tiurniura nad tamizą / bustle dress by the river thames
Zobacz oryginał pon., 10/03/2014 - 15:12Czy muszę wspominać, że uwielbiam Londyn? O moim anglofilstwie mogliście się już wielokrotnie przekonać, i uczucie to nie omija stolicy. Wąskie, ceglane kamienice skontrastowane z nowoczesnymi wieżowcami, wszystko przesiąknięte na zmianę atmosferą Sherlocka Holmesa, Harry'ego Pottera i Mary Poppins, a do tego ukochane przeze mnie i "ludzkie" w użyciu metro, które tej wielkiej metropolii nadaje przyswajalny charakter.
Gdy tylko dowiedziałam się, że w ramach prezentu na urodziny rodzice fundują mi weekendową wycieczkę do jednej z moich ulubionych stolic, od razu zrodził się pomysł zabrania ze sobą tiurniury. Ten okres w modzie zawsze kojarzył mi się z Londynem i postanowiłam poświęcić jakieś dwa tygodnie na wyprodukowanie zestawu z okresu ok. 1884-1886.
Nie było łatwo. Szyłam praktycznie do ostatniej godziny, żeby doprowadzić suknię do stanu używalności (spódnice nadal zapinane są na szpilki), a haft z przodu żakietu powstał w dzień przed planowanym lotem. Kosztował mnie sporo wysiłku, ale uwzięłam się i skończyłam misterne zawijasy.
If you happened to be in London this weekend, especially in the Kensington Gardens/Hyde Park area, it is possible you stumbled upon a weirdly dressed Victorian lady! And that lady was me, taking pictures of my new 1884-1886 mint & black bustle dress. When my parents told me they're taking me on a London trip as my birthday gift, I immediately thought "I need a bustle dress for that!". Whenever I imagine 19th century London, I see fog, steam, dirty riverside, narrow streets, gloomy buildings and bustles! They seem the essence of Victorian England, as well as London does.
I worked on my first ever bustle dress for about 1,5 week. The trickiest part was the front braiding - I saw the pattern on Historical Sewing facebook fanpage one day and decided to give it a try. And I did, spending 6 hours hand stitching it to the bodice!
Ale od początku. Przy planowaniu podróży jednym z głównych jej celów było Victoria & Albert's Museum, na zrelacjonowanie tej wizyty poświęcę jednak osobny post. Punktem programu, który chciałabym dzisiaj opisać, był spacer po Kensington Gardens - parku powstałym przy pałacu, w którym przyszła na świat królowa Wiktoria. Planując zabranie ze sobą sukni długo szukałam odpowiedniej miejscówki do zdjęć. Wybór padł na Kensington, choć z perspektywy czasu trochę mi szkoda, że nie zdecydowałam się na Regent's Park (zachwycił mnie poprzednim razem). Przede wszystkim przegoniono nas z terenu pałacu ze względu na brak zezwolenia na robienie zdjęć. Odpadły więc malownicze pałacowe ogrody i żywopłoty, a został sam park, który w zasadzie nie był bardziej spektakularny niż krakowski Park Jordana.
Pogoda dopisywała cały weekend i sami londyńczycy nie mogli wyjść ze zdziwienia, że nie spadła ani jedna kropla deszczu. Było to pomocne przy przemierzaniu w tiurniurze kilometrów trawnika, choć mocny wiatr niejednokrotnie sprawiał, że zamiast pięknej, wiktoriańskiej sylwetki na zdjęciu uwieczniłyśmy nadęty balon.
Bardzo zaskoczyły mnie reakcje przechodniów. Żyłam w przekonaniu, że Brytyjczycy z grzeczną obojętnością traktują wszelkie ciuchowe fanaberie. Zresztą, zaledwie dzień wcześniej na latającą po muzeum nagą dziewczynkę nikt nie zwrócił uwagi. Tymczasem podczas mojego spaceru nikt nie specjalnie nie próbował kryć się z ostentacyjnym gapieniem czy wskazywaniem palcem. I nie dotyczyło to bynajmniej (tylko) dzieci!
