowe, potem przez pola ryzowe, kilka wodospadów, prawie zawalający się most i wielkie krzaki i dopiero po przejściu tego wszystkiego ukazuje się naszym oczom góra, na która niestety trzeba wejść. Widok w dol jest jednak absolutnie wart tego wysiłku. Jak znaleźliśmy naszego przewodnika? Wysiadając z pociągu na dworcu czeka juz kilku naganiaczy którzy "oferują" swoje usługi. Nam zależało na tym by szybko złapać tuk-tuka i jechać do hoteliku, żeby dojść trochę do siebie. Zaczepił nas miły młody chłopak i zaproponował uczciwa cenę za dowiezienie nas na miejsce. Kiedy mój mąż ugadywał się z właścicielem hotelu za ile i w jakim pokoju możemy spać, nasz miły przyjaciel zaczął mnie zagadywać. Wiedziałam jakie są aktualne ceny za wycieczki i ile naganiacze sobie życzą. Jego ceny były bardzo w porządku wiec ugadaliśmy się z nim na następny dzień. Chłopak spędził z nami prawie 8 godzin. Poobwoził nas po okolicy, zabrał na gore Ella, do fabryk herbaty, na plantacje herbaty, pod wodospady Ravanna - najsławniejsze w tamtych rejonach, a to wszystko za śmieszne dla nas Europejczyków pieniądze.
Co do naszego przewodnika. Samemu nie radziłabym iść na taka wycieczkę bo można się baaardzo szybko zgubić. Droga prowadzi najpierw przez tory kolejowe, potem przez pola ryzowe, kilka wodospadów, prawie zawalający się most i wielkie krzaki i dopiero po przejściu tego wszystkiego ukazuje się naszym oczom góra, na która niestety trzeba wejść. Widok w dol jest jednak absolutnie wart tego wysiłku. Jak znaleźliśmy naszego przewodnika? Wysiadając z pociągu na dworcu czeka juz kilku naganiaczy którzy "oferują" swoje usługi. Nam zależało na tym by szybko złapać tuk-tuka i jechać do hoteliku, żeby dojść trochę do siebie. Zaczepił nas miły młody chłopak i zaproponował uczciwa cenę za dowiezienie nas na miejsce. Kiedy mój mąż ugadywał się z właścicielem hotelu za ile i w jakim pokoju możemy spać, nasz miły przyjaciel zaczął mnie zagadywać. Wiedziałam jakie są aktualne ceny za wycieczki i ile naganiacze sobie życzą. Jego ceny były bardzo w porządku wiec ugadaliśmy się z nim na następny dzień. Chłopak spędził z nami prawie 8 godzin. Poobwoził nas po okolicy, zabrał na gore Ella, do fabryk herbaty, na plantacje herbaty, pod wodospady Ravanna - najsławniejsze w tamtych rejonach, a to wszystko za śmieszne dla nas Europejczyków pieniądze.
W Ella jedliśmy najlepsze rotti na całej wyspie. Rotti to pewnego rodzaju naleśnik a w środku to co sobie zażyczysz. Moje ulubione bylo z bananem i czekolada, bądź kokosem i czekolada. Zamiast butelkowanej wody, którą używaliśmy nawet do mycia zębów piliśmy wyciskane soki z ananasów, pomarańczy, papai i mango.
A za tydzień zapraszam na Was na safari do parku narodowego, gdzie słonie żyją na wolności i do lasu deszczowego.
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.





























