2017 - kostiumowe podsumowanie
Zobacz oryginał ndz., 07/01/2018 - 17:47
Ale po kolei:
STYCZEŃ-MARZEC
Miesiąc, który zazwyczaj mija mi na gorączkowym kombinowaniu, jak przy najmniejszych kosztach wyczarować kilka balowych kreacji, spędziłam zamiast tego na projektowaniu kostiumów do mojego filmu The Proposal. Wzięłam na siebie ciężkie zadanie, bo do tej pory szyłam tylko na siebie lub na siostrę, a tym razem miałam do ubrania czterech aktorów, w tym trzy kobiety, które poznać miałam dopiero na dzień przed kręceniem. Z ubraniami męskimi na szczęście pomogła mi Nomina Rosae, za co pięknie dziękuję, ale nadal pozostawał problem strojów kobiecych, zwłaszcza, że dysponowałam tylko wymiarami, które aktorki podały mi w mailu. Modliłam się, żeby te dane zgadzały się z rzeczywistością.
Oprócz kostiumów, wzięłam na siebie też kwestię makijażu i fryzur (a wspominałam już, że byłam reżyserką tego filmu?). Dużo osób zwracało mi uwagę, że to trochę nierozsądne, ale z perspektywy czasu cieszę się, że robiłam to wszystko sama. Dzięki temu aktorki nie mają zbyt mocnego makijażu, który jest nagminny w studenckich filmach kostiumowych, wszystkie mają historyczne fryzury, gorsety i halki, a tych próżno szukać nawet w polskich serialach historycznych.
Ogólnie z kostiumów jestem dość zadowolona, choć nie ukrywam, że przydałby się ktoś doświadczony do pomocy - ale ktoś, kto szanuje historyczne wykroje i sylwetki, a nie robi czegoś "inspirowanego" historią.
Film toczy się na przełomie lat 1840. i 1850.
A, przypomniało mi się - gdzieś w okolicy lutego (?) odwiedziła mnie panna Wrońska, z którą wybrałyśmy się na harrypotterowe zdjęcia edwardiańskie w naszych hogwartowych mundurkach z ok. 1900 roku:
MARZEC
Dwa tygodnie przed zdjęciami miał miejsce bal w Edynburgu, o którym dowiedziałam się przypadkiem od internetowej znajomej. Miałam prawdziwe szczęście, bo bal był organizowany pierwszy raz i raczej nie reklamowany. Nie mam pojęcia, jak między szyciem halek z watowanych narzut na łóżko a zamawianiem chińskich gorsetów do filmu udało mi się znaleźć czas na uszycie sobie sukni balowej wpasowującej się w datowanie 1817 - ale udało mi się, i bal okazał się świetnym wieczorem, na którym poznałam dużo nowych osób. Był to też, oprócz balu na zamku w Slavkovie dwa lata temu - ale to inna historia, bo głównym wydarzeniem była wtedy bitwa - mój pierwszy zagraniczny bal historyczny! Więcej o balu tutaj.
KWIECIEŃ
Kwiecień upłynął mi na szyciu na kolejny bal. To znaczy nie. Upłynął mi na studiowaniu i pracy nad kolejnym filmem, ale skrawki wolnego czasu i resztki pieniędzy wykorzystałam w szyciowym celu, bo już na początku maja czekał na mnie wiktoriański bal w Bath, z datowaniem 1870-1880.
Niestety, lata 70. XIX wieku nie należą do moich ulubionych dekad jeśli chodzi o modę, dlatego tym razem motywacji do szycia było niewiele, tym bardziej, że czekało mnie szycie klatki tiurniury i halek. Gdzieś w połowie marszczenia falban nie wytrzymałam i wydałam niebotyczną sumę na normalną maszynę do szycia (wcześniej szyłam na takiej pół-zabawkowej dla początkujących, o prędkości jednego szwa na minutę). Maszynę przywiozłam do Polski i używam jej na co dzień, więc to akurat historia z happy endem.
Za to happy endu nie doczekała się moja suknia, której stanik zgubiłam na lotnisku, przez co w dwa dni musiałam dorobić sobie nowy (a i tak miałam masę roboty wykończeniowej przy spódnicy i zdobieniach, wszystko to w mieszkaniu Berolinensis, używając na zmianę po 10 minut jej edwardiańskiej maszyny do szycia). Skończyło się na tym, że pierwsze pół godziny balu spędziłam w łazience, cierpliwie czekając, aż Olga mnie zaszyje (kto nigdy nie był w takiej sytuacji, lub w jej odwróconej wersji, "zszywając koleżankę", niech pierwszy rzuci kamień).
Ogólnie cały wyjazd i bal zasługuje na oddzielny post, na napisanie którego zbieram się od maja.
Post udostępniony przez Karolina Żebrowska (@eleonoraamalia) Maj 9, 2017 o 12:50 PDT
MAJ/CZERWIEC/LIPIEC
Kolejne miesiące upłynęły na intensywnej pracy i szczerze mówiąc, totalnie nie pamiętam, kiedy znalazłam czas na szycie, a znalazłam - do mojego filmu dyplomowego uszyłam spódnicę głównej bohaterki z tartanu i fartuszki. To tyle w kwestii kostiumów - tym razem postanowiłam się skupić na mojej prawdziwej robocie, czyli reżyserii, resztę strojów pozostawiając MOIM LUDZIOM, czyli departamentowi kostiumowemu.
Samodzielne wyprodukowanie mojego filmu dyplomowego, przy którym pracowało ponad 25 osób, z czego spora część na planie, było najtrudniejszą rzeczą, jaką musiałam zrobić, i jednocześnie najbardziej magiczną (chociaż pre-produkcję śmiało porównałabym do bolesnego porodu).
Pięć dni spędzonych w wynajętym przez nas, malowniczo położonym dworku było czasem absolutnie wyjątkowym. Odkąd kilka lat temu dowiedziałam się, że Joe Wright kręcił sceny w domu Bennetów w jednym budynku, prawdziwym osiemnastowiecznym domu, w którym rzeczywiście większość ekipy naprawdę się zadomowiła, marzyła mi się taka atmosfera na planie - nie spodziewałam się, że sama zorganizuję coś podobnego.
Pamiętam, jak na początku roku wyobrażałam sobie siebie jako panią reżyser w vintage outficie a la Katharine Hepburn, życie zweryfikowało
I wreszcie mój ulubiony kadr ze skończonego filmu:


Mój targowy outfit
Z okazji targów odwiedziła nas Klod, co zaowocowało szaloną retro sesją halloweenową. Takie rzeczy tylko z Klod.





Zaloguj się, żeby dodać komentarz.





