przygotowując regencyjną kosmetyczkę / my regency make-up kit
Zobacz oryginał śr., 10/09/2014 - 14:19Ej, wow, jestem tak zajęta, że zapomniałam o prowadzeniu bloga. Zaraz, w sumie zapomniałam, że go w ogóle mam.
Tak naprawdę dopiero w niedzielę rozpoczęłam Rozpaczliwy Maraton Intensywnego Szycia.
Nie wiem, czy reszta dziewczyn szyjących na zlot też tak miała, ale ja jeszcze parę miesięcy temu byłam święcie przekonana, że w ostatnim tygodniu przed wydarzeniem będę ewentualnie haftować reticule, bo wszystko inne uszyte zostanie o wiele wcześniej. Niestety, moje lenistwo i przeklęte wrześniowe egzaminy, aż zacytuję pewnego polconowego prelegenta, "dały mi mocno po ryju".
Teraz pół dnia kombinuję, czego NIE MUSZĘ uszyć, żeby pojawić się na zlocie bez uszczerbku na swojej godności. I tak po kolei odpadają same najfajniejsze rzeczy, ograniczając się do marnego minimum. Szczerze mówiąc, na pewno zdążyłabym ze wszystkim na czas, gdybym brała pod uwagę, że czeka mnie jeszcze uszycie wyprawki dla Daisy.
Parafrazując anglosaskie powiedzenie, ŻYCIE SIĘ ZDARZA.
There's an 1820's Regency House Party-like event this week that demands huuuge preparations, since I'm one of the hosts. And thanks to my exams, I was busy until last Saturday. I had practically few days to sew two huge sets of 1820's undergarments, dresses and outdoor outfits, not to mention bonnets and reticules. I might have started working on it few weeks ago, but duh.
Just realized that the phrase "Life happens" is impossible to translate to Polish.
Zrobiłam mały research, bo o kosmetykach regencyjnych wiedziałam tylko tyle, że za bardzo ich nie używano. Z naciskiem na "za bardzo". Właściwie przez większość dziewiętnastego wieku kosmetyki oprócz tego, że skuteczne, miały być przede wszystkim niewidoczne i podkreślać urodę kobiety w jak najbardziej naturalny sposób. To powodowało na przykład, że mimo iż posiadano substancje do malowania oczu, raczej tego unikano ze względu na trudną aplikację, nie pozwalającą na dyskretne użycie (krótko mówiąc, od razu było widać, że ktoś czymś wysmarował sobie powiekę). Ale po kolei.
Today I needed a break. The last few days I spent sewing literally from dawn till dusk - I woke up around 7.30, did some hand stitching while still in bed, ate breakfast and then went back to sewing again. My spine didn't enjoy treating him so badly, so I had to do something else instead. I decided to try out some 19th century make up recipes and tricks.
I did a research. Knowing the Regency era ladies didn't use much make up, I suspected they had some invisible ways to make their faces look more plattering. I wasn't wrong.
Bielenie twarzy nie wchodziło w grę i zarezerwowane było dla kurtyzan i starszych desperatek, usiłujących ukryć zniszczoną skórę. Taki "podkład" niestety często był przyrządzany na bazie ołowiu, co nieszczególnie tym kobietom pomagało.
Kobiety po debiucie nie stroniły za to od pudru, za który robiła np. mąka ryżowa. Choć pozwalały sobie na to raczej mężatki, postanowiłam przyrządzić sobie własny i dyskretnie aplikować na miejscu.
Zmieliłam ryż w młynku do kawy i powstał trochę ziarnisty pył. Bałam się, że cząstki ryżu zostaną na twarzy, ale wystarczy aplikować puder pędzelkiem zamiast wacika/gąbki, i wszystko, co nam na twarzy niepotrzebne, zostanie strzepane. Puder dość dobrze matuje, chociaż działałby lepiej, gdyby udało mi się zmielić ryż na jeszcze drobniejszą mąkę.
Contrary to the 18th century, ladies did not whiten their faces anyhow. They did, however, use a light powder. This was done more likely by the married women than the debutantes, but I decided to cheat a little.
