Lista blogów » Lumpexoholiczka
SMOKESTACK LIGHTNING
Zobacz oryginał ndz., 19/01/2014 - 21:53Styczeń filmem stoi.
Żadne tam recenzje, ot mój subiektywny tour po trzech najgorętszych tytułach miesiąca. Startujemy.
"The Wolf of Wall Street"
Martin Scorsese sięga po sprawdzony schemat i - po raz kolejny - serwuje misternie utkaną opowieść, przepełnioną seksem (a właściwie przerysowanym, choć niekoniecznie odrealnionym seksizmem), rządzą pieniądza i władzy. Sprawiając, że zanim kolejny raz zamarzy nam się high life'u a'la Jordan Belfort, zastanowimy się dwa razy. "The Wolf of Wall Street" to osadzona na przełomie lat 80. i 90. historia maklera, wykorzystującego ludzką naiwność i kruczki prawne, by zbić fortunę, której nie powstydziłby się sam Gekko.
Krok po kroku Scorsese pokazuje kolejne etapy moralnego upadku głównego bohatera. Początkowo skromnego, nieco zahukanego dzieciaka, marzącego o spektakularnej karierze. Potem neurotycznego, ale jakże czarującego pół-boga żyjącego w świecie bez zasad, w którym cel uświęca środki. Istne from zero to hero story, tyle że w krzywym zwierciadle. Bo nieustająca balanga i luksus okupione są bolesnym uzależnieniem od wszystkich możliwych używek tego świata.
Moja ulubiona scena to ta, kiedy cała szaleńcza machina zostaje wprawiona w ruch. Wujek dobra rada - w tej roli fenomenalny Matthew McConaughey, który w kilka minut wykreował swoją postać z takim impetem, że naiwnie czekałam do końca ostatnich minut filmu na jego powrót - odkrywa przed nieopierzonym jeszcze wilkiem tajemnicę odniesienia sukcesu w branży...
Uczta dla oka. Uczta dla ucha - zwłaszcza w tych momentach, kiedy do głosu zostaje dopuszczony jeden z najbardziej charyzmatycznych bluesmanów lat 50. Holwin (nomen omen) Wolf, i jego Smokestack Lightning. Bawiące do łez, świetnie napisane dialogi, zapadające w pamięć kreacje aktorów (DiCaprio, w końcu mógłby dostać tego Oskara), dynamiczny montaż i energia z jaką prowadzona jest opowieść w efekcie pozostawią nas z niewygodnym pytaniem, które musi sobie zadać każdy opuszczający kinową salę: "Czy Ty drogi widzu dla pieniędzy też sprzedałbyś duszę diabłu?"
"The Butler"
Od czasu do czasu doświadczam bombardowania mięsem*. Różnego rodzaju. Czasem to dobrze wypieczona, soczysta wołowinka, a czasem pseudo-kotlet, coś na kształt asortymentu McDonalda. Wiecie, przemielona papka, która tylko udaje pełnowartościowy posiłek. Jeśli się skusicie, czekają Was zgaga, wzdęcia oraz gazy. Ale to nie wszystko. Doświadczycie też czegoś jeszcze - rozczarowania z powodu zmarnowanego czasu i pieniędzy.
Mniej więcej takie poczucie towarzyszyło mi po obejrzeniu "Kamerdynera". Podczas, gdy trzy godziny z Wilkiem upłynęły w ekscytacji i napięciu, dzieło, a raczej dziecko Lee Danielsa, zadziałało z mocą równą środkom usypiającym, które z pewnością Jordan Belfort chętnie by zaaplikował po tygodniowym zaskoku z koleżkami ze Stratton Oakmont.
W wielkim skrócie: "The Butler" to opowieść o Cecilu Gainesie, czarnoskórym chłopaku, wychowanym na plantacji bawełny, który jako mały chłopiec doświadczył okrutnej lekcji, determinującej jego przyszłe życie i postrzeganie świata. Jednak los okaże się dla niego łaskawy. Będzie miał kochającą się rodzinę. Zdobędzie wymarzoną pracę kamerdynera, i to nie byle gdzie, bo w Białym Domu...
Zapowiada się ciekawie, prawda? Do tego piękne zdjęcia. Zacna obsada. Temat ważny, a mimo to czuję, że szanowny pan Daniels, upychając w fabule jakieś 70 lat(!) współczesnej historii Ameryki, snuje bajeczkę, z której pobrzmiewają fałszywe nuty. Wszystko jest pobieżne i politycznie poprawne. Najlepszym potwierdzeniem tej tezy jest okropne, propagandowe zakończenie, którego oczywiście nie zdradzę.
Dawno się tak nie wynudziłam.
* film / piosenka / artykuł / nowa knajpa / spektakl - whatever
"August Osage County"
Historia rodziny, która po latach rozłąki jest zmuszona, by znów się spotkać. Wszystko przez śmierć jednego z jej członków...
Brzmi banalnie, ale uwierzcie mi, ten film trzeba zobaczyć. Dlaczego?
Po pierwsze: Meryl Streep - pomijając fakt, że jest moją ukochaną aktorką i właściwie rozpływam się nad każdą jej rolą - w tym filmie, daje prawdziwy popis swoich umiejętności. Nie jest już tą cierpliwą, dzielną i trochę miałką Katy Hulden, która niemal ze stoickim spokojem znosi powolne umieranie. Violet Weston to buntowniczka. Bynajmniej, nie bez powodu. Jest wybuchowa, nieco cyniczna, a ukojenie odnajduje w wylewaniu na najbliższych, gromadzącej się przez lata żółci oraz w ogromnych ilościach leków, które zjada bez opamiętania.
Po drugie: Klamra - W jednej z pierwszych scen poznajemy Indiankę - Johannę, która zostaje zatrudniona do opieki nad główną bohaterką. Violet nie kryje oburzenia i niechęci wobec dziewczyny, która jak się okaże będzie jej jedyną ostoją.
Po trzecie: Motyw rodziny - Westonowie to właściwie antyrodzina. Zbieranina obcych sobie ludzi, którzy siedząc przy wspólnym stole, są zażenowani wzajemnym towarzystwem. Dawne urazy i niezażegnane konflikty nie pozwolą im się porozumieć. Niestety ucieczka z toksycznego domu, to tylko zamiecenie całego brudu pod dywan, który prędzej czy później i tak wylezie na wierzch.
Po czwarte: Gender - John Welles stawia ciekawą (seksistowską?) tezę, która pewnie oburzyłaby niejedną feministkę. Mianowicie, że starzenie się to problem głównie... kobiet. Wątek przewija się właściwe przez cały film i co ciekawe, jego najgorętsza orędowniczką jest rzecz jasna Violet.
Po piąte: dla tej sceny...
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




