Lista blogów » aschaaa
05.11.2013 - urlop cz.3
Zobacz oryginał wt., 05/11/2013 - 16:00No to co, gotowe na kolejna, trzecia juz cześć naszej urlopowej przygody?
To na czym mi bardzo zależało w całej wycieczce czyli pola herbaty juz widziałam, wiec wsiadamy w busa i jedziemy dalej... do Udawalawe – miejscowości, z której organizowane są wypady na safari do parku narodowego, gdzie słonie żyją na wolności. Strasznie się na to cieszyłam, bo dwa dni wcześniej czytałam w internecie opinie tych, którzy tam byli i ohow i ahow było co nie miara. Liczyłam na to ze zobaczę baby słonika (ponoć wtedy miał dopiero 2 tygodnie). Właściciel naszego hoteliku zorganizował nam jeepa na następny dzień. Nic sobie nawet nie myślałam kiedy przy kolacji inni turyści z naszego hotelu nie pokazywali swojego zachwycenia wycieczka (oni byli na safari juz dzień wcześniej). Jesli chodzi o kolacje to chce krotko wspomniec o naszym jedzeniu – jako, ze nie mieliśmy nigdzie noclegów zarezerwowanych wcześniej, musieliśmy tez na spontana organizować jakieś amu :P Trafiły nam się dwa przemile hoteliki gdzie właściciel gotował dla wszystkich swoich gości. Kiedy kolacja była gotowa siadalismy przy jednym stole i częstowaliśmy sie przysmakami sri landzkiej kuchni. Fajnie powymieniać się informacjami i przeżyciami z ludźmi z innych krajów, często machając przy tym rekami, bo ze znajomością angielskiego to rożnie bywa :P
No ale dobrze o 5:45 następnego dnia juz siedzieliśmy w jeepie. Piękny wschód słońca... cudne widoki, piękna trasa, dziko żyjące zwierzęta, małpy, krokodyle, bawoły, pawiei no i wreszcie moje sloniki! Tylko czemu tak mało? Trafiliśmy na kilka z nich, ale byłam zawiedziona, bo liczylam ze będzie ich więcej. Mój maź śmiał się, ze słonie zwiały jak tylko się dowiedziały ze tak napalona jadę je oglądać :P
To na czym mi bardzo zależało w całej wycieczce czyli pola herbaty juz widziałam, wiec wsiadamy w busa i jedziemy dalej... do Udawalawe – miejscowości, z której organizowane są wypady na safari do parku narodowego, gdzie słonie żyją na wolności. Strasznie się na to cieszyłam, bo dwa dni wcześniej czytałam w internecie opinie tych, którzy tam byli i ohow i ahow było co nie miara. Liczyłam na to ze zobaczę baby słonika (ponoć wtedy miał dopiero 2 tygodnie). Właściciel naszego hoteliku zorganizował nam jeepa na następny dzień. Nic sobie nawet nie myślałam kiedy przy kolacji inni turyści z naszego hotelu nie pokazywali swojego zachwycenia wycieczka (oni byli na safari juz dzień wcześniej). Jesli chodzi o kolacje to chce krotko wspomniec o naszym jedzeniu – jako, ze nie mieliśmy nigdzie noclegów zarezerwowanych wcześniej, musieliśmy tez na spontana organizować jakieś amu :P Trafiły nam się dwa przemile hoteliki gdzie właściciel gotował dla wszystkich swoich gości. Kiedy kolacja była gotowa siadalismy przy jednym stole i częstowaliśmy sie przysmakami sri landzkiej kuchni. Fajnie powymieniać się informacjami i przeżyciami z ludźmi z innych krajów, często machając przy tym rekami, bo ze znajomością angielskiego to rożnie bywa :P
No ale dobrze o 5:45 następnego dnia juz siedzieliśmy w jeepie. Piękny wschód słońca... cudne widoki, piękna trasa, dziko żyjące zwierzęta, małpy, krokodyle, bawoły, pawiei no i wreszcie moje sloniki! Tylko czemu tak mało? Trafiliśmy na kilka z nich, ale byłam zawiedziona, bo liczylam ze będzie ich więcej. Mój maź śmiał się, ze słonie zwiały jak tylko się dowiedziały ze tak napalona jadę je oglądać :P
Następnym punktem wycieczki był las deszczowy i drobne 4 godziny w 3 rożnych busach. Droga była totalna katastrofa, zresztą jeszcze wieksza katastrofa jest to jak Sri Lankijczycy jeżdżą busem . Chwilami miałam wrażenie ze maja zapędy samobojcze...
