Lista blogów » pastelmarket

Wspomnienie lata

Zobacz oryginał




Kola%25C5%25BCe5.jpgszpital%2Bi%2Bpalac6.jpg
Był kiedyś taki czas w moim życiu pełen radości i beztroski. Ten czas to DZIECIŃSTWO.
Kilka wspomnień z tego okresu związane jest z letnimi dwumiesięcznymi wyjazdami do S. (skrót do nazwy miejscowości).

Pamiętam jak pod koniec roku szkolnego mama z zakamarków szafy wyjmowała potężne torby podróżne. Torby te z biegiem kolejnych dni wypełniały się ogromną ilością ubrań. Wtedy wiedziałam, że czas zająć się upychaniem do tych toreb jak i kolejnych swoich pluszaków. Jako jedynaczka posiadałam ogromne ilości maskotek. Na pierwszym miejscu 
pakowałam Kaśkę (dwustronną, miękką lalkę, która w dzień siedziała z twarzą o otwartych oczach, w nocy zaś spała ze mną). Niestety wszystkiego zabrać nie mogłam. Zabawkom, które się nie zmieściły dawałam buzi i tuliłam tak mocno, aż poczuły że są dla mnie ważne. Życzyłam miłych wakacji i zamykałam drzwi do swojego magicznego świata.
Następnie wyglądając przez okno, czekałam aż pod blokiem pojawi się czerwona Lada, samochód taty.  Gdy samochód ten stawał na parkingu, ja z prędkością światła otwierałam drzwi od mieszkania i z niecierpliwością czekałam na jego kierowcę. Tata  po chwili pojawiał się w mieszkaniu i z marszu brał po kolei walizki, kwiaty doniczkowe, pluszaki, czasem telewizor.  Burczał przy tym pod nosem, że więcej rzeczy nie mogłyśmy zabrać. W końcu do tak zapakowanego po sufit samochodu wsiadaliśmy i zmierzaliśmy do dziadka na wieś.
Jazda samochodem nie trwała długo, bo tylko pół godziny. Jednak podejrzewam, że dla moich rodziców dłużyła się ona wyjątkowo. Byłam bardzo rozśpiewanym dzieckiem. Potrafiłam 30 minut  śpiewać bez przerwy!  
Na miejscu byliśmy przeważnie około 19. W domu czekał na nas dziadek, który któregoś roku nazwał nas "NOCNIKAMI".  Był przed 90 rokiem życia i dla niego jako osoby starszej ta pora wydawała się za późna jak na jazdę samochodem. 
Wraz z kolejnymi dniami lata moja skóra nabierała  brązowego odcienia. Pojawiała się także niezliczona ilość siniaków. Czasem nie obyło się bez wizyty na pogotowiu. Przejażdżki nowo nabytym rowerem kończyły się upadkami, a zabawa "w dom" rozciętą do kości nogą. 
Była też miłość, niewinna i niedościgniona. Nasze romantyczne na swój sposób spotkania miały element boskości bo odbywały się w kościele.  On ministrant ja uczestniczka mszy świętej. On puszczał oczka, ja się uśmiechałam. Trwało to chyba z 7 lat! Trzeba przyznać, że było to silne uczucie jak na wakacyjną miłość. W późniejszych latach miałam okazję poznać tego zawadiackiego ministranta, ale to osobna historia.
Z wakacjami kojarzy mi się też zbiór owoców. Dziadek posiadał sporą ilość drzew wiśni i kilkadziesiąt krzewów porzeczki. Starałam się unikać tej nużącej czynności jaką jest zrywanie owoców. Niestety nie zawsze się udawało. 
Jednak zbioru jednego owocu nigdy nie odmówiłam. Pamiętam nieskażoną spalinami ogromną mirabelkę. Rosła za płotem na pasie oddzielającym rzekę od działek. Była nieskażona i bezdomna. Jej wspaniałe, żółte jak słońce owoce dość często trafiały do letniego kompotu robionego przez mamę.
Wakacje mojego dzieciństwa były dla mnie wyjątkowe z jeszcze jednego ważnego powodu. Miałam wtedy okazję aby obcować ze zwierzętami hodowlanymi sąsiadów. Najbardziej lubiłam króliki. Miały puszyste futerka i były takie niewinne. Jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy, że moi futrzani przyjaciele w niedalekiej przyszłości zostaną z zimną krwią zamordowani. Ich los wtedy na pewno byłby inny. Dawałam im marchewkę, zrywałam trawę i starałam się polepszyć ich nudny byt. Za taką formę opieki nad królikami dostawałam chleb. Prawdziwy bez spulchniaczy! Ach jak smakował i pachniał! Już w trakcie pieczenia jego zapach rozprzestrzeniał się po sąsiednich podwórkach. 

Dziś  przy temperaturze ponad 30 stopni siedzę w betonowej, nagrzanej dżungli. Zamiast wdychania czystego, świeżego powietrza i biegania po rosie z rana, mam spaliny i rozgrzany do głębokiej czerni asfalt. Z chwil dzieciństwa pozostały tylko zdjęcia i szczątki wspomnień w mojej alzhaimerowskiej głowie oraz wystający z ziemi pień po ściętej przez sąsiada mirabelce. Królików i chleba pieczonego w piecu też nie ma. Straszne te nowoczesne czasy i wakacje w niebezpiecznej Turcji.

Kola%25C5%25BCe7.jpgKola%25C5%25BCe8.jpg



szpital%2Bi%2Bpalac5.jpg
fot. Anna Dalidutko (klik)

bluzka/t-shirt - ZARA, spódnica/skirt - Atmosphere, koszyk/basket - sh, okulary/sunglasses - CARRY, szpilki/heels -ZARA

Zaloguj się, żeby dodać komentarz.