Rice flour was often used, so I tried to get my own by mincing the rice in the coffee mill. It works quite right, but you have to apply it with a brush to avoid having tiny parts of rice left on your face.
Jako cień/tusz do rzęs na początku dziewiętnastego wieku służył zwęglony korek czy sam węgiel, z którego robiono pastę. Ja uzbierałam trochę węgielków ze spalonych zapałek (po oderwaniu główek - nie mam ochoty maziać sobie siarką po oczach), bo na sam zlot nie potrzebuję dużo tego składnika. Potem zwęglone zapałki zmiażdżyłam i dodałam dwie kropelki oleju ze słodkich migdałów (wybór przypadkowy, po prostu stał niedaleko, bo robiłam róż wg przepisu Porcelany). Powstało coś o konsystencji kredki do oczu. Świetnie nadaje się do podkreślenia brwi i jako dyskretny eyeliner, nakładany tuż przy lini rzęs. Ze względu na problem z nakładaniem, jako tusz do rzęs niestety się nie sprawdza, zwłaszcza, że pozostawia na nich grudki węgla.
I heard lots of stories about using coal as a brow darkener/eyeliner/mascara. I got some coal by burning a few matches. Then I smashed the coal and added two drops of almond oil. As a result I got a paste resembling a crushed pencil eyeliner. Works perfectly well for eyebrows defining. I also did an almost invisible line on the eyelid, near the eyelashes. This method won't really work as a mascara though, mainly because of the parts of coal stuck on the lashes.
Róż, o którym przed chwilą wspominałam (przepis znajdziecie tutaj), jak na regencyjne wymagania może być odrobinę zbyt błyszczący - ale wystarczy wchłonąć chusteczką tłuszcz, pozostający na twarzy przez użycie oleju, i nieco przypudrować. Myślę, że róż w takiej postaci byłby idealny dla osób o delikatnej, jasnej karnacji - na mojej zaczerwienionej i opalonej twarzy niestety nie za bardzo go widać, a tuż po nałożeniu wygląda po prostu jak placki spowodowane niedoskonałościami cery.
The rouge (or a blusher? how do you call this thing? lol) was based on this recipe by Porcelana. It's a bit shiny, but you can take off the oily layer with a tissue. My complexion is a bit to reddish and dark to make the rouge properly visible.
W Regency House Party pojawia się jeszcze jedno ciekawe, kosmetyczne zjawisko - dotyczy ono... dezodorantu. Zamiast niego używane są waciki nasączone sokiem z cytryny. Wczoraj wypróbowałam ten sposób i choć oczywiście nie działa to jak antyperspirant i nie zatrzymuje pocenia, o dziwo powstrzymuje jakiekolwiek zapachy. Dzisiaj wycisnęłam połówkę cytryny i dodałam do niej parę łyżeczek wody różanej, żeby z dezodorantu bezwonnego zrobił się wonny. Sama woda różana posłuży mi również jako delikatne perfumy, bo w całej masie dziewiętnastowiecznych powieści kobiety używają jej często i gęsto.
I also got inspired by the way the Regency House Party participants solved the deodorant problem. As most of you can remember, the used lemon juice instead. I tried it yesterday and it works pretty good, so today I added some rose water to the juice to give it a delicate scent. I'm also going to use rose water as a perfume.
Szukałam również przepisu na sole trzeźwiące, ale nie ciągnie mnie jakoś do zabawy amoniakiem (a jak sole w torbie się wysypią/wyleją na suknie? Cała garderoba do wyrzucenia), poza tym to byłoby raczej jako ciekawostka, a nie kosmetyk pierwszej potrzeby.
Na razie tyle, a ja po tej dłuższej przerwie zabieram się za szycie pelisy, która oprócz rozmaitych prac wykończeniowych jest już ostatnią częścią garderoby na zlot rozpoczynający się już AAAAAAAAAWHDIUFHBUIFHBIUSDIAS w piątek.
Enough of this, there's still plenty to do. Pelisse waits!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.