W polowie drogi rozlało sie tak, jakby wylewali wodę całymi wiadrami... deszcz ustal tylko na kilkadziesiat minut stad kilka bezdeszczowych fotek.
Tereny piękne.. cudna roślinność, no dokladnie tak jak w lesie deszczowym. Jeść nie było raczej co, bo to miasteczko to jakaś dziura zabita dechami. 2hotele na krzyż – na ten pierwszy nie było nas stać – definitywnie! Wiec poszliśmy do tego drugiego. Pan właściciel sprawiał sympatyczne wrażenie, zaproponował kolacje..I jak tylko zaserwował nam ryz który miał być w sumie potrawka curry – zwątpiłam. Ryz śmierdział tak paskudniem, ze ja nie wiem z którego śmietnika on to wyłowił, serio! Napełniliśmy brzuszki herbata bo nic innego nam nie zostało a miły Pan właściciel zaproponował nam rano śniadanko, jako ze z samego rana zaczynaliśmy nasz trip. Powinnam kiedyś zamknąć moja niewyparzona gębę, ale niewiele sie zastanawiajac powiedziałam mu ze mam nadzieje, ze śniadanie będzie lepiej smakowało niz ten ohydny ryż. Pan chyba sie na mnie wkurzył bo rano nie czekalo na nas absolutnie żadne śniadanie, ba! Nasz pan właściciel smacznie sobie spal.
Nie mając wyjścia pojechaliśmy do lasu deszczowego na głodniaka. I tu zaczyna sie horror. Tzn dla mnie horror, bo mój mąż do dzisiaj jest zdania ze to był najpiękniejszy dzień z całych trzech tygodni naszego urlopu.
Ale do rzeczy... deszcz nie przestawał padać, kiedy wsiadalam do auta naszego przewodnika juz byłam mokrusienka. Żebyście sobie mogły wyobrazić ta ścianę deszczu... hmm.. mniej więcej tak jakby 3 osoby stały nad Tobą z trzeba wielkimi miskami wody i jednocześnie na Ciebie wylewały ta wodę i tak nieprzerwalnie przez kilka godzin. Ale dobra idziemy. Zapakowałam sie w dwie bluzki z długim rękawek w tym jedna z kapturem, płaszcz przeciwdeszczowy ofkorsss, dwie pary spodni a jak... żeby robale mnie nie zeżarły nie? Nasz Pan przewodnik miał dziwnie skarpety podciągnięte aż do kolan.. „Dziwak” pomyślałam i dumnie szlam w tym deszczu za nim.
Doszliśmy do wejścia, on wyciąga kilo soli z plecaka, nalewa trochę wody do wiadra, wsypuje ta sol. Każe ściągnąć buty i skarpetki. Bierze moje skarpetusie i wkłada je do tej wody. Nie wykręca i podaje mi. Musiałam sie mega głupio gapić na niego bo zaraz szybciutko dodał ze mam je ubrać. Nadstawilam nogę tak jak kazał, a on zaczął cale moje stopy i kostki (tzn ta skarpetkę) nacierac sola. Ta mokra, natarta sole skarpetkę kazał znowu włożyć do buta. A kiedy juz nie wytrzymalam i zapytalam sie po co ten cały cyrk, Pan przewodnik odpowiedział: "pijawki nie lubią soli, wiec nawet jak wejdą do buta, to zdechną" Ha! Zaczyna sie fantastycznie... Miły pan kazał oglądać buty mniej więcej co jakieś 3minuty i zrzucać palcem pijawki. No jasne! To brzmi tak banalnie! I kiedy po raz pierwszy mój wzrok powędrował w dol, w kierunku butów i odkryłam ze właśnie zatapia sie pijawka w siateczce mojego adidasa, miałam zgon. W tych miłych klimatach spędziliśmy 6 godzin. Mój mąż oczywiscie musiał zaliczyć kąpiel w jakimś bagnie w środku lasu deszczowego. Ja byłam juz bliska płaczu i czekalam tylko, żeby ten dzień sie juz skończył...