Apogeum przypadło jednak na niefortunny moment, kiedy przystanęłyśmy z mamą nad jeziorem, koło mostu dzielącego Hyde Park i Kensington Gardens. Nie pamiętam już, kto pierwszy poprosił o wspólne zdjęcie (chyba jakaś dziewczynka z rozbrajającym "Mai aj haf a fołtoł łyf jou?"), pamiętam za to, że przez następne piętnaście minut nie ruszyłyśmy się z miejsca - dziewczyny biorące udział w wakacyjnym zlocie wiedzą o co chodzi! Najbardziej rozbawił mnie pan Koreańczyk (?), który zabawił mnie opowieścią o swoich psach czempionach, a potem wcisnął mi ich smycze do ręki i uwiecznił telefonem. Pozdrawiam też chłopaka o trzy głowy niższego ode mnie, który poprosił o zdjęcie razem. Spytałam go, czy powinnam przykucnąć. "Oh yes, that would be so kind. Thank you."
I was quite surprised by the people's reactions in the park. I always believed British people are so super polite they would never ever even look at someone wearing weirdly. On the contrary, they smiled a lot and pointed me out without hesitation. Some of them asked me what I was doing and why was I wearing the dress, and lots and lots of passers-by took pictures with me - kids, teenagers, tourists and even dogs. Basically, it was hard to be unnoticed.
Jeszcze trochę o samej sukni. Najbardziej zadowolona jestem z góry, którą praktycznie ukończyłam. Użyłam tego wykroju, nieco zmodyfikowanego. Spódnica to totalna samowolka. Na oko powycinałam kliny i dopasowałam długość do tiurniury pod spodem, a wierzchnią spódnicę poupinałam na manekinie. Nie wyszła tak spektakularnie jak chciałam - głównie dlatego, że musiałam trochę pokombinować z trenem, który rozepnę na wizytę w teatrze (tak, szykuje się balowa wersja tej sukni). Kapelusik powstał z zakupionego kiedyś tam męskiego cylindra i jest w stadium rozkładu (złożył się na to dwudziestominutowy proces powstawania oraz ekonomiczne upchnięcie nakrycia głowy w walizce).
Warstwy:
- koszula
- gorset
- tiurniura lobster tail (objętościowo za mała i przez miękkie fiszbiny jeszcze bardziej traci na objętości)
- halka z przypiętą z tyłu poduszeczką i tiulem
- druga halka z falbankami z tyłu
- spódnica spodnia (czyli ta z czarnym rąbkiem)
- spódnica wierzchnia ("fartuszek" i upięty tył)
- stanik (w dawnym znaczeniu tego słowa)
Quick facts. The dress is not finished at all. I used this pattern for the bodice (modified) and made up the rest. I am not perfectly happy with how the back turned out - it's a bit flat, but this might be the matter of the fabric. I also had to figure it out more carefully because of the train that had to be somehow hidden. It's going to be used in the ball version of this gown. The hat was super quick and it's a bit of a mess, but I'm glad I had it anyway.
The layers I'm wearing are: chemise, corset, lobster tail bustle (too small and too flexible to give the support needed, but Rome wasn't built in a day), petticoat + a pad in the back with some tulle ruffles, ruffled petticoat, underskirt (the one with the black hem), overpetticoat (apron + the bustled back), the bodice. That's enough, off we go to the photos!
Chyba już pora pokazać wam, o czym tyle się rozpisuję. Przed wami mój sobotni spacer po Kensington Gardens!
"Mam przekrzywiony kapelusz?" "Nie nie, w porządku." / "Mom, is my hat crooked?" "No, it's ok."Niedługo pokażę wam bieliznę (nie brzmi to najlepiej), tymczasem zabieram się za wersję balową, żeby zdążyć na wyjście do teatru!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.













