Nie, nie - to nie tak.
Wbrew skojarzeniom, jakie zapewne przyszły Wam na myśl po zobaczeniu w blogrollu tytułu (po prostu nie miałam, bladego pojęcia nie miałam, jak nazwać ten wpis - biję się w piersi, ale kończenie licencjatu całkowicie zabrało mi resztki tej i tak zwykle dość głęboko ukrytej we mnie kreatywności) wcale nie uważam tego zestawu za mroczny ;)
Wręcz przeciwnie - dostrzegam w nim sporą dozę tego, co szczerze mówiąc rzadko w większości moich ciuchowych połączeń przemycam, a co jest przeciwieństwem mroku jako takiego: świeżości. A "świeży"... nigdy dla mnie synonimem przymiotnika "mroczny" nie będzie ;P Nigdy!
Właśnie za tę świeżość (chyba z czystości form wypływającą) lubię minimalizm.
A że często łapię się na tym, że trochę mi jej w moich codziennych zestawach brakuje, to tak bardzo mnie w jego stronę ciągnie.
Ale pisałam Wam o tym już parę razy - po co nudzić ;)
Dla mnie osobiście nie jest to jeszcze połączenie typowo minimalistyczne.
Jest tu przecież zdobny dość naszyjnik, jest moja fedora i są okulary.
A ten minimalizm typowy (którego ostatnio tak wiele) idzie raczej w stronę zmniejszania liczby dodatków.
Ale na niektóre z kompromisów iść nie umiem - bez kapelusza czuję się goła ;)
Naszyjnik, właśnie!
Kupiłam ten naszyjnik do zupełnie innych zestawów.
Miał mi posłużyć przy komponowaniu czegoś bardziej w stylu boho.
Widziałam go z długą (ale też czarną ;P) sukienką, workiem z frędzlami i płaskimi sandałami.
W dniu, kiedy go kupowałam, znaczy się.
Bo jak już go do domu przyniosłam... to doszłam do wniosku, że wcale do nich nie pasuje.
I wylądował w szufladzie.
Wygrzebałam go z niej dopiero przy okazji tworzenia tego połączenia ;)
Bez niego wydawało mi się... smutne.
I niekompletne.
A tak w ogóle - gdyby nie te sandały, to ta prezentowana Wam tu dziś "całość" nigdy by nie powstała.
Zwykle bowiem do tego kombinezonu (mam nadzieję, że poznajecie głównego bohatera poprzedniego wpisu? tak, to ten sam kombinezon :>) nosiłam płaskie buty.
Aż do dnia, gdy na resztkach wyprzedaży dorwałam te sandały.
Widziałam je w H&M'ie już w czerwcu - ale wtedy nie miałam przeznaczonej do wydania żadnej wolnej stówy (zbliżały się wakacje, trzeba było oszczędzać ;P).
Zrządzeniem losu jednak niewielu chyba chętnych na nie się znalazło, bo w sierpniu udało mi się upolować je za trzy dychy.
Oprócz mojej pary na sklepie ostało się jeszcze jakieś pięć innych ;)
Być może gdyby nie fakt, że w dniu tego mojego z nimi ponownego spotkania miałam na sobie ten właśnie kombinezon, to i w tej niskiej cenie bym ich nie wzięła - bo pokój mam mały, a szafkę na buty wypchaną do granic możliwości - ale tak dobrze te dwie rzeczy razem wyglądały, że długo się nie namyślałam.
Wszak dzięki tym butom zyskałam możliwość noszenia kombinezonu w nieco bardziej eleganckich stylizacjach, a bez nich jakoś nie umiałam go dla potrzeb elegancji zaadaptować ;)
Potem samo poszło - jak nie wiem w jaki sposób przydać czemuś wrażenia elegancji i nie chcę wypaść pańciowato, to zawsze (ale to zawsze) sięgam po moją wysłużoną już nieco kamizelkę.
Ona nigdy mnie nie zawodzi - zawsze wygląda dobrze ;)
A, byłabym zapomniała!
O czym? A o tym, że w sumie więcej niż o założonych tu ciuchach powinnam się rozpisać o okolicznościach tych dzisiejszych zdjęć robienia.
Bo były... hardkorowe.
Umarzyłam sobie tę sesję w jakichś mocno nowoczesnych, miejskich plenerach.
Po szybkim googlowaniu padło na EC 1 - dawną łódzką elektrownię, obecnie przekształcaną w centrum kulturalno-rozrywkowe.
A właściwie - jej ściany zewnętrzne.
Pamiętaliśmy, że już to otwierali, wycieczki jakieś były tam i inne atrakcje - wsiedlim w auto, pojechalim.
Okazało się, że jednak nieczynne i za bramę nie wejdziemy (bo jak spróbujemy, to miła Pani z Ochrony przestanie być miłą), a przy zewnętrznych ścianach porozwieszali jakieś taśmy i wysyłają w ich teren patrole samochodowe.
Niezbyt wiem, czego strzegą, ale w Łodzi nic mnie nie zdziwi.
Kilka zdjęć cyknęliśmy (panowie z patrolu patrzyli na nas bardzo groźnie, ale nikt nas nie skrzywdził) i udaliśmy się na poszukiwanie innej lokacji.
Ta znaleziona kilka numerów ulicy dalej mnie odpowiadała, ale Lechowi nie.
Kwękał bardzo i krzywił się, że bez sensu, że mało miejsca, że źle to wygląda...
Więc znowu - kilka zdjęć i gnamy.
Ostatecznie sesję dokończyliśmy pod biurowcem bodajże City Banku - biurowiec miał szklane ściany, były odbicia - kadry jakie chciałam miałam... misja kompletna.
Fedora - H&M
Lenonki - no name (wypatrzone na nadmorskim straganie)
Naszyjnik - no name (Allegro)
Kombinezon - H&M
Kopertówka - no name (Allegro)
Sandały - H&M
Swoją drogą - to jest jakaś reguła, że pod tymi nowoczesnymi budynkami zdjęć nie można robić?
Ostatnio również wybraliśmy się na zdjęcia, tym razem pod InfoSys.
Weszliśmy na podwórko między budynkami.
Niedziela, żywej duszy.
Idealne warunki do zdjęć.
Ledwo się jakoś ustawiać zaczęłam, to już nas ochrona wyprasza.
WTF? Przecież w środku tych zdjęć robić nie chcieliśmy, teren nie jest zagrodzony, każdy może tam przejść.
W biurowcu nie ma siedziby żadna jednostka rządowa ani obiekt wojskowy.
Wszystkie ściany są szklane i wyglądają tak samo.
O co chodzi?
Ktoś mi powie?
Czy to administracja budynku po prostu jest tak z niego dumna, że pozwolenia na robienie zdjęć wydaje tylko przy dostarczeniu podania, dwóch zdjęć i koperty, czy dzisiaj biurowce są jakimiś obszarami pracy bardzo chronionej?
Jeszcze trochę kosmetycznego gładzenia tego mojego licencjackiego "dzieła" przede mną.
Grzebię się z tym, ale raz, że nie mam się dokąd spieszyć... a dwa, że powiedziałam sobie - co to, to nie, Mar.
Nie oddasz, jak 90% Twojego roku, pracy na poziomie wypracowania napisanego w szóstej klasie podstawówki.
No - i z aneksem mam już 180 stron ;P
Ale spokojnie, długości aneksów na szczęście nikt się u nas nie czepia ;P
Trzymajcie się ciepło, pozdrawiam!
Wasza Mar.