W polowie drogi rozlało sie tak, jakby wylewali wodę całymi wiadrami... deszcz ustal tylko na kilkadziesiat minut stad kilka bezdeszczowych fotek.
Tereny piękne.. cudna roślinność, no dokladnie tak jak w lesie deszczowym. Jeść nie było raczej co, bo to miasteczko to jakaś dziura zabita dechami. 2hotele na krzyż – na ten pierwszy nie było nas stać – definitywnie! Wiec poszliśmy do tego drugiego. Pan właściciel sprawiał sympatyczne wrażenie, zaproponował kolacje..I jak tylko zaserwował nam ryz który miał być w sumie potrawka curry – zwątpiłam. Ryz śmierdział tak paskudniem, ze ja nie wiem z którego śmietnika on to wyłowił, serio! Napełniliśmy brzuszki herbata bo nic innego nam nie zostało a miły Pan właściciel zaproponował nam rano śniadanko, jako ze z samego rana zaczynaliśmy nasz trip. Powinnam kiedyś zamknąć moja niewyparzona gębę, ale niewiele sie zastanawiajac powiedziałam mu ze mam nadzieje, ze śniadanie będzie lepiej smakowało niz ten ohydny ryż. Pan chyba sie na mnie wkurzył bo rano nie czekalo na nas absolutnie żadne śniadanie, ba! Nasz pan właściciel smacznie sobie spal.
Nie mając wyjścia pojechaliśmy do lasu deszczowego na głodniaka. I tu zaczyna sie horror. Tzn dla mnie horror, bo mój mąż do dzisiaj jest zdania ze to był najpiękniejszy dzień z całych trzech tygodni naszego urlopu.
Ale do rzeczy... deszcz nie przestawał padać, kiedy wsiadalam do auta naszego przewodnika juz byłam mokrusienka. Żebyście sobie mogły wyobrazić ta ścianę deszczu... hmm.. mniej więcej tak jakby 3 osoby stały nad Tobą z trzeba wielkimi miskami wody i jednocześnie na Ciebie wylewały ta wodę i tak nieprzerwalnie przez kilka godzin. Ale dobra idziemy. Zapakowałam sie w dwie bluzki z długim rękawek w tym jedna z kapturem, płaszcz przeciwdeszczowy ofkorsss, dwie pary spodni a jak... żeby robale mnie nie zeżarły nie? Nasz Pan przewodnik miał dziwnie skarpety podciągnięte aż do kolan.. „Dziwak” pomyślałam i dumnie szlam w tym deszczu za nim.
Doszliśmy do wejścia, on wyciąga kilo soli z plecaka, nalewa trochę wody do wiadra, wsypuje ta sol. Każe ściągnąć buty i skarpetki. Bierze moje skarpetusie i wkłada je do tej wody. Nie wykręca i podaje mi. Musiałam sie mega głupio gapić na niego bo zaraz szybciutko dodał ze mam je ubrać. Nadstawilam nogę tak jak kazał, a on zaczął cale moje stopy i kostki (tzn ta skarpetkę) nacierac sola. Ta mokra, natarta sole skarpetkę kazał znowu włożyć do buta. A kiedy juz nie wytrzymalam i zapytalam sie po co ten cały cyrk, Pan przewodnik odpowiedział: "pijawki nie lubią soli, wiec nawet jak wejdą do buta, to zdechną" Ha! Zaczyna sie fantastycznie... Miły pan kazał oglądać buty mniej więcej co jakieś 3minuty i zrzucać palcem pijawki. No jasne! To brzmi tak banalnie! I kiedy po raz pierwszy mój wzrok powędrował w dol, w kierunku butów i odkryłam ze właśnie zatapia sie pijawka w siateczce mojego adidasa, miałam zgon. W tych miłych klimatach spędziliśmy 6 godzin. Mój mąż oczywiscie musiał zaliczyć kąpiel w jakimś bagnie w środku lasu deszczowego. Ja byłam juz bliska płaczu i czekalam tylko, żeby ten dzień sie juz skończył...
A kolejne fotki beda juz z wybrzeza! :)
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




























